środa, lipca 04, 2018

Nie róbmy z ojców idiotów

Kiedy po raz kolejny na pytanie "Z kim został mały?", słysząc moją odpowiedź "No jak to z kim? Ze swoim tatą.", zobaczyłam te pełne zdziwienia oczy i usłyszałam: "Oooochhh! Jaki on dzielny! Super, że masz takiego faceta! A da sobie radę?", trafił mnie szlag. Taki sam szlag trafia też mojego męża za każdym razem, kiedy jest traktowany jak rodzic mniej kompetentny ode mnie, taki trochę nieporadny, niedoświadczony, a może nawet ułomny. No bo ja się pytam: "W czym ojciec jest gorszy od matki w opiece nad swoim dzieckiem?" Jedyna kwestia, która przychodzi mi na myśl, a przez którą ojcu może być rzeczywiście ciut trudniej niż matce, to brak mleka w piersiach, ale to wszystko. ;-) Jednak sporo maleńkich dzieci jest karmionych butelką, a wtedy ten "problem" przestaje już być jakimkolwiek problemem.




Ojciec opiekujący się dzieckiem - ewenement?


Dlaczego w naszym społeczeństwie jest tak dziwne, że ojciec zostaje sam z dzieckiem i na dodatek świetnie sobie radzi, kiedy mama ma w tym czasie wychodne? A niby dlaczego miałby sobie świetnie nie radzić? Jest tak samo osobą dorosłą jak matka dziecka (a często nawet od matki starszą), tyle samo dni spędził też z dzieckiem od jego narodzin. OK, zwykle spędza w domu mniej czasu, bo pracuje, kiedy jego partnerka jest na macierzyńskim, ale po pracy wraca do domu i spędza (albo przynajmniej może spędzać) ten czas ze swoim dzieckiem. Dlaczego więc opieka matki nad dzieckiem uważana jest za normę i o wiele łatwiejszą sprawę niż opieka ojca nad dzieckiem? Wydaje mi się, że przyczyn jest co najmniej kilka.


System patriarchalny - jeden z winowajców


Po pierwsze nadal pokutujący jeszcze w naszej kulturze system patriarchalny. Według niego kobieta zajmuje się dziećmi, ojciec rodziny zarabia na dom, a z dziećmi spędza czas naprawdę sporadycznie, no bo przecież zabawa z dziećmi nie jest "męskim" zajęciem. Kobieta jest natomiast od rodzenia i karmienia potomstwa, do których to czynności automatycznie dodawane są takie jak: przewijanie, tulenie, uspokajanie, usypianie, bawienie, itp., itd. Oburzycie się i powiecie, że tak już nie ma w żadnej rodzinie? Niestety na pewno nie można powiedzieć, że w żadnej, ale rzeczywiście mam nadzieję, że taki model jest w polskich młodych rodzinach coraz rzadszy. 

O tym, że taki model jednak nadal istnieje i, co więcej, ma się całkiem dobrze, mogą świadczyć niektóre sytuacje, z którymi miałam styczność osobiście. Na przykład taka scena: jestem z mamą dziecka na spotkaniu na mieście; ojciec dziecka wydzwania do niej co chwilę (łącznie kilkanaście razy) informując, że dziecko płacze, więc ona KONIECZNIE musi NATYCHMIAST wracać do domu (!). Co zrobiła ta kobieta? Przerwała spotkanie i wróciła do domu...  

Byłam także świadkiem takiej sytuacji, kiedy matka dziecka bała się zostawić syna pod opieką męża na kilka godzin, bo... właściwie nie wiem, czego się obawiała. Widziałam też jak, kiedy w domu było obydwoje rodziców, to zawsze mama dziecka zmieniała pieluchę i karmiła dziecko, nigdy tata. Dlaczego? Nie miałam odwagi się tak wprost zapytać. Może ojciec dziecka kategorycznie odmówił wykonywania tych czynności? A może ta kobieta obawia się, że jej partner nie będzie umiał dobrze zaopiekować się ich dzieckiem? Istnieje też taka opcja, że ta kobieta po prostu nie wie, czemu tak robi, ale wydaje jej się to naturalne. Może taki wzór miała w domu i tak zakorzenił się w jej podświadomości, że ona nie potrafi teraz postępować inaczej?

Mówiąc o modelu patriarchalnym, przychodzi mi jeszcze jeden przykład. Tym razem jednak nie tyle z życia, co z... egzaminu, a dokładniej z próbnej matury z WOSu w 2016 roku. Pytanie egzaminacyjne, które mam na myśli, brzmiało następująco: "Rozstrzygnij, czy zdjęcie ilustruje tradycyjny model rodziny. Swoje zdanie uzasadnij, odwołując się do fotografii".


Ciekawi poprawnej odpowiedzi? Według klucza brzmi ona tak: "Nie. Rodzina tradycyjna, inaczej patriarchalna, to rodzina, w której opieka nad dziećmi jest zadaniem kobiety. Natomiast mężczyzna zapewnia byt materialny i reprezentuje ją na zewnątrz".

Cieszę się, że "poprawna" odpowiedź na powyższe pytanie oburzyła naprawdę sporą liczbę osób. Jest to sygnał, że jednak model patriarchalny nie cieszy się aż taką popularnością, jak mogłoby się wydawać. Ja osobiście bardzo często spotykam w parkach ojców pchających wózki. Pytanie, czy sami chcieli wyjść na spacer, czy te wózki zostały im wciśnięte na siłę? A może po prostu mieli do wyboru: albo spacer, albo sprzątanie w domu? Liczę jednak na to, że przynajmniej jakaś część z nich chciała pójść na spacer ze swoim dzieckiem, aby spędzić z nim czas sam na sam, a przy okazji dać odpocząć swojej partnerce, która w tym czasie może w końcu położyć się na kanapie, zdrzemnąć, poczytać jakąś książkę, albo po prostu oglądnąć ulubiony serial, na co nie miała czasu przez cały tydzień.

Wychowałam się w domu patriarchalnym...


Ja sama wychowałam się w domu patriarchalnym. Nie mam zamiaru tego ukrywać. Podział obowiązków domowych pomiędzy moją mamę, a mojego tatę nie był sprawiedliwy. Ale ponieważ moja mama nie pracowała przez wiele lat zawodowo, zgadzam się z tym, że miała więcej czasu na zajmowanie się domem. Mam nadzieję, że inaczej wyglądałby podział obowiązków domowych pomiędzy moich rodziców, jeśli obydwoje by pracowali zawodowo. I może to, że wyrosłam w takim modelu rodziny, w jakim wyrosłam, sprawił, że teraz tak wielką wagę przywiązuję do sprawiedliwego podziału obowiązków w domu. Niestety zdaję sobie sprawę, że wielu mężczyzn zostało źle wychowanych przez swoje mamy (tak celowo piszę "mamy", a nie "rodziców") do tego, by być dobrym partnerem w życiu małżeńskim i rodzinnym. Mało którego syna od małego uczy się gotowania, zmywania, prania, sprzątania. I znowu nie trzeba daleko szukać. Ani mój brat, ani mój mąż nie byli uczeni żadnej z tych czynności. Na szczęście obydwaj się postarali i nauczyli się sami wszystkiego, kiedy byli już dorośli. Pytanie tylko, dlaczego musieli sami się uczyć, zamiast zdobywać te umiejętności w sposób naturalny od małego? Czyli rola mamy w wychowywaniu swoich synów jest niezmiernie istotna, żeby nie wyrośli potem na ofermy życiowe. Pamiętajcie o tym, mamuśki. ;-) 



Mój mąż również wychował się w systemie patriarchalnym...


Kiedy poznałam swojego przyszłego męża, jednym z pierwszych pytań, jakie mu zadałam zanim zaczęliśmy razem mieszkać to to, czy potrafi gotować i sprzątać. Wiedziałam, że nie jestem w stanie związać się z facetem, który w domu nic nie robi i to bez względu na to jak bardzo bym go kochała. Okazało się, że zanim zaczęliśmy ze sobą mieszkać, nie miał okazji, aby choćby jeden jedyny raz ugotować coś samemu w domu, gdzie mieszkał dotychczas, czyli w domu rodzinnym. Nigdy też niczego nie posprzątał, bo jego mama wolała sprzątać nawet w pokojach swoich synów (!). Moja teściowa zawsze mówiła i nadal tak powtarza: "Lepiej coś zrobić samemu, niż poprosić o pomoc". Chodziło jej o pomoc jednego z czterech mężczyzn w rodzinie: męża i trzech synów. Komentarz, jak bardzo jest to krzywdzące nie tylko dla tych młodych chłopaków, ale również dla ich przyszłych partnerek jest chyba zbyteczny... 

Na szczęście mój przyszły mąż na moje pytanie, czy potrafi gotować i sprzątać, odpowiedział zgodnie z prawdą, że co prawda nigdy nie gotował, ale się nauczy, bo głupi przecież nie jest i umie czytać przepisy choćby te zamieszczone w Internecie. A co do sprzątania, to też nie ma problemu, że będzie sprzątał, bo po prostu lubi porządek w domu. Jak obiecał, tak zrobił. W mig nauczył się gotować i, muszę Wam powiedzieć, robi to lepiej ode mnie. Lepiej też sprząta. ;-) Czy jest to jednak powód, żeby rzucać się przed nim na kolana i dziękować mu za wykonywanie tych czynności w domu? Oczywiście że nie. To są nasze wspólne czynności w naszym wspólnym domu. Jest to dla nas naturalne, że obydwoje je wykonujemy.


Mężczyzna ofermą podczas zakupów?


Nie tak dawno na fanpage'u pewnego znanego bloga macierzyńskiego, autorka zamieściła pewną anegdotę z życia swojej rodziny. A brzmiała ona tak:
- Po co kupiłeś kapustę kiszoną?
- Bo była na liście zakupów.
- Nie, na liście była kapusta. Niekiszona. Poza tym przecież kupiłeś też kapustę.
- A to nie jest sałata?


No i poniżej tego tekstu setki polubień, że jakie to fajne, śmieszne i wspaniałe oraz komentarzy czytelniczek, że ich mężowie też tak mają podczas zakupów. Jeden na przykład pomylił zwykłą bułkę z bułką tartą, inny nie odróżnia pora od selera, a jeszcze inny zamiast pietruszki kupił pęczek marchwi.

Kiedy zaczęłam mieszkać ze swoim przyszłym mężem pamiętam, że nie rozróżniał niemal żadnego warzywa. Ale kilka razy poszliśmy razem na zakupy i w mig się nauczył. Teraz nie ma z tym problemu. Zawsze kupi to, o co poproszę, a jak nie jest pewien (bo akurat napisałam na kartce coś bardzo dziwnego, albo kiepsko sprecyzowałam) to dopytuje się, zanim kupi. Tak więc ponownie apeluję do Was, dziewczyny, nie róbcie ze swoich facetów idiotów i nie traktujcie ich bardziej ulgowo od siebie. Wysyłajcie ich na zakupy. Nie musicie przecież zawsze robić tego same. Przecież, żeby pójść do spożywczego, nie trzeba mieć doktoratu, ani IQ powyżej przeciętnej. ;-)





Tendecyjne komentarze pod przepisami kulinarnymi w Internecie


Często kiedy gotuję (nie mylić z "częstym gotowaniem" ;-) ), wspomagam się przepisami z Internetu. Kiedy mam dłuższą chwilę, spoglądam również na komentarze pod konkretnym przepisem. Mimo że minął już ponad rok odkąd korzystałam z pewnego przepisu na sernik, jednego z komentarzy pod nim nie zapomnę jeszcze długo, jeśli kiedykolwiek. Brzmiał on mniej więcej tak: Mój mąż uwielbia to ciasto tak bardzo, że musiałam je upiec na dzień przed przyjęciem na porodówkę. Potrzebował tego ciasta, aby świętować narodziny naszej córeczki. Hmm... Whaaattt??!! Sorry, ale dla mnie to porażka! Na dzień przed porodem raczej kobieta nie tryska niezmożoną energią. Z przodu ma ogromny brzuch, nogi zwykle spuchnięte, często towarzyszy jej zadyszka i tym podobne cudeńka fizjologiczne. Nawet jeśli w takim stanie kobieta naprawdę CHCE z własnej i nie przymuszonej woli upiec ciasto, jej mąż powinien jej w tym co najmniej pomóc. A najlepiej to w ogóle niech upiecze to ciasto sam, jeśli ma taką ochotę świętować narodziny córki zajadając się właśnie tym wypiekiem. Z tego co pamiętam, ciasto o którym mowa było naprawdę banalnie proste. Jaki więc problem, żeby go nie zrobił mężczyzna? Pytanie retoryczne, ale odpowiem na nie. ŻADEN problem. Ponownie postuluję do Was, dziewczyny. Nie róbcie ze swoich facetów idiotów. Niech wejdą do kuchni i zaczną gotować! Nie trzeba mieć przecież Nobla, aby coś upichcić. Mój tata jedyną rzecz, jaką potrafi zrobić w kuchni to jajecznica... Czyż nie warto postarać się, aby kolejne pokolenia mężczyzn pod względem zdolności kulinarnych przypominali bardziej Gordona Ramsaya albo Jamiego Olivera? ;-)


SAMOTNY OJCIEC - BOHATER



No i do tego dochodzi kolejny problem społeczny niezmiernie mnie irytujący, a mianowicie stawianie na piedestale figury samotnego ojca. Ojciec bohater! Ojciec superman! Ojciec poświęcający całe swoje życie dla dziecka! No to ja się pytam: jaka różnica, czy jest się samotnym ojcem, czy samotną matką? Pytanie znów retoryczne, ale również i na nie odpowiem. ŻADNA różnica! Jest tak samo cholernie trudno być samotnym ojcem jak i samotną matką. Podam Wam przykład nie z mojego osobistego otoczenia, ale z tak zwanego świata showbiznesu. Jarosław Bieniuk, życiowy partner zmarłej Anny Przybylskiej. Kiedy został samotnym ojcem, miał 35 lat. Nie był więc nastolatkiem, tylko najzwyczajniej w świecie dorosłym mężczyzną. Owszem, samotne wychowywanie trójki dzieci jest OGROMNYM wyzwaniem i nie mam zamiaru umniejszać trudów samotnego ojcostwa tej osoby. Jednakże śmiem twierdzić, że gdyby podobna sytuacja dotknęła kobietę, w prasie nie byłoby aż tyle wzdychania nad jej biednym losem. Nie pierwsza i nie ostatnia kobieta samotnie wychowująca dzieci, czyż nie? No nie! Samotne rodzicielstwo jest katorżniczą pracą bez względu na płeć rodzica. Powinniśmy to sobie wbić do naszej głowy (włącznie z naszą podświadomością) raz na zawsze.

Teściowa Pana Jarka, Pani Krystyna Przybylska w wywiadzie dla "Wysokich Obcasów" mówi o nim, że jako samotny rodzic "spisuje się znakomicie. No i ma wsparcie bliskich, zwłaszcza swojej mamy. My z moją córką Agnieszką też pomagamy, jak umiemy. Wszystkie wolne chwile spędzamy razem tak, by osładzać dzieciom życie bez mamy". Czyli kto przychodzi temu samotnemu tacie z największą pomocą? Kobiety rzecz jasna, a kto? Co więcej, kiedy wyszło na jaw, że Jarosław Bieniuk jest w nowym dość poważnym związku, internet zawrzał, ale nie było w tym wrzeniu ani słowa krytyki, ani słowa wyrzutu pod jego adresem, że jak on śmie układać sobie życie po śmierci ukochanej. Bynajmniej. Praktycznie wszystkie komentarze były wspierające decyzję samotnego ojca, któremu z kobietą u boku będzie przecież... łatwiej. Czy wyobrażacie sobie tego typu reakcje, gdyby mowa była o samotnej matce? Ja nie.



Wierszyk "do czego służy tata"


Dzięki bardzo lubianej i szanowanej przeze mnie Agnieszce Graff, dowiedziałam się o istnieniu pewnego wierszyka dla ojców pod tytułem "Do czego służy tata".  Wiersz pochodzi ze strony www.wychowanieprzedszkolne.pl. Sami przeczytajcie:

Do czego służy tata”


Do czego służy tatuś? Na przykład do prania,
Kiedy za dużo pracy miewa w domu mama.

Do trzepania dywanów, jazdy odkurzaczem,
do chodzenia z córeczką na lody, na spacer.

Do wbijania haczyków w twardy beton ściany,
wtedy, gdy nową szafkę lub obraz wieszamy.

Do strugania, gdy złamie się twardy ołówek,
do wkładania do mojej skarbonki złotówek.

Do wspinaczki, gdy sobie przed ekranem usiadł.
Do pomagania w lekcjach też miewam tatusia.

A kiedy się gazetą, jak tarczą zasłania,
przynoszę kolorową książkę do czytania.

I razem wędrujemy do ostatniej strony.
Do tego służy tatuś dobrze oswojony.

Jak to interpretuje Pani Agnieszka Graff w książce "Matka feministka": "Urocze, prawda? Tata czasem pomaga mamie. Mama robi wszystko sama, a jak już podpiera się nosem, do akcji wkracza tata. Pierze, gdy mama "ma za dużo pracy", czyli rzadko, bo z piosenek o mamie wynika, że zasoby energii tej postaci są niewyczerpane. Dopiero gdy w łazience piętrzy się stos brudnych łachów, a mama słania się ledwo żywa, tata "na przykład" bierze się do prania. Bo takie zwykłe codzienne pranie to babska czynność, prawda, dzieci? (...) [D]o czego jeszcze służy tata? Do trzepania dywanów, jazdy odkurzaczem, do chodzenia z córeczką na lody, na spacer. Oto męskie czynności. Pierwsza jest paskudna, ale odbywa się od wielkiego dzwonu. Druga jest super, bo wymaga jazdy warczącą maszyną. Trzecia to rozrywka. (...) Bywa, że w domu pojawia się zadanie wymagające męskiej ręki. Wtedy (...) znowu dzielny tata przydaje się do czegoś nieporadnej i zmęczonej mamie. Do wbijania haczyków w twardy beton ściany, wtedy gdy ową szafkę lub obraz wieszamy". 

Od siebie jeszcze dodam tylko, że tata z tego wierszyka również daje do skarbonki złotówek, no bo oczywiście jest tak zwanym żywicielem rodziny, sobie przed ekranem [telewizora] siada, albo się gazetą, jak tarczą zasłania, żeby tylko mu nie przeszkadzać w lekturze, czyli w domu odpoczywa albo przed telewizorem, albo zagłębiając się w lekturę gazety. Aż cisną się na wargi słowa: podczas gdy mamusia... Resztę dopowiedzcie sobie sami.

Nowi ojcowie, czyli wciąż awangarda


W jednym z wywiadów dla tygodnika "Wprost" czytamy o tak zwanych "nowych ojcach", czyli o mężczyznach, którzy przejmują coraz więcej rodzicielskich obowiązków od matek dotychczas cierpiętnic na dwóch etatach – w pracy i w domu. Tygodnik podaje szczegółowy opis takiego nowego ojca: "Tomaszowi Śliwińskiemu z Warszawy, ojcu niespełna dwuletniego Igora, zdarza się czasem zasnąć na pluszowym krokodylu leżącym przy łóżeczku syna. Jest tak zmęczony po całym dniu pracy na dwóch etatach, w firmie i w domu". I jak zwykle wspaniały komentarz Pani Graff "Mocne, co? Ciekawi was, co dzielny Tomasz uczyni, gdy się obudzi? No dobra, powiem wam. Otóż ten niezwykły mężczyzna "wstaje, zanosi synka do kuchni i razem szykują śniadanie: nalewają ciepłą wodę do butelki, odmierzają łyżki mleka w proszku. Potem Tomasz kładzie dziecko obok śpiącej jeszcze żony". Niesamowite prawda? Nie dość, że zanosi, to jeszcze nalewa! I odmierza! I kładzie dziecko obok żony!". Na koniec swojego felietonu Pani Agnieszka na wszelki wypadek tłumaczy, że absolutnie nie czepia się Pana Tomasza. Czepia się jedynie wspomnianej wcześniej piosenki dla dzieci na temat taty oraz patriarchatu, który powoduje, że pan Tomasz jest zjawiskiem wyjątkowym.

I mimo że może Wy, kochani czytelnicy mojego bloga uznacie, że taki pan Tomasz to w Waszym środowisku norma ojcostwa, niestety nie oznacza to, że tak jest w całej Polsce. W tygodniku "Wprost" podane jest, że "[n]a razie nowi ojcowie są w rodzicielskiej awangardzie. Z najnowszych badań przeprowadzonych na zlecenie Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej w ramach projektu „Godzenie ról rodzinnych i zawodowych kobiet i mężczyzn" wynika bowiem, że ojcostwo jest najważniejszą życiową rolą tylko dla 8 proc. ankietowanych Polaków. [Ponadto] statystyczny zaangażowany w wychowanie dzieci tata ma wykształcenie wyższe, wykonuje wolny zawód i mieszka w dużym mieście".

Mój mąż jest tatą pod prąd




Mój mąż bez wątpienia należy do tej awangardowej grupy nowych ojców, czyli innymi słowy, jest Tatą pod prąd. ;-) Mam to szczęście, że od początku tworzenia z nim stałego związku po równo dzieliliśmy się obowiązkami, a czasem wręcz to on wykonywał więcej prac domowych niż ja. Kiedy urodził się nasz syn, oprócz karmienia go piersią (choć raz i tego spróbował, ale Sebastian kategorycznie odrzucił jego brodawkę ;-) ), wykonywał wszystkie czynności około-dziecięce i robił to nawet lepiej niż ja. Przebierał, kąpał, zmieniał pieluchy (nawet te wielorazowe), karmił butelką, kiedy ja zostawiałam ściągnięty pokarm, tulił do snu, uspokajał, kiedy dziecko płakało, itd. Nie zapomnę jego reakcji, kiedy zapytałam się go, czy będzie umiał nakarmić dziecko butelką (było to przed pierwszym karmieniem butelką naszego synka w ogóle). Popatrzył na mnie z ogromną urazą w oczach i powiedział, że przecież nie jest niedorozwinięty i oczywiście, że sobie poradzi. No i jak powiedział, tak zrobił. 


Nie róbmy z ojców idiotów!


Tak więc, dziewczyny, raz jeszcze ponawiam swój apel: 

NIE RÓBMY Z OJCÓW IDIOTÓW! 
NIE RÓBMY Z NASZYCH PARTNERÓW CIAMAJD! 
NIE RÓBMY Z NASZYCH SYNÓW OFERM ŻYCIOWYCH!



Na koniec po tym dość poważnym tekście, aby wywołać jednak uśmiech na Waszych twarzach, zamieszczam fragment komedii "Jak urodzić i nie zwariować", w której ojcowie są pokazani trochę właśnie... ofermowato. Miejmy na uwadze, że jest to komedia, a nie film obyczajowy, albo tym bardziej film oparty na faktach, więc wyolbrzymienie zjawiska jest tu celowe, jednak niestety wydaje mi się, że trochę tak czasem ci ojcowie są postrzegani w społeczeństwie. Jakże niesprawiedliwy jest to obraz, gdyż są oni przecież w 100% kompetentnymi rodzicami. 



A jacy są Wasi mężowie, partnerzy, ojcowie Waszych dzieci? Też należą do awangardy nowych ojców? ;-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

• Za wszystkie komentarze z góry bardzo dziękuję :-)
• Jeśli w komentarzu zostawicie link do swojego bloga, na pewno go odwiedzę :-)
• Obraźliwe komentarze będą usuwane

Copyright © 2016 Mama pod prąd , Blogger