czwartek, października 11, 2018

S jak samodzielność - kitchen helper

Staram się wychowywać swoje dziecko w taki sposób, aby wyrosło na osobę jak najbardziej samodzielną. Nie oznacza to bynajmniej, że nic przy swoim synu nie robię uważając, że jak samodzielność to samodzielność na całego, czyli od pierwszych dni życia. ;-) Niech się uczy! Zero taryfy ulgowej! Takie życie! Nie, nie i jeszcze raz nie. Nic z tych rzeczy. Moje dziecko otaczam troską i opieką od dnia jego narodzin. Jak więc uczę syna samodzielności? Po prostu robię wszystko, co w mojej mocy, aby nie spowalniać jego naturalnego rozwoju, a wręcz go wspomagać. Czyli co dokładnie? 




POCZUCIE BEZPIECZEŃSTWA


Po pierwsze, daję swojemu dziecku poczucie bezpieczeństwa. Staram się być zawsze czuła na jego potrzeby. Przytulam, kiedy płacze, całuję, kiedy się przewróci i coś go boli. Tak długo jak tylko mogłam, nosiłam go też w nosidełku mei tai. Niestety, kiedy zaszłam w drugą ciążę, musiałam przestać ze względu na powiększający się brzuch oraz kategoryczny zakaz dźwigania wydany przez mojego lekarza prowadzącego. 


GUZ TEN POWSZEDNI


Po drugie, nie drżę nadmiernie nad tym, że mój syn nabije sobie guza. Wręcz przeciwnie. Wolę, by miał już te siniaki poupadkowe na ciele i otarcia na kolanach, niż żeby cały czas go wozić w wózku, bo tak niby jest bezpieczniej, a tak naprawdę to po prostu tak jest mi wygodniej. Staram się też go nie prowadzić za rękę, no chyba że on mnie o to poprosi. Prowadzenie za rękę na siłę na spacerze, tak na wszelki wypadek, tak "no bo co to będzie, jeśli upadnie i rozwali sobie kolano?" uważam wręcz za szkodliwe dla dziecka. Dziecko musi mieć przecież jak ćwiczyć swoje nowo nabyte umiejętności motoryczne. No sorry, ale jak inaczej taki mały człowiek ma się nauczyć chodzić? Co z tego, że najpierw upadnie te kilkadziesiąt albo nawet kilkaset razy? A wyście nie upadali? Inaczej niż upadając się po prostu nie da. Jakkolwiek byśmy tego chcieli, nie ma innej drogi jak przez sińce i strupy. ;-)




NIE DLA ZAMKNIĘTYCH SZAFEK


Po trzecie, nie zamykam specjalnymi uchwytami żadnej szafki w domu, bojąc się, że mój syn sobie przytnie palec, uderzy się w czoło, jeśli pociągnie szafkę za szybko w swoim kierunku, lub też wyjmie z niej całą zawartość tworząc na podłodze pierwszorzędny tor przeszkód. Oczywiście niebezpieczne sprzęty chowam w szafkach poza jego zasięgiem. I co się stało? Na początku rzeczywiście kilka albo kilkanaście razy uderzył się szafką, również kilka jego palców niewiele bo niewiele, ale jednak ucierpiało. Jednak po paru bardziej lub mniej udanych próbach manipulowania najróżniejszymi szafkami i drzwiczkami, Sebastian doszedł do perfekcji w otwieraniu i zamykaniu bez uszczerbku na swoim zdrowiu. Do tego od początku był wniebowzięty mogąc wyciągać z szaf najróżniejsze "skarby" i eksperymentować z nimi na swój dziecięcy sposób. Mógł brać do rąk takie prawdziwe rzeczy, jakich używają jego mama i tata, a nie jakieś tam zabawki dla dzieci. To dopiero frajda!



CZAS NA CHODZENIE WZWYŻ


Po czwarte, kiedy poziom zero (czyt. podłoga) został przez mojego syna opanowany do perfekcji, a i jego motoryka była już całkiem dobra, postanowiłam pomóc móc mu w rozwijaniu samodzielności jeszcze bardziej. Etap szafek miał już za sobą. Dość dobrze opanował także chodzenie po płaskich powierzchniach. Czas najwyższy na nowe doszkalanie motoryczne, czyli chodzenie wzwyż. Zaczęłam coraz częściej obserwować frustrację Sebastiana spowodowaną jego ograniczeniami wysokościowymi. Poznawanie bowiem całego świata z perspektywy około 80 centymetrów może niektórych rzeczywiście doprowadzić do irytacji, a nawet złości. 


ETAP I - PODNÓŻEK


Żeby troszkę naszego syna odstresować, zdecydowaliśmy się z mężem na zakup podnóżka. Kupiliśmy jednak nie taki standardowy podnóżek dla dzieci, a składany podnóżek w Lidlu. Zajmuje on mniej miejsca i, kiedy jest złożony, łatwiej go też Sebastianowi przenieść do innego pokoju, gdzie chciałby z niego skorzystać. Troszkę to trwało, aż nasz syn opanował bezurazową kwestię wchodzenia i schodzenia ze stołka. Nie obyło się bez kilku sińców i łez. Zawsze jednak staliśmy koło niego, aby móc mu pomóc, jeśliby tego potrzebował, albo aby móc zareagować na czas, jeśli byśmy zobaczyli, że może sobie wyrządzić jakąś większą krzywdę. Teraz nasz syn jest już praktycznie samodzielny jeśli chodzi o używanie podnóżka. Kiedy widzi, że myję zęby albo ręce, wyciąga swój stołek i z radością wchodzi na niego, aby robić to samo co ja.





ETAP II - KITCHEN HELPER


Po jakimś czasie zauważyliśmy, że stołek już naszemu synowi nie wystarcza. Coraz bardziej zaczął się on bowiem interesować blatem kuchennym, który, jak wiadomo, położony jest znacznie wyżej niż umywalka. Kiedy dzień w dzień, chcąc zobaczyć, co ja takiego robię w kuchni, szyja mojego synka wykrzywiała się do góry, a z jego buzi wydobywały się płaczliwe jęki niczym skomlenie psa, wiedziałam, że najwyższa pora na sprezentowanie mu tak zwanego kitchen helpera (pomocnika kuchennego). Kitchen helper można też spotkać pod nazwą, learning tower (wieża do nauki). Jest to pewien rodzaj podestu, który pomaga małym dzieciom w bezpieczny sposób uczestniczyć w pracach kuchennych. Dzięki niemu dziecko może stać wyżej niż na podnóżku, a co za tym idzie dosięgnąć blatu. 

KITCHEN HELPER W WERSJI DIY


Ponieważ nie stać nas było na tzw. gotowca, za którego trzeba by wybulić dobrych kilkaset złotych, poszperałam trochę w Internecie i znalazłam dość tanią i łatwą opcję: kitchen helper w wersji zrób to sam (z ogromną pomocą sklepu Ikea ;-) ). "To jest to!" - wykrzyknęłam uradowana, tym bardziej, że do Ikei mamy dosłownie kilka minut drogi samochodem.

Co było nam potrzebne?


- 8 wkrętów do drewna (już mięliśmy)
- impregnat do drewna (już mięliśmy)*
- samoprzylepne ochraniacze podłogi (już mięliśmy)*
- wiertarka (już mięliśmy)
- odwaga do radzenia sobie z instrukcjami Ikeowymi (priorytet) ;-)

* - opcjonalnie

Jak widzicie, łączny koszt mebli z Ikei to 88,99 zł. Może nie jest to opcja za grosze, ale na pewno tańsza niż kilkaset złotych. Zawsze można też poszukać na olx, na sprzedajemy.pl lub na allegro, czy ktoś nie sprzedaje tych mebli (albo podobnych) taniej (np. używane, ale w bardzo dobrym stanie). Wtedy całość projektu wyjdzie jeszcze taniej. :-)

Wykonanie takiego kitchen helpera to dosłownie bułka z masłem. No prawie, bo przy smarowaniu bułki z masłem raczej nie używa się wiertarki ani śrub. ;-) 


Jak wykonać ekonomiczny kitchen helper?


1) ZŁOŻYĆ TABORET BEKVAM

Wystarczy najpierw złożyć taboret Bekvam według instrukcji. O dziwo Ikea tutaj nie zaszalała z trudnością. Raz ciach ciach i taboret był już złożony. :-)

źródło: https://www.blasty.pl/

2) ZŁOŻYĆ STOŁEK ODDVAR

Następnie trzeba złożyć drugi mebel - stołek Oddvar, ale nie zupełnie już trzymając się instrukcji. Należy bowiem pamiętać o dwóch kwestiach:

a) że podczas montażu stołka trzeba pominąć jedną z belek poziomych (będzie to strona, przez którą dziecko będzie wchodzić na kitchen helper). 
b) że stołek będzie montowany do taboretu Bekvam do góry nogami, tak więc zamiast montować siedzisko zgodnie z instrukcją, należy przymocować je do drugiej strony nóżek używając do tego 4 wkrętów do drewna.

3) POŁĄCZYĆ TABORET BEKVAM I STOŁEK ODDVAR - WIERCENIE OTWORÓW

Kolejny etap to połączenie ze sobą obydwu mebli. To był chyba najtrudniejszy etap całego przedsięwzięcia. Dlaczego? Bo za nic w świecie wiertło nie było w stanie przedrzeć się przez taboret Bekvam. Czyżby Ikea dodała do drewna sosnowego jakąś domieszkę stali lub ołowiu? ;-) Koniec końców co prawda dymiąc na prawo i lewo, ale nasza wiertarka dała radę. 

4) POŁĄCZYĆ TABORET BEKVAM I STOŁEK ODDVAR - WKRĘTY DO DREWNA

Kiedy otwory są już wywiercone, należy połączyć obydwa meble za pomocą długich wkrętów do drewna. Uwaga! Trzeba pamiętać, że strona bez poziomej belki ma się znajdować po tej samej stronie, co schodki stołka Bekvam! Mój mąż montując obydwa meble na wszelki wypadek pokrył wywiercone otwory na wkręty jeszcze warstwą kleju. Takie podwójne zabezpieczenie: wkręty + klej. ;-)

5) IMPREGNACJA

W takim stanie kitchen helper jest już gotowy do użytku. Oczywiście najlepiej by go było jeszcze zaimpregnować jakąś bezbarwną (albo barwną - to już zależy od waszej końcowej wizji tego sprzętu) farbą ochronną do drewna, ale nie jest to konieczne.

6) DOKLEIĆ OCHRANIACZE PODŁOGI

Dobrym pomysłem jest też doklejenie do każdej z nóg kitchen helpera samolepnych filcowych ochraniaczy podłogi. Jednak i bez tego da się obejść. ;-)

Voilà! Gotowe! :-)

Oto efekt końcowy:




Kitchen helper - pierwsze wrażenia Sebastiana


Jaka była pierwsza reakcja Sebastiana na ten nowy dziwny sprzęt? "O! jeszcze fajniejsze do wspinania się niż wersalka i krzesła!". I tak przez pierwszy tydzień wchodził i schodził, wchodził i schodził, wchodził i schodził, wchodził i schodził, wchodził i schodził, wchodził i schodził, wchodził i schodził, wchodził i schodził, wchodził i schodził. Zmęczyło Was czytanie o wchodzeniu i schodzeniu? Jeśli tak, to oznacza, że odczuliście trochę to, co myśmy wtedy czuli, kiedy staliśmy przy naszym ustawicznie wchodzącym i schodzącym z kitchen helpera synu - zmęczenie. ;-) Ze schodzeniem było trochę gorzej, no ale wszyscy - nawet dorośli - wiedzą, że zawsze trudniej się schodzi niż wchodzi. Sebastian prawie non stop domagał się naszej pomocy idąc w dół. Na szczęście, ponieważ nie zabranialiśmy mu tej nauki, szybko udało mu się opracować najlepszą dla siebie technikę i teraz prosi nas o pomoc tylko sporadycznie. 

Czy podczas nauki wchodzenia lub schodzenia nasze dziecko spadło z kitchen helpera? Ani razu. Czy stało się tak dlatego, że byliśmy w pogotowiu kilka centymetrów od niego gotowi rzucić się w tę sekundę i go złapać? Bynajmniej. Nie było w ogóle takiej potrzeby. Oczywiście byliśmy obok, bo zdrowie naszego syna jest dla nas priorytetem, ale zawierzyliśmy w jego intuicję i, jak zwykle w tego typu sytuacjach, nie przeliczyliśmy się. :-)

KITCHEN HELPER A ŚNIADANIE


Teraz, gdy rano przygotowuję śniadanie, mój syn nie musi prosić mnie o wzięcie go na ręce, nie musi się też irytować, że czegoś nie widzi. Samodzielnie wchodzi na swój kitchen helper i asystuje mi w całym procesie przedśniadaniowym. Na czym to jego asystowanie polega? Zwykle na wyjadaniu owoców, z którymi potem obydwoje jemy płatki z jogurtem. Ostatnio na topie są winogrona. Znikają w paszczęce mojego syna zanim w ogóle zdołam połączyć je z płatkami. Taki z niego Flash winogronowy. ;-)





KITCHEN HELPER A MIELENIE KAWY


W czym jeszcze kitchen helper pomaga mojemu synowi oprócz łatwiejszego dostępu do śniadaniowych owoców? Dzięki niemu jest w stanie zmielić ziarna kawy w młynku, a ja codziennie mam możliwość delektowania się aromatyczną filiżanką kawy z mlekiem. Sebastian uwielbia to robić! Kiedy widzi, że biorę opakowanie kawy, szybciutko wspina się na kitchen helper i mieli, i mieli, i mieli, i mieli. Pytanie, czy niedługo młynek się nie przegrzeje i nie popsuje od Sebastianowej nadgorliwości. ;-) 



KITCHEN HELPER A TRZEPACZKA


Kolejnym sprzętem, jaki mój syn niedawno odkrył dzięki kitchen helperowi jest ręczna trzepaczka. Kiedy zobaczył, jak nią mieszałam kakao domowej roboty, był nią wręcz zafascynowany. Z radością podskakiwał w rytm mojego trzepania. Od tamtej chwili, kiedy tylko jego wzrok padnie na trzepaczkę, domaga się, abym mu ją podała i z lubością oddaje się ćwiczeniom manualnym przy jej użyciu.




KITCHEN HELPER A OPIEKACZ


No cóż. Opiekacz znajduje się na wyciągnięcie ręki mojego syna. Oczywiście nie dopuszczam go do niego, kiedy jest gorący. A ponieważ to coś tak fajnie się otwiera i zamyka wydając przy tym tyle hałasu, nie sposób oprzeć się pokusie, żeby i tym trochę się pobawić. Ile ten opiekacz wytrzyma wstrząsów o sile 10 stopni w skali... Sebastiana? Oby dużo. ;-)



Plusy pozwalania dziecku na samodzielność


To co zauważyłam i - nie powiem - bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło to to, że mój syn bardzo szybko poznał swoje (przynajmniej chwilowe) możliwości motoryczne (zarówno te horyzontalne jak i wertykalne). Ma naprawdę niesamowite wyczucie odnośnie tego, co jest w stanie zrobić, a czego nie. Podejrzewam, że fakt, iż go zanadto nie wyręczałam ani w nauce chodzenia, ani otwierania szafek i drzwi, ani wchodzenia na krzesła, wersalki, łóżka, itp. miał tu coś na rzeczy. Kiedy Sebastian wie, że potrzebuje pomocy, prosi mnie o nią wyciągając rękę w moją stronę i mówiąc głośno "mmmm". Kiedy natomiast uważa, że sobie sam poradzi, a ta złośliwa ja w ogóle mam czelność mu asystować albo wręcz go wyręczać w jakiejś czynności, irytuje się. I słusznie. Kto by się w takiej sytuacji nie zdenerwował, co nie? Tak więc postuluję: zaufajcie Waszym dzieciom. Gwarantuję Wam, że doznacie szoku, jak dużo potrafią i jak szybko się uczą. :-) Nadopiekuńczość prowadzi donikąd, a na dłuższą metę jest wręcz szkodliwa.

O wrodzonej mądrości dzieci wg Jean Liedloff


Na sam koniec przytoczę Wam jeszcze dwa fragmenty niesamowitej książki "W głębi kontinuum" autorstwa Jean Liedloff, jednej z prekursorek nurtu rodzicielstwa bliskości. W książce tej opisuje ona swoje spostrzeżenia z wypraw do wenezuelskiej dżungli, podczas których żyła wśród plemienia Yequana. Obydwa cytaty dotyczą właśnie kwestii samodzielności u dzieci. Przeczytałam je już 2 lata temu, a cały czas nie mogę o nich zapomnieć. Może i Wam dadzą do myślenia i zasieją w Was ziarnko ciekawości?

"Kiedy po powrocie z mojej czwartej wyprawy wybrałam się na spacer do Central Parku na Manhattanie, poraziła mnie liczba dzieci gonionych przez dorosłych. Widać było matki i niańki, jak rozbiegane, pochylone i z rozpostartymi ramionami usiłują jazgotliwie, za pomocą nieprzekonujących gróźb nakłonić do powrotu uciekające im bez przerwy brzdące. Urozmaicały sobie to szarpiące nerwy widowisko typowo parkową konwersacją, przerywaną nawoływaniem podopiecznych, jeśli któryś tylko zbliżał się do granicy dozwolonego terenu zabaw. Gdy to nie pomagało, kobiety podrywały się i pędziły za uciekinierami, którzy akceptując reguły gry, traktowali byle złagodzenie nadzoru jako sygnał, że mogą się spod niego wyrwać. 
Prosta sugestia w rodzaju: "Nie idź tam, gdzie nie będę Cię mogła zobaczyć", wypowiedziana tonem obawy (czy też oczekiwania), sprawia, że zapełniają się rejestry zagubionych dzieci. Gdy zaś dodamy do niej obietnicę: "Uważaj, bo sobie zrobisz krzywdę!", to otrzymamy sporą liczbę utonięć, poważnych upadków, wypadków drogowych i innych. Mając na uwadze przede wszystkim to, by dobrze odegrać rolę, jaką wyznaczono mu w walce między jego a opiekuna wolą, mały człowiek traci pełną odpowiedzialności równowagę ze swoim otoczeniem, zaś jego system samozachowawczy ulega upośledzeniu. W ten sposób całkiem nieświadomie podporządkowuje się absurdalnemu poleceniu, by zrobił sobie krzywdę. Odzyskując w szpitalu przytomność, nie zdziwi się zbytnio, kiedy się dowie, że został potrącony przez samochód - przecież jego bardzo ważny opiekun tylekroć mu to obiecywał".

"W wiosce Yequańczyków zdarza się mnóstwo potencjalnie niebezpiecznych sytuacji. Jedną z najbardziej uderzających jest wszechobecność maczet i noży, których brzegi są zawsze niezwykle ostre. Można je nadepnąć, nadziać się lub użyć ich do zabawy. Niemowlęta zbyt małe, by odróżnić uchwyt, podnoszą je za ostry koniec i, jak sama widziałam, obracają w pulchnych rączkach. Nie tylko nie obcinają sobie palców, nie tylko nie kaleczą się, ale też jakoś nie robią krzywdy matkom, kiedy te trzymają je w ramionach. (...) To co ma tu największe znaczenie to umiejscowienie odpowiedzialności. U większości dzieci na Zachodzie mechanizm troszczenia się o siebie działa tylko w częściowym zakresie, gdy tymczasem dorośli opiekunowie biorą na siebie większą część tego ciężaru. Kontinuum nie lubi nadmiaru i wycofuje tyle samoochrony, ile przejmują je inni. Skutkiem tego jest zmniejszenie sprawności, ponieważ nikt inny poza danym człowiekiem nie może być równie czujny i równie precyzyjnie reagować na okoliczności. (...) Cywilizowane dzieci nie tylko częściej ulegają wypadkom. Natura lokuje odpowiedzialność tam, gdzie działa ona najlepiej, lecz nasza skłonność do wtrącania się w tę decyzję natury prowokuje również inne liczne zagrożenia". 

Kiedy przeczytałam obydwa fragmenty, zadałam jedno pytanie mojej mamie: "Kiedy zdarzyły się wypadki mnie i mojemu bratu, kiedy byliśmy mali: czy kiedy byliśmy pod opieką jakiegoś dorosłego, czy kiedy byliśmy sami?". Zgadliście, co odpowiedziała na to moja mama? Oczywiście, tylko kiedy byliśmy pod opieką jakiegoś dorosłego. W czasach, kiedy ja byłam mała, często zostawiało się dzieci same w domu, pozwalało się też dzieciom chodzić samemu po osiedlu albo po łąkach i lasach. I praktycznie nigdy nic się wtedy złego nie działo.

Wniosek? Zawierzmy naszym dzieciom. Nie straszmy ich co chwilę słowami typu "Uważaj, bo upadniesz!", "Ostrożnie, jak idziesz!". Nie wyręczajmy ich też we wszystkim. Nie mówię od razu, żeby dawać im noże do rąk i w ogóle nie zwracać na nich uwagi, bo przecież sobie poradzą. Bardziej chodzi mi o nie przesadzanie w tę drugą stronę, o nie wyręczanie naszych dzieci we wszystkim, o pozwolenie im na trochę samodzielności, na naukę coraz to nowszych rzeczy w ich własnym tempie. Pozwalajmy naszym dzieciom na samodzielną naukę chodzenia i nie zakładajmy im do tego od razu kasków, naramienników i nałokietników. Inaczej nasze zamiast niemowląt uczących się chodzić będą bardziej przypominały ludzika Michelin. ;-) 

źródło: Pinterest

Bądźmy przy naszych dzieciach, ale z rozsądkiem. 
Nie narzucajmy im się nadmiernie. Po prostu wyluzujmy trochę. Nasze dzieci nie mają przecież wrodzonego instynktu samobójczego. Będą co prawda guzy, siniaki i łzy, ale będzie też coraz większa radość spowodowana wzrastającą samodzielnością. Naszym zadaniem jest wspierać nasze dzieci, a nie przeszkadzać im w nauce. Pomocne w tym mogą tu być właśnie takie sprzęty jak te opisane w tym artykule: podnóżek, czy kitchen helper.

A Wy macie może jeszcze jakieś inne sposoby na wspieranie samodzielności u Waszych dzieci? Może znacie inne przyrządy niż podnóżek i kitchen helper? Chętnie je poznam. :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

• Za wszystkie komentarze z góry bardzo dziękuję :-)
• Jeśli w komentarzu zostawicie link do swojego bloga, na pewno go odwiedzę :-)
• Obraźliwe komentarze będą usuwane

Copyright © 2016 Mama pod prąd , Blogger