czwartek, października 24, 2019

Macierzyństwo bez ściemy #1 wywiad z Martyną Pawłowską-Dymek, autorką bloga Szczęśliwa Siódemka

Macierzyństwo bez ściemy #1 wywiad z Martyną Pawłowską-Dymek, autorką bloga Szczęśliwa Siódemka
Na wielu blogach można przeczytać wywiady z mamami. Lubię tego typu cykle, więc postanowiłam, że i na moim powstanie taka seria. Jednak nie chciałam, żeby te wywiady były podobne do tylu innych. Zdecydowałam więc, że u mnie na blogu będą one na wskroś realistyczne. Żadna z mam, która zgodzi się odpowiedzieć na moje pytania, nie będzie mogła owijać w bawełnę. Ma mówić prawdę i tylko prawdę, i pod żadnym pozorem nie może idealizować. Różowym i słodziutkim instamamuśkom mówię kategoryczne NIE! 😉


Martyna Pawłowska-Dymek


Pierwszą odważną mamą, która podjęła się wyzwania jest Martyna Pawłowska-Dymek, autorka wspaniałego bloga Szczęśliwa Siódemka.

autor zdjęcia: Andrzej Dymek

Blogerka, pisarka, wokalistka, fotomodelka i fajna dziewczyna. 😊Organizuje akcję charytatywną „Brzuszkowy Mikołaj” – kliknijcie na link, a poznacie szczegóły tego wydarzenia na fanpage'u Szczęśliwej Siódemki. Jest szczęśliwą i wiecznie zakochaną żoną, ma dwóch wspaniałych synków, a także dwie kotki i szalonego psa. W sumie jest ich siedmioro – stąd nazwa bloga. 😊 

1. Czym macierzyństwo w realu różni się od tego na Instagramie? 

Nie wiem, czy jestem właściwą osobą do udzielenia odpowiedzi na to pytanie, bo nie mam Instagrama 😊 Ale myślę, że wiem, o co chodzi: o wyidealizowaną wizję życia, którą widzimy na zdjęciach. Powiem Ci, że zdarzyło się tak, że mnie i mojego męża określono jako „słodziaków”, kiedy braliśmy udział w jednym konkursie fotograficznym, i to była właśnie forma krytyki, że jesteśmy na tym zdjęciu tacy wyidealizowani, że nie pokazujemy, jak wyglądamy na co dzień, tylko postaraliśmy się ładnie ubrać, uczesać, uśmiechnąć. Dla mnie potrzeba pokazania na zdjęciu trochę ładniejszej formy rzeczywistości jest w pełni zrozumiała i myślę, że istniała jeszcze długo, długo przed Instagramem. Kiedyś wywoływaliśmy zdjęcia z kliszy i też wybieraliśmy te ładniejsze do oprawienia w ramki. Myślę, że na dobrą sprawę każdy rozumie, że rzeczywistość nie wygląda tak jak na zdjęciach. Nie demonizowałabym pod tym względem Instagrama ani Facebooka. 

2. Co najbardziej Cię zszokowało na początku Twojego macierzyństwa? Czego się w ogóle nie spodziewałaś? 

Tak jak opisywałam to u mnie na blogu Szczęśliwa Siódemka, dla mnie szokiem była pierwsza noc z dzieckiem przy moim łóżku, a dokładnie moment, kiedy płacz dziecka wyrwał mnie ze snu. Byłam zmęczona i chciałam spać dalej, ale musiałam się zająć tą maleńką istotką, która mnie potrzebowała. Nie miałam jeszcze pokarmu, więc to była trudna noc. Każda następna była dla mnie już łatwiejsza. 

3. Kiedy zostałaś mamą, jakie pytania lub oklepane stwierdzenia najbardziej Cię denerwowały? 

Na pewno pytanie o to, czy karmię. A nie, przepraszam: czy JESZCZE karmię. Zawsze z tym niewypowiedzianym zdziwieniem, jak to można tak długo karmić. 

Kiedy urodziłam drugie dziecko i z różnych, dość ważnych powodów mówiłam wprost, że trzeciego nie planuję, słyszałam ze wszystkich stron takie „Haha, jasne, każda tak mówi, a czas pokaże, natura zrobi swoje”, wiesz, o co chodzi. Oni nie chcieli źle, ale to gadanie bardzo mi w tamtym momencie przeszkadzało. 

autor zdjęcia: Andrzej Dymek


4. Co myślisz, kiedy słyszysz, jak niektóre mamy twierdzą, że posiadanie dzieci niczego im w życiu nie utrudnia, ani niczego w ich życiu nie zmienia? 

Myślę, że mają swoje powody, by tak mówić… i trochę nie dowierzam 😊 O ile jestem w stanie przyjąć, że macierzyństwo nie utrudnia życia, bo wierzę w to, że niektóre kobiety są dosłownie stworzone do roli mamy, to nie wierzę, że ktoś może twierdzić, że macierzyństwo niczego w życiu nie zmienia. To jest ogromna zmiana, co wcale nie znaczy, że na gorsze. 

5. Czy zgadzasz się ze stwierdzeniem, że wśród kobiet panuje zmowa milczenia i niektóre tematy nie są poruszane, aż do momentu, kiedy staniesz się mamą? 

Zdaje się, że o tym też pisałam. Dla mnie takim tematem był poród. Chyba wszyscy starali się dodać mi otuchy, że nie będzie aż tak ciężko, i w efekcie nie byłam przygotowana na to, co faktycznie musiałam przeżyć. Przy czym ja sama nie wiem, czy wolałabym wcześniej znać te wszystkie drastyczne historie, które usłyszałam już po porodzie! Może wtedy bałabym się dłużej 😊

Ludzie mają w sobie coś takiego, że lubią dzielić się wspólnymi doświadczeniami (lub doświadczeniami znajomych osób). Zanim wyszłam ze szpitala, usłyszałam cztery historie o porodach podobnych do mojego, albo i gorszych. 😉

Myślę, że zmowa milczenia wynika tak naprawdę z troski, być może czasem źle rozumianej. Ktoś nie chce cię straszyć, zniechęcać, zwłaszcza wtedy, gdy wie, że pewnych doświadczeń i tak nie unikniesz. 

6. Co najbardziej zmieniło się w Twoich codziennych zwyczajach, kiedy urodziło się Twoje dziecko? 

Cóż, myślę, że przede wszystkim czas spędzony z mężem. I czas spędzany poza domem. Kiedyś dużo częściej gdzieś wychodziliśmy razem. Staramy się pozostać tymi samymi, aktywnymi, towarzyskimi osobami, ale z dwójką maluchów stanowi to trochę większe wyzwanie. 

7. Odkąd zostałaś mamą, czy czegoś Ci w życiu brakuje? 

Wieczornych wyjść. Kiedyś często chodziliśmy na karaoke. 

8. Czy bywają takie dni, że nie chcesz już być mamą? Jak sobie wtedy radzisz? 

Niech to będzie jasne: kocham moje dzieci, są dla mnie ogromnym źródłem radości i satysfakcji. Nie zamieniłabym życia z nimi na nic innego. 

Zdarza mi się czuć, że nie jestem dobrą mamą. Nie mam takiego, wiesz, powołania, jak panie w żłobku czy w przedszkolu, nie umiem być wiecznie uśmiechnięta, troskliwa i chętna do zabawy. Potrzebuję przestrzeni dla siebie. Czasami puszczają mi nerwy. I w takich chwilach, kiedy sama siebie rozczarowuję, zdarza mi się myśleć, że może to była pochopna decyzja, może nie jestem stworzona do bycia mamą. 

Jak sobie radzę? Tłumaczę sobie, że moje dzieci nie potrzebują idealnej matki, tylko mnie 😊

9. Bez czego lub kogo byś zwariowała? 

Bez muzyki, pisania, słodyczy, Internetu, kawy. Bez mojej rodziny - dzień czy dwa to mogłyby być świetne wakacje i odskocznia, ale pewnie szybko zaczęłabym tęsknić 😊

Żeby nie było aż tak mrocznie, odpowiedz, proszę jeszcze na jedno pytanie: 

10. Co dotychczas najwspanialszego zdarzyło Ci się w macierzyństwie? 

To może być najtrudniejsze pytanie, bo takich najwspanialszych chwili jest bardzo, bardzo dużo. Ostatnio jestem pod wrażeniem, bo słyszałam, jak mój starszy synek Robert deklamuje wierszyk. To cudowne, że ciągle uczy się czegoś nowego! 

Myślę, że jednym z najbardziej pozytywnych aspektów jest obserwowanie, jak Robert odnosi się do swojego młodszego braciszka, Michała. Świadomość, że mój syn jest dobrym bratem i po prostu dobrym chłopcem, wiele dla mnie znaczy. Mogę nie tylko go kochać, ale też lubić i na swój sposób podziwiać. 

Piszę głównie o starszym synku nie dlatego, że lubię go bardziej, 😉 ale dlatego, że młodszy jest po prostu niespełna rocznym pluszakiem, który poza wiecznym uśmiechem i pogodą ducha nie zdradza jeszcze zbyt wielu indywidualnych cech charakteru. Kocham Michała z całego serca, równie mocno jak jego brata. O Robercie po prostu więcej da się w tej chwili powiedzieć 😊

autor zdjęcia: Andrzej Dymek
Dziękuję Ci, Martyno, za poświęcony czas i wspaniałe, szczere odpowiedzi. ❤️


A niedługo na blogu ukaże się kolejny wywiad z cyklu "Macierzyństwo bez ściemy". Bądźcie czujni. 😊


Jeśli spodobał Ci się ten wpis i chcesz być na bieżąco z moimi działaniami i niczego nie przegapić:

- obserwuj mnie na Facebooku - Mama pod prąd FB

- zaglądaj do mnie na Instagramie - Mama pod prąd Instagram 

środa, października 16, 2019

Żeńskie nazwy zawodów, czyli jak wychować pewne siebie dziewczynki

Żeńskie nazwy zawodów, czyli jak wychować pewne siebie dziewczynki
strażaczka, astronautka, prezydentka, kanclerka, pilotka i dyrygentka

Wpis ten rozpocznę fragmentem tekstu, który niedawno przeczytałam na fantastycznym blogu "Jak wychowywać dziewczynki"Autorka bloga przytacza następującą sytuację, a na końcu zadaje pewne pytanie. Zresztą przeczytajcie sami:

"Ojciec i syn mają wypadek samochodowy. Karetka wiezie ich do szpitala. Ojciec umiera. Chłopca biorą na salę operacyjną, jednak chirurg spogląda na niego i mówi „nie mogę go operować, to mój syn".

Jak to możliwe?

  • Co pomyśleliście, w pierwszym momencie?
  • Czy ktoś z Was był zdziwiony zaistniałą sytuacją?
  • Czy musieliście się trochę dłużej pogłowić, żeby znaleźć rozwiązanie tej enigmy?  

Wiecie co? JA TAK! Moja pierwsza myśl była taka: "Hmm. No rzeczywiście to trochę dziwne. Przecież tata zmarł". Dopiero chwilę potem mnie olśniło. "Rany! Chirurgiem jest przecież matka dziecka!".

No właśnie: chirurgiem, czy chirurżką?


Nie takie feminatywy straszne


Ha! Już widzę ten niesmak na twarzach niektórych z Was. Chirurżka?! Tego się przecież nawet wymówić nie da! Fakt. Chirurżka to dość trudne słowo, ale czy nie skomplikowane są też w wymowie "Chrząszcz brzmi w trzcinie w Szczebrzeszynie" albo "Wyindywidualizowałam się z rozentuzjazmowanego tłumu"? Skomplikowane. Jednak powodem tej trudności nie są tzw. feminatywy, czyli rzeczowniki rodzaju żeńskiego utworzone od form męskich, a fakt, że nasz język ojczysty jest po prostu niesamowicie zagmatwany fonetycznie. 

Jednak, mimo ewentualnych trudności fonetycznych, uważam, że stosowanie feminatywów 
w mowie i piśmie jest potrzebne. Dlaczego? Właśnie choćby z powodu, który wymieniłam na samym początku tego wpisu: żeby nasz umysł, który chcąc nie chcąc stosuje uproszczenia analizując świat, nie miał aż tak dużego pola do popisu i nadmiernie nie stereotypował.

Niech będą więc: 

chirurdzy i chirurżki
kierowcy i kierowczynie
psychologowie i psycholożki
pielęgniarze i pielęgniarki
strażacy i strażaczki
sekretarze i sekretarki
prezesi i prezeski
taksówkarze i tasówkarki
leśnicy i leśniczki
konduktorzy i konduktorki
prezydenci i prezydentki
czy też weterynarze i weterynarki

Psycholożka to nie loszka...


Moja jedna przyjaciółka powiedziała mi kiedyś, że dostaje białej gorączki, kiedy ktoś nazywa ją psycholożką. Słowo to kojarzy się jej bowiem... z loszką, a więc samicą świni. No cóż. Ja natomiast uważam, że o wiele dostojniej brzmi własna nazwa żeńska rzeczownika oznaczającego zawód, niż opcja dwuwyrazowa, czyli w przytoczonym przypadku "pan/pani psycholog".

źródło: hopaj.pl
Wolę powiedzieć lekarka niż pani lekarz, kierowczyni niż pani kierowca, strażaczka niż pani strażak. Mam też wrażenie, że sformułowania o konstrukcji "pani + nazwa zawodu w rodzaju męskim" sugerują, że kobieta zajmuje stanowisko docelowo przeznaczone dla mężczyzn. Nie bierze się to znikąd. Przecież przez setki lat tak po prostu był ułożony świat. Kobiety nie mogły się uczyć, pracować, ani głosować. Obecnie tego typu sytuacje są oczywiście nie do pomyślenia, jednak zwróćcie uwagę na to, że język zawsze zmienia się wolniej niż otaczająca go rzeczywistość.

I żebyście mnie źle nie zrozumieli. Ja nie jestem jakąś filologiczną oszołomką, która na siłę chce zmieniać nasz piękny język polski. Zdaję sobie sprawę, że język sam się przeobraża, choć dzieje się to powoli oraz, że żadne zmiany nie mogą być sztywno narzucane i forsowane za wszelką cenę. Świat ewoluuje. Kobiety są coraz bardziej pewne siebie i pracują praktycznie w każdym zawodzie. Nie powinno więc nas dziwić, że wiele z nich chce, aby zmiany w świecie zawodowym odzwierciedlone zostały również w języku. Podejrzewam też, że feminatywy prędzej czy później wejdą do standardu języka polskiego. Taki jest po prostu naturalny bieg rzeczy.


Męskie nazwy zawodów to... postulat feministek?

Ponadto, co pewnie wielu z Was zszokuje, okazuje się, że w polszczyźnie w latach 20. i 30. XX wieku żeńskie wersje zawodów były powszechnie wykorzystywane. Nikogo też one nie dziwiły. Przestano ich używać na skutek... protestów feministek (!), które postulowały nie tylko, aby kobiety były traktowane na równi z mężczyznami, ale i żeby były tak samo nazywane. 

Jak wspomniał Michał Rusinek w wywiadzie, którego udzielił dla Wysokich Obcasów 09.12.2018, "do męskich nazw zawodów i funkcji przyzwyczaił nas PRL. To wtedy próbowano pozbawić zawody płci, uznając, że kobiety i mężczyźni są równi. A przez to, że niemożliwa gramatycznie jest wersja zawodu w rodzaju nijakim, obowiązująca stała się forma męska"


Jednak mimo zaakceptowania postulatów dawnych feministek, ruchy feministyczne w XXI wieku zorientowały się, że nazwy feminatywne to część równouprawnienia i obecnie postulują powrót do ich używania.

Ale to przecież brzmi niepoważnie!


A czy komuś z Was nie wydaje się, że takie słowa, jak "ministerka" czy "prezydentka" nie tylko brzmią dziwnie, co po prostu przypominają zdrobnienia, a przez to mają wydźwięk co najmniej niepoważny? Podejrzewam, że niektórzy z Was odpowiedzą na to pytanie twierdząco. Sam Michał Rusinek stwierdził, że "rzeczywiście tak jest, że mamy poczucie, że forma męska jest podstawowa". Jednak zaraz dodaje: "Ale to kwestia przyzwyczajenia i osłuchania".

Moja wspomniana wcześniej przyjaciółka, po przeczytaniu pierwszej wersji tego tekstu, wysłała do 
mnie wiadomość ze sprostowaniem swojej opinii na temat słowa "psycholożka: "Nie do końca tak jest, że mnie psycholożka kojarzy się z lochą. To taki żart, który podkreśla trywialność, jaka idzie za tym słowem. Bowiem psycholożka kojarzy mi się z jakąś naiwną, niezbyt mądrą osóbką, a psycholog brzmi, że tak ujmę, bardziej dumnie. Pewnie racja, że może to być kwestia osłuchania, ale trudne to jest".

I tak moja koleżanka swoim sprostowaniem tylko potwierdziła moje przypuszczenia: obecnie żeńskie formy zawodów są postrzegane przez niektóre kobiety (i pewnie też mężczyzn) jako gorsze, głupsze, infantylne. A szkoda. Jednak wierzę w to, że im więcej kobiet będzie określać swój zawód używając do tego formy żeńskiej, tym normalniejsze nam się te słowa zaczną wydawać.

Męski świat nie dla kobiet...

Pan Michał Rusinek we wspomnianym wywiadzie słusznie stwierdził, że "porządek władzy został ustanowiony przez mężczyzn i dla mężczyzn. Dlatego mamy problem z takim sformułowaniem [sekretarka stanu, EBF]. To samo jest z „mężem zaufania”. Myślę, że język dopuści „sekretarkę stanu”, jeśli będziemy używać takiego określenia. Z „sekretarką” mamy taki problem, że jest w tym słowie pewna podrzędność i niesamodzielność".

Słowa dotyczące podrzędności i niesamodzielności w kontekście zawodu sekretarki dały mi do myślenia. Wiecie, dlaczego wydaje się nam, że w słowie sekretarka wyczuwa się podrzędność? Gdyż mamy wyryte w naszej podświadomości - tak, nawet podświadomości feministek - obraz szefa (mężczyzny) oraz jego sekretarki (często młodej, pięknej i nie koniecznie doświadczonej kobiety). Zresztą co ja będę dużo mówić. Wpiszcie sobie po prostu w Google "szef i sekretarka" albo "boss and secretary" i sami zobaczcie, jakie pojawią się Wam wyniki wyszukiwania. Żeby taki obraz przeszedł do lamusa, obawiam się, że potrzeba co najmniej kilku pokoleń.


wyniki wyszukiwania obrazu dla hasła "szef i sekretarka"
Tego typu uprzedmiotowienie kobiecych zawodów nie dotyczy jedynie sekretarki. Podobnie sprawa ma się z pielęgniarką, pilotką, strażaczką, czy też żołnierką. Ponownie wpiszcie sobie te słowa w wyszukiwarkę komputerową i zobaczycie, jakie obrazy wyświetlą się Wam na komputerze. Tak więc, nie tyle winne są tu feminatywy jako takie, co po prostu powszechna seksualizacja kobiet w naszym społeczeństwie. Figura seksownej pielęgniarki, żołnierki, czy też strażaczki bierze się stąd, że na kobietę cały czas patrzy się przez pryzmat jej cielesności, umniejszając jej intelekt. 


wyniki wyszukiwania dla słowa "pielęgniarka"

wyniki wyszukiwania dla słowa "strażaczka"
wyniki wyszukiwania dla słowa "żołnierka"

Pozwolę sobie tutaj zacytować jeszcze jeden fragment pochodzący z tego samego wywiadu przeprowadzonego z Michałem Rusinkiem. Dotyczy on właśnie zawodu sekretarki: "Kiedy byłem jeszcze sekretarzem Wisławy Szymborskiej, zadzwoniono do mnie z pewnej gazety w związku z Międzynarodowym Dniem Sekretarki. Gdy spytałem, dlaczego chcą rozmawiać ze mną, a nie z jakąś prawdziwą sekretarką, odpowiedziano mi, że ja jestem taki wyrazisty i rozmowa ze mną będzie poważniejsza niż z jakąś tam sekretarką. Bardzo mnie to rozbawiło, ale i zirytowało".


Steward albo pielęgniarz? Proszę bardzo!

Mój mąż jest z zawodu pielęgniarką. Cofnij. Pielęgniarzem. 😉 Kto z Was się uśmiechnął, czytając, że MÓJ MĄŻ JEST PIELĘGNIARKĄ? No właśnie. A dlaczego to niby wydało się Wam takie śmieszne? Przecież ten zawód jest zdominowany przez kobiety. Skoro nie wydaje Wam się zabawne, że kobieta wykonująca zawód strażaka nazywana jest panią strażak, skąd bierze się ten uśmieszek na naszych twarzach, kiedy mowa o panu pielęgniarce? 

Mój mąż dumnie mówi o sobie, że jest PIELĘGNIARKĄ. Nie uważa tego za żadną ujmę. I nie. Nigdy nie chciał studiować medycyny. Pielęgniarstwo to był jego wybór. Choć w Hiszpanii kwestia pielęgniarzy lub męskich salowych wygląda trochę inaczej niż w Polsce. Jest tam ich po prostu znacznie więcej niż u nas. Przyjęło się bowiem jako normę, że pacjentami płci męskiej na oddziałach szpitalnych zajmuje się męski personel (salowi oraz pielęgniarze). A wszystko dla zwiększenia komfortu osoby przebywającej w szpitalu.

Mój jeden kolega ze studiów jest natomiast... stewardem. Na moje pytanie, jak się czuje, kiedy ktoś go określa w ten sposób, odpowiedział mi: "Jest to określenie bez pejoratywnego znaczenia. Nie mam z nim problemu, jeśli ktoś tak mówi. Również można bezpłciowo mówić personel kabinowy albo personel pokładowy. Piloci i pilotki to natomiast personel kokpitowy". Mój kolega, który z racji wykonywanego zawodu zleciał praktycznie cały świat, powiedział mi jeszcze na przykład że: "Koreańczycy są na wskroś konserwatywni. Np. jeśli tam chłopak wykonuje zawód, który genderowo pasuje do kobiety, np. pielęgniarka, stewardesa, to nim gardzą".

Podobnie jak mój mąż, wspomniany kolega, jest tkliwy na punkcie konserwatywnego wrzucania zawodów do worów "damski" - "męski". Według nich społecznie dobrze jest postrzegane, jeśli kobieta wykonuje tzw. miękką pracę, w którą jest wpisane uśmiechanie się i bycie uległym. Jeśli kobieta natomiast podejmuje zawód społecznie przypisany mężczyznom, zaczynają się problemy.

Z kolei na moje pytanie, jak to jest z kobietami pilotkami, mój kolega steward odpowiedział: "Ja z dziewczynami w kokpicie lubię latać, bo jest zawsze super współpraca. Ale widać na przykład po twarzach ludzi w kabinie pewną konsternację, kiedy po boardingu one zaczynają się przedstawiać przez głośniki. Ale w drugą stronę to też tak dziwnie działa, bo jeśli np. mówię na koniec zapowiedź o przesiadkach i kto do którego wyjścia ma iść na kolejny rejs, to wielokrotnie miałem sytuacje, że kiedy przechodziłem potem przez kabinę, ludzie dopytywali się o numer wyjścia na kolejny rejs słowami, że "pan pilot mówił o takim a takim rejsie, a ja nie dosłyszałem/am i czy może mi pan powtórzyć?". Czyli do tej pory jest to silnie zapisane w głowach ludzi, że to samiec prowadzi samolot, a samica daje tę przysłowiową kawę 
😉".

Żeby Wam jeszcze lepiej nakreślić ten patriarchalny stereotyp pilot vs. stewardesa, spójrzcie na zdjęcie Barbie i Kena poniżej oraz na ich opis. Co się w nim nie zgadza? Widzicie?




No właśnie. Powyżej przedstawione lalki firmy Mattel to Barbie PILOTKA i Ken STEWARD, a nie na odwrót...


Brak feminatywów wyklucza kobiety?


Nie uważacie, że jeśli w danym języku nie stosujemy żeńskich nazw zawodów i na przykład na kobietę wykonującą zawód astronauty lub prezydenta mówimy pani astronauta lub pani prezydent, zamiast właśnie astronautka lub prezydentka, to myślimy wówczas automatycznie, że obecność kobiety na danym polu, w danej dziedzinie jest czymś dziwnym?

Wiecie co? Ja na własnej skórze to odczułam. Do dziś pamiętam, że kiedy byłam mała, myślałam, że kobiety nie mogą prowadzić autobusów ani taksówek. Paranoja! - pomyślicie. Skąd mi coś takiego przyszło do głowy? Już Wam tłumaczę. To nawet nie chodzi o to, że ja nigdy jako mała dziewczynka nie zobaczyłam żadnej innej kobiety wykonującej któryś z tych zawodów. Wydaje mi się, że decydujący tu był po prostu fakt, że ja nigdy nie usłyszałam ani słowa "kierowczyni" ani "taksówkarka". Tak więc wniosek, który wysnułam samodzielnie, był następujący: kobiety nie mogą prowadzić wspomnianych pojazdów. 


Plakat zachęcający do zatrudnienia się w MPK w Krakowie jako kierowca autobusu.
Mimo że na plakacie widzimy kobietę za kierownicę,
w ogłoszeniu użyto jedynie formy męskiej wyżej wymienionego zawodu.

Podejrzewam natomiast, że myślałabym inaczej, gdyby takie słowa jak kierowczyni czy taksówkarka gdzieś mimo wszystko obiłyby mi się o uszy. W książce, rozmowie, radiu, telewizji. Gdziekolwiek. Wiecie, wtedy w mojej młodej dziewczęcej głowie, ziarnko niepewności z pewnością zostałoby zasiane. No bo skoro istnieje słowo "kierowczyni" albo "astronautka", to znaczy, że przynajmniej jedna kobieta kiedyś ten zawód wykonywała, co nie? Zadaniem języka jest bowiem opisywanie otaczającej nas rzeczywistości. Jeśli istnieje jakieś słowo, to raczej nie bierze się ono znikąd.


Ach ten męski Strażak Sam!

Każdy z Was zna chyba bajkę dla dzieci po tytułem "Strażak Sam". Oprócz tytułowego strażaka Sama, czyli Samuela Peytona, w tym serialu animowanym występuje też postać strażaczki, Penny Morris, choć na próżno szukać jej wizerunku na jakimkolwiek produkcie reklamującym wspomnianą kreskówkę. W sklepach mamy pod dostatkiem kołder, zeszytów, jogurtów, tornistrów, a nawet plastrów z wizerunkiem strażaka Sama, lecz jak na razie nie znalazłam jeszcze niczego przedstawiającego strażaczkę Penny. Na otarcie łez pozostaje nam księżniczka (a jakże mogło być inaczej!) Elsa z "Krainy lodu".



Może pomyślicie sobie, że ja wymyślam problemy, których tak naprawdę nie ma. Czyżby? Chyba nie do końca. Posłuchajcie choćby, jaka decyzja została niedawno podjęta w Lincolnshire, UK. Komendant tamtejszej straży pożarnej, Les Britzman, zapowiedział, że strażacy przestaną korzystać z postaci bohatera kreskówki "Strażaka Sama" w materiałach promocyjnych, ponieważ postać ta jest "przestarzała", a nazwa kreskówki "za mało inkluzywna". Według komendanta, do określania Sama powinno używać się słowa "firefighter" zamiast "fireman" (ta druga nazwa zawiera słowo "man" - mężczyzna, a więc sugeruje, że praca w straży jest zarezerwowana dla mężczyzn, co jest nieprawdą).

W Anglii jedynie 5,2 proc. strażaków to kobiety (w Polsce około 8%). Mało, prawda? Między innymi dlatego szef wspomnianej przeze mnie jednostki straży pożarnej sugerując, że popularny program dla dzieci, mógł nawet doprowadzić do zmniejszenia liczby kobiet chcących przystąpić do służby, zmienił maskotkę strażaka Sama na trzy inne maskotki - dwie męskie: Freddy i Filbert i jedną żeńską: Penelope.



"Kosmonautka", "Strażaczka" i "Agentka" autorstwa Piotra Wawrzeniuka


Jak przyzwyczaić dzieci do używania żeńskich form zawodów od najmłodszych lat? Nie będę tutaj chyba zbyt oryginalna. Jak zwykle w trudnych i ważnych sytuacjach, zaproponuję Wam w tym celu sięgnąć po... mądrą książkę. 

W naszej domowej biblioteczce dumnie prezentują się trzy wspaniałe książeczki autorstwa Piotra Wawrzeniuka. Razem tworzą one jedną serię. Mowa "Kosmonautce", "Strażaczce" oraz "Agentce" z serii PILOTKA opublikowanych przez wydawnictwo Poławiacze Pereł. 




Książeczki te są chyba jeszcze mało znane, a szkoda. Dzięki nim od najmłodszych lat możemy oswajać nasze dzieci z tym, żeby żeńskie formy zawodów były dla nich naturalne. Wspomniane książeczki nie tylko przyzwyczajają nasze dzieci oraz nas samych do feminatywów. One również pokazują naszym synom i córkom, że wymienione w nich zawody może wykonywać mama! 

Każda z trzech wymienionych pozycji została ponadto wspaniale zilustrowana przez Dorotę Wojciechowską. Jej rysunki bynajmniej nie są infantylne, a dzięki temu nawet osoba dorosła może czerpać prawdziwą radość z lektury. Co więcej, na każdej z tych trzech książeczek pojawiła się adnotacja, że są one przeznaczone dla dzieci w wieku 3+ (3-103!). 😉 

Do tego te niesamowicie inteligentne i przewrotne wierszyki opisujące zawody wykonywane oczywiście przez kobiety. Mówię Wam - językowy majstersztyk! No i na dodatek konsultację językową w każdej z książeczek przeprowadził sam prof. Mirosław Bańko (!). 

Zamiast opisywać Wam ochy i achy dotyczące tych pozycji, może po prostu sami przeczytajcie po jednym opisie zawodu pochodzącym z każdej z książeczek. Po ich lekturze podejrzewam, że wszyscy przyznacie mi rację, że opisy tychże zawodów są po prostu REWELACYJNE! 😊


"Moja mama jest inżynierką. 
Pracuje nad projektami samochodów. 
Jest prostolinijna i nie lubi przekrętów".



"Moja mama jest dyrygentką.
Kieruje orkiestrą w filharmonii,
a w domu gra pierwsze skrzypce.
Urlop spędzamy w kameralnym gronie nad morzem,
bo mama nie lubi cymbałów".


"Moja mama jest geolożką wiertniczą.
Pracuje na morskiej platformie.
Gdy mama wraca, zgłębiamy świat bajek spod oliwnego drzewa,
odkrywając niewyczerpane zasoby przygód".



I jeszcze tytułem podsumowania całego cyklu, dodam że wymienione zawody we wszystkich trzech książeczkach są czasem naprawdę zaskakujące. Zobaczcie sami:

"Kosmonautka": architektka, inżynierka, kosmonautka, pastorka, pilotka, prezydentka, arcymistrzyni szachowa, chemiczka, generałka, mistrzyni Formuły 1, neurochirurżka, prezeska banku.

"Strażaczka": cukierniczka, dyrygentka, elektryczka, fotografka, grabarka, himalaistka, informatyczka, konduktorka, ogrodniczka, reżyserka teatralna, strażaczka, rzeźbiarka.

"Agentka": agentka, geolożka wiertnicza, hydrauliczka, kaskaderka, kustoszka, leśniczka, matematyczka, perkusistka, taksówkarka, weterynarka, zegarmistrzyni, złotniczka. 

Łamcie patriarchalne spojrzenie na język


Świat się zmienia. Kobiety imają się coraz to większej ilości zawodów. I świetnie! Podejmują pracę nawet w zawodach dotychczasowo zdominowanych przez mężczyzn (celowo nie piszę "męskich").

Edukując nasze dzieci, starajmy się unikać uczenia ich patriarchalnego spojrzenia na język. Wiem, że to jest trudne. Przecież my, dorośli, zostaliśmy wychowani w patriarchacie. Ale, wydaje mi się, że warto łamać skostniałe formy językowe i dzięki temu pokazywać przyszłym pokoleniom, że kobiety mogą pracować w każdym zawodzie, jeśli tylko tego pragną. Nie muszą się też tego obawiać. Nie będą żadnymi dziwolągami.

Kiedy jakiś feminatyw nie będzie chciał nam przejść przez gardło, zastanówmy się, dlaczego mężczyźni wykonujący zawody zdominowane przez kobiety, nie chcą, by używano wobec nich form ogólnie przyjętych, t.j. żeńskich. Dlaczego nie ma mężczyzn pielęgniarek, tylko są pielęgniarze? Dlaczego nie ma mężczyzn stewardess, tylko są stewardzi? Tutaj język potrafił się nagiąć bardzo szybko. Dlaczego nie działa to też w drugą stronę?

Polszczyzna ma naprawdę spektrum możliwości. Używajmy ich więc! Podobno w XIX wieku synonimem skrzypaczki było "skrzypicielka". Czyż to nie piękne? 😉




A czy Wam podobają się feminatywy? Czy stosujecie je na co dzień?









Jeśli spodobał Ci się ten wpis i chcesz być na bieżąco z moimi działaniami i niczego nie przegapić:

- obserwuj mnie na Facebooku - Mama pod prąd FB

- zaglądaj do mnie na Instagramie - Mama pod prąd Instagram 

piątek, października 04, 2019

Moja minimalistyczna kosmetyczka

Moja minimalistyczna kosmetyczka

Kiedyś używałam ogromnej ilości kosmetyków. Pamiętacie mój wcześniejszy wpis na temat redukcji używanych mazideł do twarzy i ciała? Pisałam w nim, ile na tej redukcji zaoszczędziłam w ciągu roku. Jeśli nie, zerknijcie na wspomniany wpis: Redukcja kosmetyków, czyli jak zaoszczędzić spore pieniądze.

Może zastanawia Was fakt, dlaczego używałam aż tylu produktów? Na pewno nie bez winy były reklamy wmawiające, że osobny krem pod oczy, na noc, do stóp, rąk, itp, itd. są nam do życia po prostu niezbędne, a jeśli ich nie będziemy stosować, będziemy wyglądać gorzej niż najstraszliwsza czarownica. I mimo że ja nawet lubię czarownice 
😉, niekoniecznie chciałabym wyglądać jak jakaś Baba Jaga. 



Również nie bez winy pozostaje obecnie ogólnie przyjęty styl życia skupiający się na ciągłych zakupach. Masz zły humor? Idź na zakupy! Nie masz pomysłu co zrobić? Kup sobie coś! Kupuj ciągle kupuj, a będziesz szczęśliwy!

Kiedy byłam w ciąży i dostałam alergii na jeden z używanych przez siebie wtedy kosmetyków, najpierw się przeraziłam, a potem zaczęłam drążyć temat i... z przerażeniem stwierdziłam, że jakość używanych przeze mnie produktów (mimo że ich ceny do najniższych nie należały) pozostawiała wiele do życzenia. Następnie pojawiły się dzieci. Przeczytałam wtedy mnóstwo publikacji na temat kosmetyków, ekologii, zanieczyszczenia środowiska, minimalizmu, i WSZYSTKO się zmieniło.



MOJA KOSMETYCZKA:

Jak na ten moment wygląda moja kosmetyczka? Na początku wkleiłam link do swojego wcześniejszego artykułu, w którym napisałam Wam, czego już nie używam. Kiedyś pisałam też o tym, które kosmetyki, jakich używałam wcześniej, zastępuję naturalnymi produktami jednoskładnikowymi. Mam tu na myśli cztery zdrowe i wielofunkcyjne produkty: olej migdałowy, masło shea, olej kokosowy oraz żel aloesowy. Jeśli jesteście ciekawi, zerknijcie i na ten wpis: Bezpieczne kosmetyki jednoskładnikowe dla dziecka i dorosłych.

Czy całkowicie wyzbyłam się kupnych kosmetyków? Nie do końca. Stosuję ich jeszcze trochę, choć zdaję sobie sprawę, że mogłabym je jeszcze bardziej zredukować. Jednak na ten moment, czuję się zadowolona z efektu redukcji. Ale do sedna. Czego używam? Ciekawi? Poniżej przedstawiam Wam aktualną zawartość mojej kosmetyczki. 



Tonik

Przed aplikacją kremu, twarz zwilżam niewielką ilością toniku. Nanoszę go bezpośrednio na dłoń, żeby nie zużywać niepotrzebnie żadnego wacika. Stosuję naprzemiennie albo czystą wodę różaną bez żadnych dodatków (np. marki Your Natural Side), albo nawilżającą esencję z mleczkiem pszczelim od Polny Warkocz


Krem do twarzy

W zależności od pory roku stosuję jeden z trzech poniższych kremów. Od razu też zaznaczę jeszcze jedno: NIE UŻYWAM KREMU NA NOC. Co więcej, ja nie tylko nie stosuję kremu na noc, co po wieczornym demakijażu twarzy w ogóle nie aplikuję na cerę żadnego kremu. Być może jesteście w szoku. Ale wiecie co? Na początku moja cera rano była troszkę ściągnięta. Ale po jakimś tygodniu od zakończenia stosowania kremu na noc, skóra na twarzy była piękniejsza niż nigdy dotąd. Minęły miesiące, a ten stan się nadal utrzymuje. Dlaczego taki proceder? Po prostu doszłam do wniosku, że moja cera musi sobie kiedyś od tych kosmetyków w końcu odpocząć i się zregenerować używając do tego swoich naturalnych zdolności. A kiedy najlepiej, jak właśnie nie nocą? 😉

Jakie kremy stosuję natomiast w dzień? Zależy to trochę od pogody oraz pory roku. Oto moja lista:

* wiosna, pochmurne lato lub słoneczna jesień - arganowy krem do twarzy Nacomi 30+ na dzień z witaminą E.



* słoneczne lato - (jeśli się nie maluję) - Dermedic Baby Sunbrella mleczko ochronne dla dzieci SPF50 100 g. Jak pewnie się domyślacie, podbieram ten krem swoim dzieciom. 😉 No ale po co mam kupować osobny krem, skoro ten jest taki dobry i już jest kupiony?

* deszczowa jesień i zima - mazidło pszeniczne do cery suchej i dojrzałej od Polny Warkocz. O tym genialnym wręcz kremie pisałam na blogu już wcześniej. Poświęciłam mu cały osobny artykuł. Chętnych zapraszam do lektury: krem na zimę dla dziecka.


Maseczka do twarzy

Jest taki jeden produkt, który pokochałam i jak na razie nie mam zamiaru się z nim rozstawać. Jest to nawilżająca maseczka do twarzy Aqua Hydra Skin marki Nacomi. Maseczka jest w formie kremu i, co bardzo mi się podoba, nie trzeba jej zmywać z twarzy. Niczego nie brudzi, pięknie pachnie. To taki krem z funkcją WOW! Ale wiecie co? Zdradzę Wam pewną tajemnicę. Ja tego kosmetyku prawie nie używam jako maseczki. Jako że po redukcji kosmetyków, moja cera jest w naprawdę rewelacyjnym stanie, nie potrzebuję stosować aż tylu maseczek jak kiedyś. Kiedy więc używam tego rewelacyjnego produktu? Codziennie wieczorem nakładam jego niewielką ilość na skórę pod oczami po wcześniejszym demakijażu twarzy oczywiście.



Peeling

Stosuję sporadycznie, ale jeśli już to używam bardzo fajnego i delikatnego peelingu enzymatycznego do cery wrażliwej i naczynkowej Sylveco. Najczęściej stosuję go przed nałożeniem maseczki na całą twarz.



Podkład i puder

Mimo że odkąd stałam się mamą, maluję się coraz rzadziej, od czasu do czasu nakładam na twarz niewielką ilość podkładu lub/i jeśli moja cera się świeci, delikatnie przypudrowuję skórę pudrem mineralnym. Wybrane przeze mnie marki nie tylko są bardzo dobre jakościowo, ekologiczne ale i ekonomiczne. Jakich produktów używam?

organiczny podkład pod makijaż marki Avril (odcień Beige)




wykończeniowy puder mineralny od Ecoloré (odcień Fair)





Kolorówka

Tak jak wspomniałam powyżej, obecnie bardzo rzadko się maluję. Jednak kiedy to robię, to moimi must have są następujące produkty:

* róż do policzków bio marki Avril (odcień Rose Nacre)




* tusz do rzęs - jakikolwiek (nie posiadam jeszcze swojego faworyta). 
😉 Doradzicie jakiś fajny?
* żelowy korektor do brwi Delia Cosmetics kolor czarny (wiem, nie jest eko, ale tak bardzo go lubię no i wystarcza naprawdę na baaaaardzo długo).



* cienie do oczu - w sumie jakiekolwiek; nie mam swoich ulubionych, a używam ich sporadycznie

Włosy


Jeśli chodzi o pielęgnację moich włosów, nie będę się powtarzać, gdyż całkiem niedawno przygotowałam dla Was kompletny tekst na ten temat. Niech Was nie zmyli tytuł. Tekst jest dla wszystkich, nie tylko dla łysiejących mam po porodzie. Jest w nim wszystko począwszy od szczotek i grzebieni, a na produktach do pielęgnacji włosów kończąc. 😉Oto i on: Wypadanie włosów po porodzie.


Prysznic


Żel

Dążę do tego, żeby pod prysznicem mieć po prostu jakieś dobre mydło. Mniej wtedy będę generować plastiku. Jednak jak na razie zużywam po prostu zakupione wcześniej ekologiczne żele. Jeden jest marki Yope, a drugi Vianek.

Mleczko?

A gdzie mleczko pod prysznic? - zapytacie. Już nie używam. Teraz po prostu stosuję olejek ze słodkich migdałów aplikując go na wilgotną skórę ciała. Uwaga! Jeśli bym go aplikowała na suchą skórę, po jakimś czasie mogłoby to doprowadzić do jej wysuszenia. Oleje bowiem są emolientami (natłuszaczają), a nie humektantami (nie nawilżają).



Płyn do higieny intymnej?

Ale ale! Gdzie do jasnej ciasnej masz płyn do higieny intymnej?! - zapytacie. Nie mam! Jesteście w szoku? Ja też na początku byłam. Poczytajcie, dlaczego przestałam stosować tego rodzaju kosmetyki: 

Jakiś czas temu natknęłam się na następujący wpis "Mamy ginekolog", dzięki któremu przekonałam się do używania WODY zamiast płynu do higieny intymnej. I tak już pół roku. I wiecie co? I wszystko OK. ;-)  A oto fragment tego wpisu: "No i odwieczne pytanie – czym się „tam” myć? Ale zastanówmy się, czy to pytanie jest rzeczywiście odwieczne… czy wasze mamy w latach 80tych zastanawiały się czy kupić preparat X czy Y do higieny intymnej? Czy wasze babcie, wpadłyby w ogóle na pomysł, że taki preparat może kiedyś istnieć? Pewnie nie – i czy to znaczy, że chodziły brudne – lub jak reklamy wam mówią, miały notoryczne infekcje intymne. No nie. Do mycia powinniście przede wszystkim używać WODY! Krocze, srom i odbyt – możecie myć tym samym preparatem, którym myjecie resztę ciała. Pod warunkiem, że nie wprowadzacie tego preparatu do pochwy (...) Czy uważam, że nie powinno się stosować preparatów do higieny intymnej? To nie jest tak – jeżeli bardzo chcecie, możecie je używać. To jest mniej więcej tak jak z kremem pod oczy, czy to jest konieczny produkt – nie. Nic wam się nie stanie jeżeli krem do twarzy użyjecie również pod oczy. Ale część kobiet będzie się „lepiej czuła”, jeżeli na noc wklepie drogi krem pod oczy, inny na czoło a jeszcze inny na szyję. Jeżeli jesteście jedną z tych kobiet to super. Naprawdę nie ma nic przeciwko – ale pamiętajcie aby preparatu do higieny intymnej nie wprowadzać do pochwy oraz aby stosować go bardzo malutko. Do umycia sromu, krocza i odbytu wystarczy ilość płynu wielkości ziarenka grochu. Więc taki jeden przeciętnej wielkości pojemnik powinien wam starczyć mniej więcej na rok. Jeżeli co miesiąc, dwa musicie uzupełnić swoje zapasy płynu do higieny intymnej to znaczy, że używacie go za dużo. I dam sobie rękę obciąć – że macie infekcje intymne częściej niż wasza stosująca zwykłe mydło do całego ciała sąsiadka". 

Higiena jamy ustnej

O tym był już osobny wpis, więc nie chcąc się powtarzać, zapraszam do lektury: Ekologiczne mycie zębów. 


Krok po kroku 

Czyli, czego dokładnie i w jakiej kolejności używam rano i wieczorem:


RANO:

1. Przemywam twarz wodą. Wycieram ręcznikiem.
2. Nakładam na twarz jeden z wymienionych powyżej toników. Do aplikacji nie stosuję wacika. Używam albo atomizera albo niewielką ilość płynu wylewam bezpośrednio na dłoń, a potem wklepuję go w twarz.
3. Nakładam niewielką ilość kremu (inny w zależności od pory roku/pogody). Wszystkie trzy kremy wymieniłam wcześniej.
4. Nakładam niewielką ilość podkładu od Avril i wsmarowuję go w twarz.
5. Jeśli cera się błyszczy, nakładam minimalną ilość podkładu mineralnego od Ecoloré.
6. Jeśli jestem blada, aplikuję pędzelkiem troszkę różu do policzków od Avril.
7. Jeśli mam taką ochotę (i czas), maluję rzęsy maskarą i do tego muskam brwi żelowym korektorem od Delia.

I jeszcze jedna adnotacja:

8. Nie używam kupnych dezodorantów. Stosuję swój własny dezodorant na bazie oleju kokosowego i sody oczyszczonej. Tutaj znajdziecie przepis.


WIECZOREM:


1. Zwilżam wielorazowy wacik kosmetyczny z froty bambusowej od Wielorazówka.
2. Nalewam na wacik niewielką ilość oleju migdałowego. 
3. Przy pomocy takiego wacika zmywam cały makijaż i nieczystości z cery. Czasem potrzebne są dwa waciki dla dokładnego demakijażu.
4. Nakładam na twarz jeden z wymienionych powyżej toników. Do aplikacji nie stosuję wacika. Używam albo atomizera albo niewielką ilość płynu wylewam bezpośrednio na dłoń, a potem wklepuję go w twarz.

5. Pod oczy aplikuję nawilżającą maseczkę do twarzy od Nacomi. Czasem zamiast maseczki stosuję po prostu niewielką ilość masła shea. A czasem nic. 😉


Mało? Wystarczy!

I tyle. Nic więcej. Żadnych płynów micelarnych, mleczek do demakijażu, żelów. Tylko olejek ze słodkich migdałów. Ale, uwaga, olej może zapychać, jeśli ktoś ma cerę z tego typu tendencją. Ja mam cerę raczej suchą i bezproblemową jeśli chodzi o pory.

Jak widzicie, niewielu rzeczy używam obecnie, choć i te dałoby się jeszcze bardziej zredukować, choćby pod prysznicem. 

I wiecie co? Zauważyłam jeszcze jedną fajną rzecz. Wraz z redukcją kosmetyków oraz ze zwiększoną świadomością odnośnie tychże, stosuję mniejsze dawki wszystkiego (kremów, szamponów, żelów pod prysznic). W ten sposób wychodzi jeszcze ekonomiczniej, ekologicznej i bynajmniej nie mniej zdrowo dla mnie. Moja cera jest w super stanie. Przyjrzyjcie się swoim kosmetyczkom? Czy nie jest tam czegoś przypadkiem za dużo? 😉


A jakie są Wasze ulubione marki i kosmetyki? Czy w waszej kosmetyczce też króluje minimalizm?






Jeśli spodobał Ci się ten wpis i chcesz być na bieżąco z moimi działaniami i niczego nie przegapić:

- obserwuj mnie na Facebooku - Mama pod prąd FB

- zaglądaj do mnie na Instagramie - Mama pod prąd Instagram 
Copyright © 2016 Mama pod prąd , Blogger