niedziela, marca 17, 2019

Książeczki dla niemowląt, część II

Książki dla niemowląt. Z jednej strony oczywistość. Z drugiej niemal oksymoron. No bo wymyśl tu coś na tyle ciekawego, żeby przykuło uwagę kogoś kiepsko widzącego oraz na tyle pancernego, żeby nie zostało zniszczone przez kogoś ze szwankującą motoryką w rękach. Niemowlę przecież wszystko bierze do buzi i ślini, i żuje. A do tego lubuje się w rozrywaniu, mięciu, miażdżeniu i deptaniu. I, jakby to było niewystarczające, nie wie, czym jest książka i że należy ją szanować. Jak sami widzicie, niesamowicie skomplikowany kejs. Przygotowanie więc lektury dla takiego targetu to nie lada wyzwanie. Na rynku jest sporo pozycji przeznaczonych dla najmłodszych, ale, według mnie, niewiele z nich tak naprawdę zasługuje na uwagę. 

książki niemowlę dzieci czytanie
autor zdjęcia: Daga Wis Fotografia

Nudy z budy lub destrukcja


Jakiś czas temu pisałam Wam o tym, że mam pewien problem z książeczkami dla najmłodszych dzieci. Jaki? No cóż. Wydają mi się po prostu... nudne. A te, które mnie nie nużą, dla takich maluchów najzwyczajniej w świecie nie są jeszcze odpowiednie. Kartki w nich bowiem mogą zostać wyrwane, rogi książki zaślinione, a nawet, o zgrozo!, odgryzione, przeżute i - tak, tak - zjedzone! Taki tragiczny los spotkał choćby kilka książeczek kartonowych, które zostały potraktowane mocnymi łapami i szczękami mojego niespełna jednoletniego syna. A niby te pozycje miały być odpowiednie dla najmłodszych... Tere fere. Nic z tych rzeczy.


Karton też jest OK 


W pierwszym poście na temat idealnych książeczek dla niemowląt wspomniałam Wam o: książeczkach materiałowych, piankowo-kartonowych oraz z odkrywanymi stronami. Dziś opowiem Wam o jeszcze kilku innych, które skradły serce nie tylko moje, ale również, jeśli nie przede wszystkim, mojego malutkiego dziecka i, o dziwo, przetrwały starcie z tym aktywnym manualnie i szczękowo niemowlęciem. 
😉 Na pierwszy rzut oka moje propozycje mogą Was zdziwić. Wszystkie są wykonane z tak krytykowanego przeze mnie w pierwszym poście kartonu. Tak, dobrze przeczytaliście. Z KARTONU, czyli z materiału najbardziej zagrożonego w zetknięciu z przepiękną mordeczką niemowlęcia. Dlaczego więc tym razem polecam książeczki kartonowe? Ponieważ, kiedy karton spełnia kilka zasad bezpieczeństwa, nawet i on wychodzi poza grupę ryzyka. O jakich zasadach bezpieczeństwa mówię? Otóż karton musi być: gruby, pokryty błyszczącą, wodoodporną (czyt. ślinoodporną) substancją, niewielkich wymiarów oraz mieć zaokrąglone rogi. Jeśli spełnia wszystkie z powyższych warunków, śmiało może nosić oznaczenie infant friendly (przyjazny niemowlętom).

HIT! KSIĄŻECZKI Z RÓŻNYMI FAKTURAMI - SENSORYCZNE


Dość długo szukałam tego rodzaju dobrze wykonanej, ładnej książeczki niewielkich rozmiarów. Niestety niczego w takiego na polskim rynku nie udało mi się znaleźć. Natomiast, ponieważ moje dziecko wychowuje się w rodzinie dwujęzycznej (mąż jest obcokrajowcem), rozglądnęłam się też trochę po rynku hiszpańskim i, ku mojej radości, znalazłam serię fenomenalnych, cudownie wydanych książeczek z różnymi fakturami. Dla swojego synka postanowiłam kupić dwie: o ubraniach oraz o zwierzętach. Książeczki opublikowało wydawnictwo Usborne. Oprócz wersji hiszpańskiej, wspomniana seria została wydana również w języku angielskim. Jeśli Was interesuje, wiedzcie, że bez problemu kupicie ją przez Ebay albo Amazon, a nawet w jednej polskiej księgarni internetowej

Dlaczego te książki są fantastyczne? Po pierwsze, ich niewielki rozmiar w sam raz pasuje do malutkich rączek niemowlęcia. Po drugie, każda ze stron jest wykonana z bardzo grubego, 2 centymetrowego kartonu o zaokrąglonych rogach, odpornego na nawet najbardziej gryzące niemowlęta. Przetrwała Sebastiana, a to naprawdę - uwierzcie mi - o takiej książce dobrze świadczy. 😉 Po trzecie, mają świetną wręcz kolorystykę. Tło jest kontrastowe - białe lub czarne, a na nim narysowane są kolorowe zwierzęta lub ubrania. Do tego kolory mimo że intensywne, nie są pstre. A po czwarte, - i najważniejsze - każdy z rysunków posiada element dotykowy. 

Dzięki temu, w książeczce o zwierzętach malutki następca Doktora Dolittle poczuje pod palcami piórka malutkiej żółciutkiej kaczuszki, zachwyci się mieniącymi łuskami czerwonej rybki, dotknie aksamitnych uszu białej myszki, albo też przejedzie rączką po kudłatej wełnie owieczki. Natomiast w książeczce o ubraniach, młoda następczyni Coco Channel dotknie mięciutkich niebieskich butów, zachwyci się aksamitnością różowej sukienki, będzie podziwiać strukturę pomarańczowych sztruksowych spodni oraz niezwykłą gładkość błyszczącego płaszcza przeciwdeszczowego. W każdej z książeczek jest po dziewięć różnych obrazków odpowiednio dobranych tematycznie. Dzięki temu dzieci nie tylko uczą się nazw ubrań czy też zwierząt, ale również kolorów.

książeczka sensoryczna o ubraniach - wydawnictwo Usborne
książeczka sensoryczna o ubraniach - wydawnictwo Usborne
książeczka sensoryczna o ubraniach - wydawnictwo Usborne
książeczka sensoryczna o zwierzętach - wydawnictwo Usborne
książeczka sensoryczna o zwierzętach - wydawnictwo Usborne
książeczka sensoryczna o zwierzętach - wydawnictwo Usborne

HIT! KSIĄŻECZKI Z PRZESUWANYMI ELEMENTAMI


Kiedy rok temu szukałam tego typu książeczki dla swojego malutkiego synka, nie sposób było znaleźć niczego takiego na polskim rynku. Dlatego ponownie przeglądnęłam ofertę hiszpańskojęzycznych książeczek i wybrałam dwie - również wydawnictwa Usborne - o zwierzętach na farmie i świecie podwodnym. Okazuje się, że i one zostały wydane w wersji angielskiej oraz, że można je kupić w polskich księgarniach internetowych - choćby tutaj i tutaj
książeczki z przesuwanymi elementami - wydawnictwo Usborne
Dlaczego tak bardzo spodobały mi się te książeczki? Ponieważ są wspaniale wykonane, mają bardzo grube strony (aż 3 centymetrowe!) oraz są kolorowe, ale nie pstrokate. Ponadto ćwiczą motorykę. Dziecko porusza palcem nie tylko w jednym kierunku, ale na wszelkie możliwe sposoby: góra - dół; prawo - lewo; po łuku. Do tego elementy nieruchome nierzadko mają też wgłębienia o różnych wzorach: koła, łuki, linie, albo esy floresy. Każda z nich rozwija motorykę dziecka oraz rozbudza jego ciekawość. I jeszcze jedna fajna rzecz - w tych książkach aż roi się od słów dźwiękonaśladowczych, czyli ulubionych dźwięków każdego niemowlęcia. 😉 Spokojnie, na poznanie niuansów polszczyzny jeszcze przyjdzie czas. Książeczki dla niemowląt powinny malca przede wszystkim zaciekawić, a uwierzcie mi, to jeszcze nie ten etap, aby dziecko fascynowało się akapitami zapełnionymi mnogością liter. 😉
książeczka z przesuwanymi elementami "Na farmie" - wydawnictwo Usborne
książeczka z przesuwanymi elementami "Na farmie" - wydawnictwo Usborne
książeczka z przesuwanymi elementami "Na farmie" - wydawnictwo Usborne
książeczki z przesuwanymi elementami "Świat podwodny" - wydawnictwo Usborne
książeczka z przesuwanymi elementami "Świat podwodny" - wydawnictwo Usborne
książeczka z przesuwanymi elementami "Świat podwodny" - wydawnictwo Usborne
Wiem, że niedawno na polskim rynku wydawniczym pojawiło się już trochę podobnych książeczek (choć według mnie i tak nie dorównują tym z Usborne). Mam na myśli książeczki z serii "Pierwsze słowa" wydawnictwa Egmont oraz serię "Pociągnij i przesuń" wydawnictwa Olesiejuk. Dlaczego twierdzę, że są gorsze? Po pierwsze, posiadają elementy wysuwane, które, mimo że fajne i efektowne, w starciu z niemowlętami bardzo szybko ulegają destrukcji. Wiem, o czym mówię, bo mój syn miał tego typu książeczkę. Znaczy się ma ją nadal, ale niestety nie wszystkie wysuwane elementy miały tyle szczęścia, żeby nadal cieszyć się swoją obecnością w tej książeczce. 😉 Ponadto uważam, że książeczki od Egmonta i Olesiejuka mają zbyt dużo tekstu jak dla niemowląt. 

Choć, z tego co widzę, zarówno seria "Pociągnij i przesuń" jak i "Pierwsze słowa" przeznaczone są dla dzieci od drugiego roku życia, czyli już nie dla niemowląt. Jeśli chcecie swoim niemowlętom ufundować niezniszczalną i ciekawą książeczkę z ruchomymi elementami, celujcie więc w Usborne'a. Na "Pierwsze słowa" i "Pociągnij i przesuń" przyjdzie jeszcze czas.


HÉRVE TULLET - KSIĄŻKI ZE "SCHODKOWEJ" SERII A KUKU!


Z tej serii mamy jedną książeczkę - "Już jadę!", choć wiem, że cała seria składa się z 4 pozycji: "Super tata", "UFO kuku!", "Duży czy mały?" oraz właśnie wspomniane przed chwilą "Już jadę!". Kiedy zobaczyłam tę książkę po raz pierwszy, pomyślałam, że mój syn po kilku minutach się nią znudzi. Przecież jest w niej raptem kilka wyrazów na krzyż. Jakże się myliłam! Minął rok, a nadal jest to jedna z najulubieńszych książeczek mojego dziecka. I mimo że kartonowe strony są nieco cieńsze niż we wspomnianych książeczkach z przesuwanymi elementami, "Już jadę!" ma się u nas jeszcze całkiem dobrze. Jest tylko minimalnie podniszczona. Grubość stron - odpowiednia dla niemowlęcia - wynosi w tym przypadku 2 centymetry. Strony są też stosunkowo niewielkich rozmiarów oraz mają zaokrąglone rogi. Dzieciom sprawia niesamowitą frajdę możliwość przekładania stron o różnej długości, po których przemieszcza się bohater książeczki. 

"Już jadę" Hervé Tullet
"Już jadę" Hervé Tullet
"Już jadę!" nie tylko słowem, ale przede wszystkim formą i obrazem opowiada historię mamy, która spieszyła się do swojego dziecka. Czego nasz syn z tą książeczką nie wyrabiał! Przewertował jej strony z milion razy. W tę i we w tę. Pojedynczo strona po stronie, lub po dwie lub trzy strony na raz. Szybko i powoli. Od tyłu i od przodu. Podobnie jak w przypadku książeczek od wydawnictwa Usborne, wspomnianą pozycję Tulleta mamy również w języku hiszpańskim i to właśnie dzięki niej, jak już Wam to kiedyś na blogu pisałam, nasz synek mówi "mua" na "cmok"

Co jeszcze jest genialnego w tej książce? Jej "schodkowa" struktura, która sprawia dzieciom niebywałą radochę. Mogą po niej zjeżdżać samochodzikami, co akurat w przypadku książeczki "Już jadę!" jest adekwatne do jej treści, bo auto mamy robi w niej brum, bruuuum wjeżdżając i zjeżdżając z gór i pagórków. 😉

"Już jadę" Hervé Tullet
"Już jadę" Hervé Tullet
"Już jadę" Hervé Tullet

KSIĄŻKI Z DŹWIĘKAMI


Tego typu książek jest trochę na rynku. Nie chcę tutaj skupiać się na tym, która jest lepsza, a która gorsza, bo nie o to mi chodzi. Mam na myśli sam pomysł, który z pewnością przykuje uwagę nie tylko noworodka ale i starszego dziecka. Elementy dźwiękowe - z lubością wykorzystywane również przez producentów zabawek - kochają wszyscy rodzice. Kiedy ich malec dorwie się do tego rodzaju zabawki lub książeczki, rodzice mają pewność, że nareszcie będą mogli w spokoju wypić filiżankę gorącej kawy lub herbaty. A jak wielki to luksus, wie chyba każda mama. 😉 Podejrzewam, że słowa wystarczą, żeby Was przekonać do zakupu tego rodzaju książeczki. Miejcie choćby jedną w zanadrzu i wyciągajcie ją w chwilach wyczerpania. Krótki odpoczynek gwarantowany. 😉 

Książeczką z dźwiękami, jaką ma Sebastian, to książka o "Kubusiu Puchatku". Co prawda jest w niej sporo tekstu, a i strony ma dość duże, jak dla niemowlaka, ale nawet kiedy nasz syn miał poniżej roku, dawał sobie z nią dość dobrze radę. Zamiast naciskać przyciski z melodiami palcami, często na nich siadał, lub przyciskał stopą. Cel uświęca środki. Nie ważne jak, byleby grało. 😉 


Dodam jeszcze, że wydawnictwo Usborne ma na swoim koncie kilka książek dźwiękowych. Jak mogliście się przekonać po moich wcześniejszych opisach, ich książeczki nie tylko wyróżniają się fantastyczną jakością, ale również tym, że są naprawdę przystosowane dla najmłodszych. Tak więc podejrzewam, że i ta seria dobrze się sprawdzi przy niemowlętach. 


KSIĄŻKI Z PACYNKĄ


Kolejny genialny pomysł, z którym nie spotkałam się jeszcze na rynku polskim - ale może po prostu nie szukałam zbyt dokładnie - to książki z wmontowaną w nie pacynką. Co prawda, taka książka wymaga od rodzica już zaangażowania, ponieważ musi on włożyć palce do pacynki i ruszać nimi podczas lektury, więc trudno mu będzie równocześnie delektować się wtedy filiżanką aromatycznej włoskiej Lavazzy. Jednak z pewnością tego typu książka zda egzamin, jeśli chodzi o zainteresowanie nią młodego czytelnika. A w tym właśnie cały sęk, prawda? Chcielibyśmy, żeby nasze dziecko od najmłodszych lat lgnęło do książek. Tego typu propozycja może mu w tym pomóc. Na pewno nie będzie się nudził. W biblioteczce naszego syna mamy jedną tego typu książeczkę. Jest to "Lenny Long-legs" zakupiony w TK Maxx.


KSIĄŻKI Z WIERSZAMI

Last but not least, wiersze, wiersze i jeszcze raz wiersze! Mamy tyle szczęścia, że napisano tak ogromną ilość przepięknych wierszy dla dzieci po polsku. Jan Brzechwa, Julian Tuwim, Stanisław Jachowicz, Wanda Chotomska, Danuta Wawiłow, Ewa Szelburg-Zarębina, Józef Czechowicz, Ludwik Jerzy Kern. Wymieniać można by bez końca. Tyle nazwisk, a jeszcze więcej utworów. Pewnie większość z nas uważa ten fakt za tak zwaną oczywistą oczywistość i nie zwraca na to specjalnej uwagi. Wiedzcie jednak, że nie wszystkie kraje mogą się poszczycić tak rozwiniętą poezją dziecięcą. Ba! W niektórych krajach nie ma dosłownie ŻADNEGO wiersza dla dzieci. Przykładem takiego państwa jest choćby kraj mojego męża - Hiszpania. Uwierzcie mi. Sprawdzałam, szukałam, dopytywałam. I nic a nic. Poezji dla dzieci tam nie ma, nie było i pewnie nigdy nie będzie. A u nas w Polsce - całe multum cudownych wierszy. Korzystajmy z tego. Czytajmy naszym dzieciom wspaniałą polską poezję. Jako początkowe lektury dla najmłodszych, wybierzmy te wydrukowane na grubym kartonie. Chyba nie muszę już powtarzać, dlaczego. 😉


Sebastian kocha - tak, kocha - "Lokomotywę" Tuwima, "Aaa kotki dwa" (który mu zawsze śpiewam) oraz niesamowicie rytmicznego "Dziwnego psa" Danuty Wawiłow. Kiedy czytam mu lokomotywę, od razu biegnie po swój drewniany pociąg, a następnie udaje, że recytuje wiersz razem ze mną zachowując oczywiście jego "stukoczący" rytm. Przy "Aaa kotki dwa" nuci melodię tej przepięknej kołysanki, a kiedy słyszy, że zaczynam recytować "Dziwnego psa", momentalnie biegnie w stronę zamrażalnika i doprasza się lodów na patyku. Dlaczego? Ponieważ część wiersza brzmi następująco:

"Pięć i sześć, pięć i sześć, 
Wcale lodów nie chciał jeść".



FAJNE KSIĄŻKI CHOĆ NIEKONIECZNIE DLA NIEMOWLĄT

Na samym końcu chciałabym Wam jeszcze wspomnieć o kilku innych książkach, które może nie są odpowiednie dla dzieci w przedziale wiekowym stricte niemowlęcym, czyli 0-1, ale dla takich ciut post-niemowlęcych (1-2) nadają się już jak najbardziej. 

1. "Kto zjadł biedronkę?" Hectora Dexeta. Przepięknie wydana, o cudownych ilustracjach i niesamowitym pomyśle. Zauroczy nie tylko dzieci, ale i rodziców. No i oczywiście rozkocha Wasze dzieci w biedronkach. 😉

2. "Bardzo głodna gąsienica" Erica Carle'a. Wydana w wersji małej i dużej. Małym dzieciom polecam raczej tę mniejszą. Jest to kolejna przepięknie wydana książeczka o niesamowitym pomyśle i magicznych wręcz ilustracjach. Zauroczy i dzieci, i dorosłych. A do tego wszystkiego uczy jeszcze o cyklu życia gąsienicy. 😉

3. Książki z dziurkami z serii Akademia mądrego dziecka od wydawnictwa Egmont. Super pomysł. Z pewnością zaciekawi tych najmłodszych. A do tego piękne wierszowane treści. 

4. Oczywiście książki o Puciu autorstwa Marty Galewskiej-Kustry - logopedki i pedagożki dziecięcej. Dla najmłodszych szczególnie polecam pierwszą i drugą część tej sagi: "Pucio uczy się mówić" oraz "Pucio mówi pierwsze słowa". Jest to absolutny must have. Hit dziecięcy na miarę hitu młodzieżowego, jakim swego czasu były książki o "Harrym Potterze". Pamiętacie te kolejki nastolatków przed księgarniami w dniu premiery kolejnego tomu Harry'ego? Gdyby najmłodszym dzieciom pozwalano w nocy stać przed księgarniami, i one z pewnością wyczekiwałyby w taki sposób premiery kolejnego tomu o Puciu. 😉 

5. "Księga dźwięków" autorstwa Soledad Bravi. Pamiętacie może jej recenzję na moim blogu? Mój synek ją uwielbia! Chcecie dowód? Proszę bardzo. Oto on:


Ta książeczka byłaby idealna, gdyby miała grubsze strony oraz została wydana w kilku cieńszych tomach. A tak, no cóż. W każdym domu czeka ją zapewne podobny los...

6. "Kicia Kocia i Nunuś" - seria książeczek autorstwa Anity Głowińskiej. Mimo że seria z Nunusiem jest niby przeznaczona dla dzieci w wieku 1-3, uważam, że grubość stron - 1 cm - nie nadaje się dla dzieci poniżej 2 roku życia. Mój syn w mig odbił na niej choćby swoją szczękę. Ładna szczęka. Nie powiem. Choć wolałabym, by jej odbicie nie znajdywało się jednak na książkach. Jeśli mój syn pragnie zachować odbicie swojej szczęki dla potomności, fundnę mu jej odlew u ortodonty. Niech mu tam. 😉 Wszystko byleby oszczędził książki. 

A wracając jeszcze do samej "Kici Koci", wydaje mi się, że sporo jest w niej tekstu jak dla jednorocznych dzieciaków. Oprócz tego, no cóż. Wciąga. Nie da się ukryć. No i do tego jeszcze uczy. Takie tytuły jak "Na nocniku" oraz "Pa pa smoczku" mówią same za siebie. 😉

A czy Wy znacie jakieś z wymienionych przeze mnie niemowlęcych must have jeśli chodzi o literaturę niemowlęcą? A może macie jeszcze jakieś inne swoje typy? Dajcie znać. 




Ten wpis powstał w ramach kampanii Kochnie przez czytanie organizowanym przez Magdę z bloga Save the magic moments. Kampania ta ma na celu uświadomienie rodziców, że czytanie dzieciom, poza zapewnieniem jedzenia i innych podstawowych rzeczy, jest najlepszym co może dać rodzic swoim pociechom.




Jeśli spodobał Ci się ten wpis i chcesz być na bieżąco z moimi działaniami i niczego nie przegapić:

- obserwuj mnie na Facebooku - Mama pod prąd FB

- zaglądaj do mnie na Instagramie - Mama pod prąd Instagram

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

• Za wszystkie komentarze z góry bardzo dziękuję :-)
• Obraźliwe komentarze będą usuwane

Copyright © 2016 Mama pod prąd , Blogger