piątek, lipca 19, 2019

Poznajmy się bliżej - 35 faktów na temat Mamy pod prąd

Poznajmy się bliżej - 35 faktów na temat Mamy pod prąd
Do napisania tego tekstu przekonała mnie jedna z moich ulubionych blogerek Martyna prowadząca bloga "Szczęśliwa siódemka". Bardzo spodobał mi się jej wpis 30 faktów o mnie - co lubię, czego nie lubię? Ponieważ jest Was u mnie na blogu coraz więcej, pomyślałam, że i ja się przed Wami troszkę bardziej otworzę w ten jakże sympatyczny sposób, jaki wymyśliła Martyna. Tym razem nie będzie ani słowa o byciu mamą. Będzie luźno i przyjemnie.

Poniżej przedstawiam Wam 35 faktów o mnie - co lubię, a czego nie. Gotowi? Czas start! 😊



1. Jako nastolatka byłam wielką fanką młodzieżowego zespołu The Kelly Family. Miałam wszystkie ich kasety magnetofonowe (tak, ja z tych zamierzchłych czasów magnetofonów 😉). Ściany w moim pokoju były obklejone plakatami przedstawiającymi członków tego zespołu. Byłam też na ich koncercie w Katowicach. Cóż za niesamowite przeżycie! I wiecie co? Dalej lubię tę śpiewającą rodzinkę. Kiedy ogłosili reaktywację zespołu, byłam wniebowzięta. Oczywiście udałam się na ich koncert powrotny, który odbył się w Krakowie, a za kilka miesięcy pójdę na ich kolejny koncert w moim mieście.



2. Wybrałam studia na kierunku filologia hiszpańska... m.in. ponieważ chciałam zrozumieć treść hiszpańskich piosenek śpiewanych przez wyżej wymieniony zespół. 😉 Gdyby więc nie The Kelly Family, nigdy nie poznałabym swojego męża - Hiszpana właśnie. 😊

3. Uwielbiam jeść czekoladę praktycznie w każdej postaci. I jak pewnie nietrudno Wam się domyśleć, moim ulubionym ciastem jest... ciasto czekoladowe, rzecz jasna. Jeśli będziecie w Krakowie, polecam Wam wpaść do Nowej Prowincji przy ul. Brackiej. Ich ciasto czekoladowe z bitą śmietaną to, mistrzostwo świata. 😉

4. Mój ukochany serial to "Przyjaciele". Wraz z mężem znamy wiele cytatów z tego serialu na pamięć. Moimi ulubionymi bohaterami tego serialu są Phoebe i Chandler. Swoją naiwnością przypominam Phoebe, natomiast mój mąż ma poczucie humoru à la Chandler.

5. Nie lubię otrzymywać ciętych kwiatów, gdyż... są już martwe i bardzo jest mi smutno, kiedy tak szybko usychają. Czyli kolejna cecha, jaka łączy mnie z serialową Phoebe. Uwielbiam za to patrzeć na kwiaty na łąkach. Wolę milion razy bardziej widok bławatka na łące niż czerwonej róży w wypasionym bukiecie.

6. Wyjątek dla ciętych kwiatów zrobiłam na swoim ślubie... humanistycznym. Miałam wtedy naturalny bukiet. Był on w stylu rustykalnym, czyli odnoszącym się do moich ukochanych polnych kwiatów. A co do mojego ślubu, jeszcze jedna ciekawostka. Suknię ślubną kupiłam używaną przez internet. Była to taka sama suknia, jaką miała na sobie April Kepner, bohaterka mojego drugiego ulubionego - "Chirurdzy". 😊

autor zdjęcia: Warsztat Spojrzeń
7. Mam arachnofobię. Dotychczas starałam się z tym walczyć, ale w końcu się poddałam. Nie jest chyba tak źle, skoro uwielbiam wszelkiego rodzaju węże, jaszczurki, żaby, ropuchy, myszy, szczury, pszczoły i inne latające lub chodzące robaczki, co nie? Tylko te nieszczęsne pająki... No nie lubię ich i już!

8. Jestem leworęczna. Sprawiało mi to pewną trudność w podstawówce, ponieważ za moich czasów (ale to brzmi - "za moich czasów"😉) obowiązkowo trzeba było pisać piórem w zeszytach. Jednak i tak zawsze miałam bardzo ładne pismo. I mimo że obecnie na co dzień używam długopisów, nadal wolę pisać piórem. Przede wszystkim z granatowym atramentem. Wtedy czuję, że to, co zostało napisane ma duszę, że jest wyjątkowe. 😉

9. Moim ulubionym malarzem jest bez wątpienia Van Gogh. Kocham, kocham i jeszcze raz kocham jego obrazy, jego technikę, intensywność kolorów. Kiedy jestem za granicą, zawsze sprawdzam, czy nie ma tam jakiegoś muzeum, w którym wisi obraz Van Gogha. Jeśli tak, jest to mój absolutny must have na liście. Przed jednym obrazem Van Gogha mogę stać w nieskończoność. Jego dzieła mnie hipnotyzują. Kiedy skończyła się u mnie nastoletnia epoka kellysowa, na ścianach pojawiły się kopie obrazów Van Gogha. Gdziekolwiek mieszkałam, zawsze na ścianie wieszałam choćby jedną kopię jakiegoś obrazu tego malarza. W tym momencie w naszym mieszkaniu mamy dwa obrazy Van Gogha oraz dwa plakaty pochodzące z naszego ukochanego serialu "Przyjaciele".


10. Nie lubię okularów przeciwsłonecznych, które zabarwiają kolory na żółto. Niebo ma być niebieskie, a nie herbaciane! Dlatego zawsze bardzo długo zajmuje mi znalezienie odpowiednich okularów. Uwielbiam połączenia kolorystyczne takie jak na obrazach Van Gogha: niebieskie niebo, zielone trawy i żółte lub czerwone kwiaty. Żółte szkła w okularach psują mi te doznania kolorystyczne.

11. Moją ukochaną polską wokalistką jest Kasia Kowalska. Niezmiennie od czasu jej pierwszej płyty. Kiedy tylko mogę, zawsze idę na jej koncert. I za każdym razem jest to dla mnie niezwykłe doznanie muzyczne. Znam na pamięć wszystkie jej piosenki. 😉

12. Nie znoszę ogórków kiszonych ani kwaszonych. Akceptuję tylko i wyłącznie świeże ogórki. To samo tyczy się kapusty. Kiszona kapusta jest dla mnie nie do przełknięcia! W ogóle cokolwiek kiszonego (również rzepa, którą dodają do dań w moim ulubionym punkcie z falafelami Mazaya falafel) odpada.

13. Odkąd pamiętam, chciałam mieć przekłute uszy, ale moja mama nie zgadzała się na to. W końcu, kiedy byłam pełnoletnia, poszłam do kosmetyczki i od tego momentu mogę nosić kolczyki. Ponadto, kiedy byłam na Erasmusie, zrobiłam sobie piercing we brwi. Mam zamiar nigdy go nie zdejmować. Będę taką cool grandma z piercingiem😉

14. Irytują mnie filmy i seriale z polskim lektorem. Nie jestem w stanie tego słuchać. Akceptuję tylko wersję oryginalną z napisami lub bez. 


15. Kiedy byłam w podstawówce, podkochiwałam się w następujących bohaterach serialowych: Sully z "Dr Queen" oraz Nick Slaughter z "Żaru Tropików".


Nick Slaughter z "Żaru Tropików" - moja młodzieńcza "miłość"



16. Nie lubię oglądać komedii romantycznych ani czytać tzw. romansideł. Z prasy typowo kobiecej akceptuję jedynie "Wysokie obcasy".

17. Jestem osobą wysoko wrażliwą, czyli tzw. WWO. Nie wiem, czy słyszeliście o tego typu osobach. Jeśli nie, zapytajcie się o szczegóły wujka Google'a. 😊

18. Moim ukochanym miastem jest Barcelona. Jeśli kiedyś wygram w lotka, z pewnością wybuduję sobie tam letnią rezydencję. 😉

19. Kocham zwierzęta. Obecnie mam 3 koty. Wszystkie dachowce i wszystkie adoptowane. Bliźniaki Luke i Leia oraz młodzieniaszek Anakin. Natomiast pierwszego kota dosłownie zgarnęłam spod bloku, kiedy chodziłam jeszcze do podstawówki. Było to w urodziny mojej mamy. Wykorzystałam moment, że mama była w dobrym humorze i dzięki temu udało mi się ją przekonać do zatrzymania Świrka. Przeżył z nami cudowne 18 lat. 😊

mój pierwszy kot - Świrek

20. Przez wiele lat byłam wegetarianką (właśnie z powodu mojej miłości do zwierząt). W tym momencie praktycznie też nie jem mięsa, choć czasem mi się jeszcze zdarzy zjeść pierś z kurczaka albo hamburgera. Planuję powrócić do diety wegetariańskiej, ale raczej nigdy wegańskiej. Zbyt bardzo lubię jeść nabiał i jajka.

21. Mój ulubiony kolor to niebieski (a ubrań zielony). Bardzo lubię intensywne kolory. Nie przepadam natomiast za kolorem czarnym. I całe szczęście. W domu mam przecież trzy koty. Czarne ubrania i koty to niezbyt fajne połączenie. Ten kto ma koty, ten wie, o czym mówię, co nie? 😉

22. Mój szczęśliwy numer to 4. A tak w ogóle to nie lubię numerów nieparzystych, bo wydają mi się być jakieś takie... niekompletne. 😉


23. Lubię słuchać zespołu Aerosmith, natomiast nie znoszę ich ballady "I Don't Want to Miss a Thing". Najmniej lubianą przeze mnie piosenką zespołu Metallica jest "Nothing Else Matters". Kiedy jestem wściekła, słucham płyty "Nevermind" zespołu Nirvana. Zawsze mi pomaga ukoić nerwy.

24. Moimi ulubionymi herbatami są herbaty zielone i białe. I taka ciekawostka: nie lubię pić herbaty, kiedy wnętrze kubka, z jakiego ją piję nie jest w kolorze białym. Dlaczego? Ponieważ nie widzę wtedy prawdziwego koloru herbaty. Ja natomiast oprócz picia herbaty, uwielbiam wpatrywać się w jej zielonkawe lub żółtawe odcienie. I jeszcze jedno. Herbat nigdy nie słodzę! 😉

25. Nie umiem chodzić na obcasach, ale uwielbiam w nich tańczyć. 😉


26. Kiedy byłam mała, nigdy nie chciałam być księżniczką, natomiast zawsze pociągało mnie, żeby zostać czarownicą. Co więcej, przez pewien moment podejrzewałam, że pochodzę z rodziny czarownic. Moja babcia miała bowiem takie wahadełko, którym wróżyła przyszłość. Niestety. Okazało się, że nie jestem członkiem klanu czarownic. 

27. Uwielbiam humor absurdalny typu Monthy Pyton oraz słowny, jak poniżej na zdjęciu.


28. Bardzo lubię mówić w językach obcych. Płynnie posługuję się hiszpańskim i angielskim. Marzy mi się też, żeby nauczyć się francuskiego na poziomie zaawansowanym, ale na chwilę obecną są to tylko pobożne życzenia. Mówiąc po hiszpańsku lub angielsku jestem o wiele bardziej otwarta niż kiedy posługuję się językiem polskim. Może dlatego mam sporo zagranicznych przyjaciół? 😉

29. Lubię czytać książki z długimi opisami. Uwaga, uwaga, właśnie dzięki temu i chyba jako jedynej osobie w klasie bardzo podobała mi się powieść "Nad Niemnem". Zafascynowała mnie też książka "Pachnidło". Niesamowity język i  opisy. Natomiast film na podstawie tej powieści to według mnie nic inego jak dziadostwo. 😉

30. Nie lubię filmów ani książek z otwartymi zakończeniami. Wyobraźcie sobie więc moją irytację na filmie "Incepcja". 😉

31. Nie lubię deszczu ani śniegu. Lubię natomiast, jak jest ciepło. I jeszcze taka ciekawostka: mój mąż Hiszpan o wiele gorzej znosi gorąc ode mnie i w ogóle uważa, że w Polsce jest za sucho i za ciepło. 😉

32. Nie lubię słodkich win. Według mnie, jak jakieś wytrawne wino jest niesmaczne, ma po prostu niską jakość. Cukier tu niczego nie poprawi. Co do słodkich win, wyjątkiem jest jedynie czerwone słodkie wino portugalskie Porto, które uwielbiam! Moim ulubionym wytrawnym winem jest natomiast białe hiszpańskie wino Albariño. 

33. Zawsze kiedy przyjeżdżam do Warszawy, bardzo się stresuję. Wszyscy tak szybko gdzieś biegną. Mnie ten stres zawsze niestety bardzo się udziela. Apogeum stresu to przystanek Centralna. Staram się go unikać jak ognia, bo zawsze wpadam tam w stan absolutnej paniki.

34. Nie lubię wysokich głosów kobiecych. Sopranowi mówię stanowcze nie. Uwielbiam natomiast wszelakie alty oraz męskie głosy - przede wszystkim tenor.

35. Moim ulubionym owocem są morele. Nie na darmo niektórzy znajomi mówią na mnie... Elka Morelka. 😉



Jak na razie to chyba na tyle. Mam nadzieję, że spodobał Wam się ten wpis. Nie ukrywam, że czasem fajnie jest napisać coś takiego lekkiego. Od razu człowiekowi robi się przyjemniej. Choć nie martwcie się, trudnych tematów na moim blogu nie zabraknie. W końcu jestem Mamą pod prąd. 😉

Który z faktów o mnie Was najbardziej zdziwił? Dajcie znać. Jestem bardzo ciekawa.




Jeśli spodobał Ci się ten wpis i chcesz być na bieżąco z moimi działaniami i niczego nie przegapić:


- obserwuj mnie na Facebooku - Mama pod prąd FB


- zaglądaj do mnie na Instagramie - Mama pod prąd Instagram

poniedziałek, lipca 01, 2019

Najłatwiejsza rzecz w ciąży, czyli historia jednego imienia

Najłatwiejsza rzecz w ciąży, czyli historia jednego imienia

Nie wiem, czy pamiętacie mój wcześniejszy wpis dotyczący podobnej kwestii, a mianowicie wyboru imienia dla mojego syna. Jeśli nie, to serdecznie Was zapraszam do lektury, bo... naprawdę można się nieźle uśmiać. 😉 Ponadto w tamtym wpisie zdradziłam Wam zarówno historię swojego imienia, jak i imienia mojego męża. Chyba więc warto, prawda?

Pamiętając tę najtrudniejszą rzecz z mojej pierwszej ciąży, czyli wybór imienia dla naszego pierworodnego, na myśl, że ta historia może się jeszcze powtórzyć, od razu oblewały mnie zimne poty. No i pewnego dnia - bam! - znowu dwie kreski na teście ciążowym. A wraz z nimi niemal od razu zaczęły mnie dręczyć natrętne myśli dotyczące tego, czy przeżyję kolejne wielomiesięczne dywagacje dotyczące imienia tym razem dla naszego drugiego dziecka. Jeśli ten proces miał być tak intensywny, jak za pierwszym razem, to najprawdopodobniej głowa by mi eksplodowała. Serio mówię. Przecież wybór imienia dla naszego syna, to był najstraszniejszy z koszmarów mojej pierwszej ciąży. Nie jakieś tam opuchnięte nogi, nie skurcze w łydkach budzące mnie po nocach, nie coraz większy brzuch utrudniający spanie w jakiejkolwiek pozycji. To wszystko to był pikuś w porównaniu z wyborem imienia dla naszego pierworodnego.




Chcąc oszczędzać swoje siły twórcze, postanowiliśmy z mężem odłożyć kwestię wyboru imienia do chwili, aż nie poznamy płci naszego drugiego dziecka. Po co myśleć nad dwoma imionami, kiedy wystarczy nad jednym, co nie? Bo wiadomo było, że dzieci będzie sztuk jeden. Nie dwa, trzy, cztery, pięć, czy, jak niedawno w Krakowie, aż sześć na raz.


Tym razem dziewczynka!


W końcu się dowiedzieliśmy. Tym razem miała to być dziewczynka. To był już drugi trymestr ciąży. Nie było więc czasu do stracenia. Wiedzieliśmy, że dłużej nie powinniśmy już odwlekać kwestii wyboru imienia dla naszego drugiego dziecka. No bo co, jeśli znowu ta sprawa zajmie nam całe miesiące?! Aż strach pomyśleć! Moglibyśmy nie zdążyć do narodzin naszej córki! 

Choć, z drugiej strony patrząc na tytuł tego posta, wybór imienia dla naszego drugiego dziecka to raczej nie była żadna droga przez mękę, a przysłowiowa bułka z masłem. I macie rację! Tak naprawdę decyzja, jak nazwać naszą córkę trwała dosłownie... kilka minut, a wyglądała następująco:

- Kochanie, wiesz jakie imię zawsze chciałam dać swojej córce, gdybym ją miała?
- No jakie?
- @#$^% (
Ha! Jej imienia Wam jeszcze w tym momencie nie zdradzę, bo nie byłoby tu żadnej zabawy).
- Podoba mi się! Niech tak będzie.


No i jest. 😉

10 zasad wyboru imienia


Mimo że decyzja co do imienia naszej córki nastąpiła w wyjątkowo ekspresowym tempie, mimo wszystko postanowiliśmy sprawdzić, czy to imię respektuje dziesięciopunktowe zasady wyboru imienia, jakie stworzyliśmy i których przestrzegaliśmy podczas wyboru imienia dla naszego syna, a które chcieliśmy również zachować i tym razem. 

O jakie 10 punktów chodzi? Ano o takie:


1) Podobne brzmienie po polsku i po hiszpańsku

Imię zarówno po polsku jak i po hiszpańsku miało brzmieć tak samo lub niemal tak samo. Dlaczego? Z bardzo prostego powodu. Nie chcieliśmy, aby hiszpańscy dziadkowie (bo siłą rzeczy prędzej oni będą mieli problem z wymową niż polscy) za każdym razem, gdyby mieli wypowiadać imię swojego wnuka, opluwali się cali starając się wydobyć z czeluści swych gardeł dźwięcznie brzmiące polskie dźwięki takie jak dż, dź, sz, cz, ś, ć, ą, czy też ę.  

2) Podobne brzmienie imienia w języku angielskim

Dodatkowym plusem było, aby imię naszego dziecka brzmiało również podobnie w języku angielskim. Wiadomo - obecnie jest to język międzynarodowy, można wręcz powiedzieć: język sukcesu, język bez znajomości którego w dzisiejszym świecie jest się po prostu analfabetą. Jeśli nasze dziecko wyjedzie kiedyś za granicę lub/i stanie się sławne na świecie (a co! 😉), nie chcieliśmy sprawiać zbytniego problemu komukolwiek za granicą z wypowiedzeniem jego imienia. Wyobraźcie sobie te wykrzywione brwi i spocone czoła osoby starającej się poprawnie przeczytać imię laureata Oscara lub nagrody Nobla. 😉

3) Niepowtarzalność imienia w naszych rodzinach do trzech pokoleń wstecz

Kolejną przyjętą przez nas zasadą była taka, że imię dla naszego dziecka nie może się powtarzać w naszych rodzinach do trzeciego pokolenia wstecz. Według nas, imię każdej osoby to sprawa bardzo indywidualna. Wydaje nam się trochę głupie, jak w rodzinie na przykład babcia, mama, córka i wnuczka mają takie samo imię. Może to przecież doprowadzić do szeregu nieporozumień, albo wręcz wykręcania się od odpowiedzialności. "O mnie Ci chodziło, kiedy prosiłaś o nakrycie do stołu?" - pyta się córka Maria siedząca akurat w salonie w towarzystwie babci Marii. 😉

4) Imię nie bardzo popularne

Dodatkowo chcieliśmy, żeby imię naszego dziecka nie było w tym momencie zbyt popularne w Polsce. Chcieliśmy naszej córce oszczędzić choćby takiej sytuacji, że w jednej klasie nasze dziecko musi być numerowane, bo jest w niej na przykład aż 6 Ań: Ania nr 1, Ania nr 2, Ania nr 3, Ania nr 4, Ania nr 5 i Ania nr 6. Pozdrawiam wszystkie Anie. 😉

5) Brak spółgłoski "R"

Ponadto mój mąż poprosił, żeby w imieniu naszego dziecka nie występowała spółgłoska "R". Dlaczego? Ponieważ ma on problem z wypowiadaniem tego fonemu. Wymawia go, jak to się potocznie mówi, "po francusku". Mi się to niesamowicie podoba, ale on przez wiele lat miał z tego powodu kompleksy, które najwyraźniej zostały mu do dziś. Powiedział, że nie chce mieć problemów z wypowiadaniem imienia własnego dziecka. Tak więc "R" mówimy kategoRyczne NIE! 

6) Brak negatywnych skojarzeń z kimkolwiek

Co więcej, imię nie mogło nam się źle kojarzyć z nikim z przeszłości. Na szczęście tym razem wszystko wskazywało na to, że ten punkt nie przysporzy nam aż tylu problemów jak w przypadku syna. Mój mąż w dzieciństwie przez wiele lat był co prawda workiem treningowym, ale dla bardziej popularnych chłopaków z podstawówki, a nie dziewczyn. Koleżanki ze szkolnej ławki na szczęście się nad nim nie znęcały. Dzięki temu, zasada numer 6 nie zredukowała jakoś drastycznie puli imion, jakimi dysponowaliśmy tym razem. 

7) Brak jakichkolwiek innych negatywnych konotacji

Imię naszego dziecka nie mogło też kojarzyć się nam negatywnie z żadnego innego powodu: film/serial/książka/produkt/"bo tak jakoś". 😉 Cha! Uwierzcie mi. Z tym punktem jest często najgorzej. Przynajmniej u nas ze względu na naszą bujną wyobraźnię. 😉

8) Pozytywne znaczenie imienia

Imię naszego dziecka nie mogło też oznaczać niczego... dziwnego. Od lat nie mogę bowiem zapomnieć historii jednego imienia. Kiedyś w Hiszpanii poznałam rodziców dziewczynki o imieniu Ares. Tak, tak. Dobrze przeczytaliście - ARES. Okazuje się, że mimo że dla nas, Polaków, imię to kojarzy się raczej jednoznacznie: z greckim bogiem wojny, Aresem, synem Zeusa i Hery, dla Hiszpanów nie jest to już tak oczywiste. Jak to możliwe? A tak to. W Hiszpanii mitologia nie znajduje się na liście lektur szkolnych. Jeśli więc jakiś Hiszpan oprócz lektur niczego innego w życiu nie czytał (a są tacy), nie jest świadom, jak nazywali się greccy lub rzymscy bogowie. 

Imię Ares zostało wybrane przez tamtych rodziców dla swojej córeczki, ponieważ nieopodal ich domu leżał kościół poświęcony Maryi Ares (la Virgen de Ares). Dziecko okazało się jednak tak problematyczne i niespokojne, że przerażeni rodzice w pewnym momencie zaczęli poszukiwać ukrytych znaczeń wybranego przez nich imienia. Domyślacie się, co odkryli. Tararara! Bóg wojny, Panie i Panowie. Kurtyna.

9) Brak silnych konotacji biblijnych

Podczas gdy Biblia obfituje w imiona męskie brzmiące dość staroświecko - Mojżesz, Izaak, Abraham, w przypadku kobiet sytuacja wygląda znacznie lepiej (Maria, Magdalena, Anna, Ewa (choć są i inne oczywiście 😉).

Jednak mimo że nie mam nic do wyżej wymienionych imion żeńskich, jako że nie jesteśmy osobami religijnymi, nadal chcieliśmy zachować ten punkt i ostatecznie zdecydować się na inne imię.

10) Ładne w brzmieniu

Chcieliśmy również, aby wybrane przez nas imię po prostu ładnie brzmiało. Przecież imię zostaje z człowiekiem na całe życie. 

Czy udało się i tym razem?


Kiedy przebrnęliśmy przez wszystkie 10 punktów, doszliśmy do wniosku, że jest prawie idealnie. Wstępnie wybrane przez nas imię żeńskie spełniało wszystkie warunki, no może za wyjątkiem punktu 4 z naszej listy 😉. Wydaje mi się bowiem, że wybrane przez nas imię, mimo że nie znajduje się w pierwszej dziesiątce najczęściej wybieranych imion dla dziewczynek w roku 2018, jest jednak zbyt popularne, żeby mogło spełnić czwarty warunek. Jakie to imię? Ale jesteście niecierpliwi. Czytajcie dalej, a się dowiecie. 😉

Brzmiące podobnie - hurra!


Mimo że imię dla naszej córki było już praktycznie zaklepane, nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy mimo wszystko nie sprawdzili, czy nie ma czegoś lepszego. 😉 Tym razem, ku naszej radości, okazało się, że istnieje bardzo dużo imion żeńskich brzmiących podobnie albo nawet identycznie po polsku i po hiszpańsku. Jak wielka to ulga zrozumie każdy, kto czytał mój post dotyczący wyboru imienia dla naszego syna. W porównaniu z dosłownie kilkoma imionami męskimi, które brzmią podobnie w obydwu językach, 50 imion (a to i tak nie wszystkie), przyznacie, że brzmi imponująco. Oto i one. Tak. Wśród nich jest też TO imię. 😉 



Jak widzicie, tym razem imion było do wyboru do koloru. 

Jeśli spojrzeliście dokładnie na powyższą listę, to może zastanawia Was, dlaczego postawiłam wykrzyknik koło imienia Marika? Stało się tak dlatego, że, mimo iż w języku hiszpańskim istnieje słowo "marica", w żadnym wypadku nie jest to imię, lecz obraźliwy wyraz używany pod adresem osób homoseksualnych. Tak więc polskie imię Marika od razu zostało przez nas skreślone.


Dużo imion czy jednak niewiele?


Zostało nam już tylko 49 imion. Jednak, kiedy zaczęliśmy aplikować kolejne punkty dziecięciu zasad wyboru imienia dla naszego dziecka, i ta dość pokaźna liczba zaczęła się kurczyć w zastraszającym tempie. 

Niepowtarzalność imienia w naszych rodzinach do trzech pokoleń wstecz - odpadły: Anna, Barbara, Esther, Karolina, Lidia, Maria, Monika, Olivia, Renata, Sylwia, Zofia i Sofía. Ponadto wymazaliśmy z listy również imiona niektórych z naszych przyjaciółek, ponieważ tak mocno się nam z nimi kojarzą, że nie jesteśmy w stanie zduplikować ich imienia nadając je naszemu dziecku. Po prostu, jak np. słyszę imię Magda to oczami wyobraźni widzę tylko tę jedną Magdę, którą znam. W ten sposób nie braliśmy już pod uwagę imion: Agata, Magdalena i Zuzanna. Już nie 49, a 35 imion. 

Kolejne imiona poleciały, kiedy wymazaliśmy te posiadające w sobie spółgłoskę R. Najbardziej płakał nad nimi, o dziwo, mój mąż, który przecież sam ustanowił tę regułę. Tak bardzo podobało mu się imię Kleopatra... 😉 Jednak jakkolwiek imię to samo w sobie brzmi pięknie i dostojnie, to już w połączeniu z nazwiskiem Fernández niekoniecznie. Tak więc i dla Kleopatry byliśmy bezlitośni. Mnie z kolei spośród imion z litrą R wyjątkowo podobało się Miranda (ze względu na Mirandę Kerr, hehe). Jednak mój mąż, delikatnie mówiąc, nie pała do tej modelki nadmierną miłością, więc i to imię nie zakwalifikowało się do dalszych negocjacji. I nie pomogło tu nawet moje mini przekupstwo: "Przecież to imię jest tak podobne do Twojej ukochanej Mirindy" 😉. Miranda została wykreślona tak samo jak wszystkie pozostałe imiona z literką R. I tak ostało się już jedynie 16 imion...


Kolejny punk eliminacyjny to... negatywne konotacje. Przy tym punkcie od razu wywaliłam Matyldę. Mimo że imię Matylda jest ładne, to mnie jednak cały czas kojarzy się z filmem "Matylda", czyli, jak go w latach 90-tych reklamowano, dziewczyńskiej wersji "Kevina". No cóż, pamiętając historię moich hiszpańskich znajomych, którzy nazwali swoją córkę imieniem Ares, wolałam nie ryzykować z imieniem Matylda. Co prawda Diego starał się zawetować moją decyzję. No bo przecież, wiadomo, Matylda z Leona Zawodowca 😉. Mówił, że ten film to klasyka, że tę rolę grała jego ukochana aktorka Natalie Portman. Jednak byłam nieugięta. Matylda musiała odejść. 


Mąż kazał natomiast usunąć z listy Alicję. I nie, bynajmniej nie dlatego, żeby nie lubił Alicji z krainy czarów, tylko po prostu źle mu się kojarzyła z jedną dziewczyną o imieniu Alicia, która narobiła sporo kłopotów jemu, mnie i jeszcze kilku osobom, tym samym psując nam na dobre skojarzenia z tym pięknym imieniem. Ja z kolei poprosiłam o wykreślenie imienia Sabina. Sabina to był mój postrach w 4 klasie podstawówki. Dziewczyna o tym imieniu, szkolna chłopczyca, 
jeśli miałeś tyle "szczęścia", że akurat na nią trafiłeś na przerwie, a nie było wtedy nikogo dorosłego w okolicy, mogła cię sprać na kwaśne jabłko. Do dziś, kiedy słyszę imię Sabina, widzę właśnie jej twarz. Tym sposobem, zeszliśmy do szczęśliwej trzynastki. Ale to jeszcze nie koniec 😉.

Brak silnych konotacji biblijnych - odpadło oczywiście imię Ewa. Choć imię to głównie nie podobało nam się z innego powodu, a mianowicie jego felernej daty imienin, wypadających w samą Wigilię. Jeśli natomiast chodzi o brzmienie danego imienia, dla mnie odpadły od razu Eulalia oraz Cecylia. Nie jestem w stanie wytłumaczyć, dlaczego. Po prostu nie brzmią mi i już. Jeśli jeszcze chodzi o znaczenie imion, średnio podoba mi się pomysł, żeby nazywać córkę imieniem koloru (Wioletta lub Blanca - po hiszpańsku "biały"). Tak więc i tym dwóm imionom podziękowaliśmy. Ostało się już tylko 8 imion... 

Kiedy przyjrzeliśmy się ich znaczeniom, odpadła ponad połowa z nich. Imiona, których jedynym znaczeniem jest pochodzenie od podobnego imienia męskiego... Eee... No, thank you. I tak pożegnaliśmy Sonię, Paulę, Paulinę, Emilię oraz Luizę.


Ostateczna trójka


Ostały się już tylko trzy imiona. Kto z Was jest w stanie powiedzieć jakie? Nikt? OK, podpowiem 😉. 

Do ostatecznej trójki dostały się: 

Diana, 
Helena,
Natalia.

Które z nich wygrało? 

Poniżej kilka podpowiedzi. Może uda Wam się zgadnąć wybrane przez nas imię 😉


Podpowiedź nr jeden:

"Puszek okruszek 
Puszek kłębuszek 
Bardzo go lubię 
Przyznać to muszę 
Puszek okruszek 
Kłębuszek 
Jest między nami sympatii nić 
Wystarczy tylko 
Że się poruszę 
Zaraz przybiega by ze mną być 2x".

Jeśli nadal nie wiecie, przybywa Wam z pomocą podpowiedź numer dwa... Niech moc będzie z Wami😉

Podpowiedź nr dwa:

Padmé Amidala, czyli królowa planety Naboo z Gwiezdnych Wojen. 


Dalej nic? No to czas najwyższy na podpowiedź numer trzy. Tym razem nadal pozostajemy w klimacie science fiction.


Podpowiedź nr trzy:

Czarna Wdowa z Marvel Comics


Wiecie już? 
...
...
...
...
...
...

Wygrało imię NATALIA




Co prawda pozostałe dwa imiona z ostatecznej trójki też nam się podobały, jednak to Natalia przeważyła.

Mój mąż wahał się jeszcze nad Heleną, a to wszystko za sprawą Heleny Trojańskiej 😉. Jednak mnie nie przekonało w tym imieniu polskie "H", które po hiszpańsku, jeśli występuje w danym wyrazie, zawsze jest nieme. Chciałam, aby wybrane przez nas imię było IDENTYCZNE po polsku i hiszpańsku. Skąd u mnie aż taka restrykcyjność w tej kwestii? Ano ze względu na moją teściową, która od ponad dwóch lat nie przyjmuje do wiadomości, że imię jej wnuka, Sebastiana, akcentuje się na przedostatnią sylabę, a nie tak jak po hiszpańsku, na ostatnią. Jeśli i moje drugie dziecko cały czas nazywane by było niepoprawnie, to, delikatnie mówiąc,... nie ręczę za swój stoicki spokój. 😉

Diana też ładne imię, ale jakoś zbyt mocno kojarzyła nam się z księżną Dianą i dlatego nie chcieliśmy sobie tego imienia przywłaszczać. 


LARA!!!


Kiedy już wyglądało na to, że ostateczna decyzja zapadła, mój mąż wykrzyknął! "LARA! Miała być Lara!". Jeśli w tym momencie zerkacie na tabelkę pięćdziesięciu imion żeńskich, spośród których wybieraliśmy imię dla córki,  to nie, nie znajdziecie na niej tego imienia. Jakoś nie pomyślałam o nim. Jest chyba za mało popularne, żeby ot tak na nie wpaść. 


"Dlaczego Lara?" - zdziwiłam się? "Przecież to imię nie spełnia jednej z Twoich głównych zasad. Jest w nim litera "R"". - "Dlatego, że Tomb Raider to gra mojego dzieciństwa. Uwielbiałem w nią grać". Ponieważ nie potrafię ukrywać swoich emocji, więc i tym razem mój mąż od razu zauważył, że jest coś nie tak z tym imieniem. Wiecie, wizerunek oryginalnej Lary Croft jest, delikatnie mówiąc,... porządnie roznegliżowany. OK, wiem. W latach 90-tych chcąc, żeby od razu było wiadomo, że bohaterem gry jest kobieta a nie mężczyzna, trzeba było powiększyć to i owo. Inaczej ułomna wtedy jeszcze grafika mogłaby nie sprostać wyzwaniu i dana postać mogłaby bardziej przypominać mężczyznę niż kobietę. Jednak wizja biustu Lary Croft w rozmiarze kilkukrotnie większym od piersi Barbie oraz konotacje takiej fizyczności z moją córką nie napawały mnie zbytnim optymizmem dla imienia Lara. 

No i jeszcze jedna kwestia. W filmową wersję Lary Croft wcieliła się wyjątkowo przeze mnie nielubiana aktorka - Angelina Jolie. No bo wiecie, ja z obozu Jennifer Aniston jestem. 😉 Ostatecznie pomysł na nadanie naszej córce imienia Lara legł w gruzach, kiedy zdałam sobie sprawę, iż córka jakże nielubianej przeze mnie restauratorki, Magdy Gessler, tak właśnie ma na imię.

Larze mówimy nie!

Dlaczego Natalia?


A wiecie, jaka jest cała prawda z imieniem Natalia? Kiedy byłam małą dziewczynką, na okrągło słuchałam kaset... Natalki Kukulskiej. Postanowiłam sobie wtedy, że jeśli kiedyś będę mieć córkę, będzie miała tak właśnie na imię. Wiem, wiem. Gusta się zmieniają. Kiedyś lubiłam kryształkowe lampy, miałam fryzurę à la Violetta Villas, a moim ulubionym samochodem był Ford KA. 😉 Jednak lata lecą, a wyjątkowy sentyment do imienia Natalia pozostał.

Natalce mówimy tak!

I męża udało mi się szybko przekonać do tego imienia, ponieważ jego ulubiona aktorka  - Natalie Portman - nosi to samo imię. Do tego pała on również sympatią do Natashy Romanow, tak więc, ostateczna decyzja, jak nazwać naszą córkę to naprawdę była przysłowiowa bułka z masłem. 😉

Negatywne skojarzenia?

Kiedy imię zostało już wybrane, zastanawiałam się jeszcze, czy potem przypadkiem się nie okaże, że w mowie potocznej imię Natalia ma jakieś nieciekawe konotacje. Na szczęście jak na razie na nic takiego się nie natknęłam. Jedyne skojarzenie, jakie mam z imieniem Natalka, a raczej z jednym ze zdrobnień do tego imienia, to natka pietruszki. Za natką co prawda nie przepadam, ale zdaję sobie sprawę, że jest bardzo bardzo zdrowa, wszak to przecież takie nasze Polish superfood. Tak więc oh yeah dla Natki. 😉

Natalka Natka
A czy Wy mieliście problemy przy wyborze imienia dla Waszego dziecka? ;-)




Jeśli spodobał Ci się ten wpis i chcesz być na bieżąco z moimi działaniami i niczego nie przegapić:

- obserwuj mnie na Facebooku - Mama pod prąd FB

- zaglądaj do mnie na Instagramie - Mama pod prąd Instagram

Copyright © 2016 Mama pod prąd , Blogger