środa, marca 27, 2019

Krzyk i płacz a macierzyństwo, czyli jak nie zwariować

Między ciszą a ciszą
sprawy się kołyszą
i idą
i płyną
póki nie przeminą
póki nie przeminą

A ja czekam i czekam i czekam
ciszę wplatam we włosy
i na palce nawlekam
na palce nawlekam

***

Między ciszą a ciszą 
krzyki dzieci słyszą
i szlochy
i fochy
w końcu znowu śpiochy

A ja czekam i czekam i czekam
ciszy pragnę nad wszystko
i na życie narzekam
na życie narzekam


źródło: Pixabay

Krzyk i płacz. Płacz i krzyk.

Ten duet to moja codzienność. Codzienność matki z dwójką małych dzieci. Słyszałam, że ponoć hormony u kobiet pomagają wytrzymać tę nadmierną ilość decybeli wytwarzaną przez struny głosowe potomstwa. No cóż. Jeśli tak, to w moim przypadku hormony chyba niedomagają. Bo kiedy jęczenie moich dzieci zamienia się we wrzask, a szlochanie w ryk, daleko mi do buddyjskiego spokoju umysłu. A, wierzcie mi, bardzo chciałabym go osiągnąć. 

Tik tak. Tik tak. 

Patrzę na przesuwające się wskazówki zegara. Nie. Nie po to, aby wpaść w stan medytacji i w końcu osiągnąć wspomniany spokój umysłu, tylko po to, żeby się skupić na czymś innym niż na narastającej złości i frustracji. Liczenie do dziesięciu mi nie pomaga. Wolę wpatrywać się więc w wiszący na ścianie zegar. Tik tak. Tik tak.


źródło: http://www.kltv.com/

Dzień zaczął się ciekawie.

"Chcesz kakao?" - zapytałam przelewając do kubeczka samodzielnie przygotowany napój na bazie gorzkiego kakao, syropu klonowego i świeżego mleka. "Nie!" - odpowiedział stanowczo syn. "Cholera, a wczoraj z Tatą na kolanach wpierdzielał kupne kakałko, aż miło!" - pomyślałam.
"Zjesz może owsiane ciasteczko?" - pytałam dalej, nie poddając się". "Niiee!" - wypowiedział syn jeszcze mocniejszym tonem głosu. "Noż kurna! A wczoraj sam się o nie dopraszał, dlatego wieczorem upiekłam kolejną porcję". 
"A może placek z serem?" - pytam podtykając mu pod nos śliczne, okrągłe i świeżutkie, bo właśnie zdjęte z patelki placuszki. W odpowiedzi słyszę "Niiieee!" - wykrzyczane jeszcze głośniej i do tego dochodzi tupnięcie nogą. "Ej ty! Nie mam dziś siły na takie akcje. Słabo spałam w nocy" - myślę, choć nadal się uśmiecham, starając się zachować spokój. 
"Płatki z jogurtem?" - zadaję kolejne pytanie, licząc na to, że ten zestaw przypadnie do gustu mojemu pierworodnemu. Jest to wszakże jego ulubiona opcja śniadaniowa, którą nierzadko wyjada rękami zanim jeszcze zdążę połączyć składniki. "NIIIIIIEEEEEE!" - słyszę odpowiedź czerwonego już ze złości syna. 
"No cholera jasna!" - myślę sobie. "Znowu bez śniadania? A pediatra ostatnio mówiła, że w marnym 10 centylu się mieści. No przecież musi coś zjeść! A walę to zdrowe odżywianie! Byle by cokolwiek trafiło do jego żołądka". 
"Chleb?" - pytam się pełna nadziei. Ślepia mojego syna spoglądają na mnie i ponownie słyszę jakże mi już znane: "Nieeeeee!!!". Nie daję jeszcze za wygraną.
"Czekolada?" - pytam słodkim (na tyle na ile jestem w stanie) głosem, wymachując równocześnie kawałkiem kakaowej pokusy tuż przed jego nosem. "Nie, nie, nie!" - krzyczy moje dziecko i rzuca się z płaczem na ziemię. 



Tik tak. Tik tak

Nie będę krzyczeć. Nie będę krzyczeć. Jestem dobrą mamą. Jestem dobrą mamą. Wierzę w rodzicielstwo bliskości. Rodzicielstwo bliskości.

Tik tak. Tik tak

Wczorajszy dzień mniej więcej od rana tak właśnie wyglądał. Było głośno i buntowniczo. Raz płakało jedno dziecko, raz drugie. Albo obydwoje naraz. Starsze, bo na przykład podniosłam z podłogi położone na środku korytarza auto, a ono przecież miało tam właśnie leżeć. Młodsza, bo - tu muszę zgadywać - było jej zimno(?). Starsze, ponieważ nie pozwoliłam mu stać w nieskończoność na klapie toalety i myć tam zębów (czyt. gryźć włosie szczoteczki i po raz dwudziesty ósmy kłaść na nią pastę), gdyż drugie dziecko - pozostawione samopas w dużym pokoju - zaczęło płakać wniebogłosy. Syn, ponieważ narysowałam zbyt wycięty księżyc, a on woli taki bardziej zaokrąglony, a córka, ponieważ - ponownie zgaduję - zgłodniała, no bo ile można czekać, aż w końcu mamie uda się narysować księżyc według wytycznych jej starszego brata?! I tak niemal non stop od 7:00 do... 15:00. Osiem długich, bardzo długich godzin.



Gdzieś około 12:00 

Przypomniałam sobie zasłyszane bardzo dawno słowa wyjątkowo nielubianego przeze mnie polityka, Janusza Korwin-Mikkego: "Kobiety nie mogą być zbyt inteligentne – dba o to mechanizm Ewolucji Naturalnej. Inteligentna istota nie wytrzymałaby przebywania przez dłużej niż godzinę dziennie z paplającym dzieckiem!". O nie! Coś ze mną chyba nie tak, ponieważ... zaczynam go trochę rozumieć (!!!). Choć nie chodzi tu o moja inteligencję, w którą jednak nie wątpię, tylko o to, że o ile wydaje mi się, że paplanie bym jeszcze zniosła, te ciągłe krzyki i płacz moich dzieci wykracza ponad moje możliwości. No bo ile można, ja się pytam? No ile??? Coś ta Ewolucja Naturalna nie przemyślała wszystkiego do końca. A może problem leży gdzieś indziej? Zaczynam powtórnie zastanawiać się nad swoją inteligencją. Odkąd zostałam mamą - to prawda - coraz gorzej mi się myśli. Rzucam to jednak na karb znacznych niedoborów snu, oglądania w koło Macieju tych samych bajek a nie rozwijających programów dokumentalnych. Nie mówiąc już o czytaniu w kółko o sir Puciosławie i jego rodzince zamiast delektowania się kolejną powieścią Balzaca czy też Dostojevskiego.


źródło: Pixabay

Monologi

No i do tego dochodzą jeszcze moje monologi na poziomie literackim co najmniej dosięgającym twórczości Miłosza. Miłosza? Co ja mówię! Mickiewicza! 

Popatrz, Sebastianku, kotek idzie. Miau, miau.
Widziałeś ten motor? Wrrrrr.
Ale pyszny banan. Am mniam mniam. (i tu oczywiście głaszczę się po brzuchu).
Ojej! Jaki śliczny piesek! Hau hau!
Pada deszcz, widzisz? Deszcz robi kap kap. Kap kap kap. A jak się wejdzie w kałużę, to chlup chlup.

Czyż nie przyznacie mi racji, że "Pan Tadeusz" może się przy mnie schować? 😉
Cium cium bum cyk cyk.

Ja dziękuję! Ja wysiadam 

źródło: http://www.thiscrazytrain.com/

Potrzebuję chwili spokoju i ciszy. I dorosłości! Czy jakaś mama zwariowała od przebywania za dużo w takiej dziecięcej (żeby nie powiedzieć infantylnej) rzeczywistości? Są na to jakieś badania? Jakieś statystyki? Czy mam już niepokojące objawy? Czy jestem w grupie ryzyka? Czy kiedyś zaznam ciszy i spokoju? I snu? Nieprzerwanego snu?

Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam

Na pierwszej stacji, teraz, tu!
Już nie chcę z dziećmi kłócić się, z sił opadam

Przez życie nie chcę gnać bez snu!





Tik tak. Tik tak

Skup się, Elu, na zegarze. Spokój jest tylko w stanie Cię uratować. Tik tak. Tik tak. 

Jest 14:50

Oczy mojej córki stają się coraz węższe i węższe. W końcu całkowicie się zamykają. "Zasnęła!" - wykrzykuję w myślach bojąc się jej obudzić swoim głosem. Biorę syna w ramiona. "Może i jego uda mi się uśpić?" - myślę z nadzieją (zapominając, że jest ona matką głupich). "Wszak godzina już późna, a on jeszcze nie spał. Oby się udało. Oby się udało. Oby się udało." - powtarzam te słowa jak mantrę. Moje serce bije bardzo szybko. Czuję, że nie wytrzymam już ani pół godziny dłużej bez odpoczynku. Nawet "Strażak Sam" czy "Świnka Peppa" mi nie pomogą. Co z tego, że Sebastian odczepi się ode mnie na te 10 minut trwania bajki, skoro ja potrzebuję ciszy. Absolutnej ciszy. 

Nagle czuję, że jego ciało w moich ramionach robi się coraz luźniejsze. Odchylam delikatnie głowę syna od swojej piersi. "Jest! Udało się! Oczy ma zamknięte. Śpi!" Przekładam go do łóżka. "Udało się! Śpi dalej! Gdybym była Indianką, odtańczyłabym teraz indiański taniec radości. Indianką nie jestem, ale za to krakowianką i owszem. Tak więc po cichutku odtańcowuję w przedpokoju "Krakowiaczka" śpiewając szeptem:  "Krakowiaczek jeden miał koników siedem. Pojechał na wojnę został mu się jeden".


Jest cicho! 

W końcu jest cicho! Tak cicho, że słyszę brzęczenie wyimaginowanej muchy. Siadam na krześle i gapię się przed siebie jak głupia. Znów powracają do mnie w myślach słowa Korwin-Mikkego: "Inteligentna istota nie wytrzymałaby przebywania przez dłużej niż godzinę dziennie z paplającym dzieckiem!". Patrzę przed siebie na pustą ścianę. Dalej słyszę dźwięk muchy, której nie ma. I nagle dźwięk brzęczenia przechodzi łagodnie w pewną znaną mi melodię. "Co to za melodia?" - zastanawiam się. I wtem moja pamięć odkopuje słowa tego utworu:


"Na ulicach cichosza
Na chodnikach cichosza
Nie ma Mickiewicza
I nie ma Miłosza

Tu cichosza tam cicho

Szaro brudno i zima
Nie ma Słowackiego
I nie ma Tuwima"

Turnau! 



Przecież to Grzegorz Turnau! Jak ja dawno nie słuchałam jego utworów! No może oprócz jego kołysanek śpiewanych z Magdą Umer, którymi starałam się uśpić Sebastiana. Nadaremnie. Śpiewam dalej, ale słowa ulegają w mojej głowie pewnej modyfikacji:


W domu moim cichosza
W przedpokoju cichosza
Nie ma płaczu dziecka
A ze mnie truposza.

Tu cichosza tam cicho
Szampan, ciasto i mama
Nie ma nic dobrego
W krzyku. To nie ściema.

W domu moim cichosza
W pokoikach cichosza
Nie ma krzyku dziecka
A ze mnie gniewosza.

Tu cichosza tam cicho
Szampan, ciasto i mama
Nie ma nic dobrego
W płaczu. To nie ściema.





Nie tęsknię za krzykiem i płaczem. Cicha chwilo, proszę, trwaj!


PS. Jeśli gdzieś na mieście zobaczycie mamę z wózkiem nucącą pod nosem "Cichosza" Turnaua, jest spora szansa, że to będę ja. 😉

Czy i Wam czasem brakuje spokoju? Macie może jakieś patenty, jak przeżyć?



Jeśli spodobał Ci się ten wpis i chcesz być na bieżąco z moimi działaniami i niczego nie przegapić:

- obserwuj mnie na Facebooku - Mama pod prąd FB

- zaglądaj do mnie na Instagramie - Mama pod prąd Instagram

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

• Za wszystkie komentarze z góry bardzo dziękuję :-)
• Obraźliwe komentarze będą usuwane

Copyright © 2016 Mama pod prąd , Blogger