środa, września 26, 2018

Mam 35 lat i wcale nie jestem supermamą!



Pewien list dwulatka



Jakiś czas temu na stronie https://dziecisawazne.pl/ przeczytałam tekst, który wywarł na mnie tak ogromne wrażenie, że od tamtego momentu nie było ani jednego dnia, żebym o nim nie pomyślała. O jakim tekście mówię? Był to pewien list, specjalny list. Dlaczego specjalny? Dlatego, iż został napisany z perspektywy dwulatka. Oczywiście nie napisało go tak naprawdę żadne dwuletnie dziecko, gdyż dzieci w tym wieku często nie potrafią jeszcze mówić, a tym bardziej pisać. No chyba że ten dwulatek był jakąś prawdziwą wersją serialowego Sheldona Coopera z "Teorii wielkiego podrywu", który to przecież w wieku 9 lat chodził już do liceum, gdzie przewyższał wiedzą niejednego nauczyciela. Wtedy rzeczywiście podejrzewam, że taki à la Sheldon Cooper mógł już umieć pisać w wieku 2 lat i napisać wspomniany list. :P
źródło: https://choice.npr.org/
Jednak tutaj tak naprawdę nie chodzi o to, kto go napisał (a był to najprawdopodobniej jakiś dorosły), tylko o wydźwięk listu. Polskie tłumaczenie wykonane przez redakcję "Dzieci są ważne" możecie znaleźć tutaj.

"Mam 2 lata i wcale nie jestem okropny!"


Dla "leniwych" ;-) poniżej kopiuję treść wspomnianego listu "Mam 2 lata i wcale nie jestem okropny!":

"Obudziłem się dziś w dobrym humorze i chciałem się ubrać, ale usłyszałem, że nie mamy na to czasu i tata mnie ubierze. To mnie zasmuciło. Chciałem zjeść śniadanie, ale mama martwiła się, że pobrudzę koszulkę i nakarmiła mnie łyżeczką. To sprawiło, że poczułem się sfrustrowany. Chciałem więc pójść już do samochodu i samodzielnie do niego wsiąść, wtedy tata powiedział: “Nie, musimy już jechać, nie mamy czasu. Pozwól mi to zrobić”. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, próbowałem sam wysiąść, ale znów nie było na to czasu – to zezłościło mnie tak, że miałem ochotę uciec! Nie uciekłem – zacząłem płakać.

W żłobku miałem ochotę bawić się klockami, wysypałem je na podłogę, a wtedy pani powiedziała “nie, nie tak, tak się nie bawimy”. Zdecydowałem, że nie będę się już bawił klockami. Postanowiłem pobawić się lalką, którą trzymała jakaś dziewczynka, więc ją jej zabrałem. Wtedy pani powiedziała, że to nie jest miłe i że muszę się dzielić. Nie jestem pewien, o co chodziło. Poczułem się niepewnie i zacząłem płakać. Chciałem, żeby była tu mama i mnie przytuliła. Mamy nie było, a pani powiedziała: „Nie ma co płakać, wszystko w porządku. Idź się pobaw do dzieci!”. Nie miałem już ochoty się bawić. Było mi bardzo smutno i czułem się samotny.

Potem pani powiedziała, że czas kończyć zabawę i żebym razem z dziećmi pozbierał zabawki. Nie byłem pewien co mam robić, czekałem, aż ktoś mi pokaże. Po chwili pani powiedziała: „Dlaczego nie zbierasz zabawek? Po zabawie trzeba odłożyć wszystko na miejsce”. Ale ja nadal nie wiedziałem, co mam zrobić. Gdzie mam położyć te zabawki? Słyszałem, że pani do mnie mówi, ale nie rozumiałem słów. Jeden chłopiec głośno płakał. Byłem przerażony i się nie ruszałem. Potem usiadłem na podłodze i sam zacząłem płakać.

Kiedy nadszedł czas jedzenia, chciałem dostać tosty, które bardzo lubię, ale było coś innego. Nie chciałem tego jeść. Wtedy pani powiedziała: ”Proszę, spróbuj tego, zjedz to…” i zaczęła wkładać mi to coś do buzi. Nie chciałem jeść, nie mogłem też odejść od stołu – pani mi nie pozwoliła, bo jestem za mały i muszę coś zjeść, żeby urosnąć. Miałem ochotę rzucić tym jedzeniem i znów zacząłem płakać. Panie ciągle mówią, że muszę coś zjeść. Byłem głodny, sfrustrowany i smutny. Byłem zmęczony i potrzebowałem kogoś, kto by mnie pocieszył. Nie czuję się tutaj bezpiecznie, ani nie kontroluję tego, co ze mną robią. To mnie przeraża. Wtedy płaczę jeszcze bardziej.

Mam 2 lata – nikt nie pozwoli mi się samemu ubrać, nikt nie pozwoli mi pójść tam, gdzie chcę, nikt nie pozwoli mi decydować o tym, co chcę teraz robić. Dorośli chcą żebym się dzielił, słuchał i „poczekał chwilkę”. Oczekują, że będę siedział spokojnie i wiedział, że jak czymś rzucę, to ta rzecz może się zepsuć. Chcą żebym wiedział co powiedzieć, jak postępować i radzić sobie z emocjami. Ale ja tego nie wiem. Umiem za to chodzić, biegać, pchać, ciągnąć, wspinać się, rzucać, ale nie zawsze wolno mi to robić. Jestem ciekawy, chcę dotykać rzeczy i lubię eksplorować. Ale tego też nie zawsze mi wolno. Często czuję się zdezorientowany".

Prawda, że ten list daje do myślenia nawet jeśli wiemy, że nie mogło go napisać dwuletnie dziecko?

Jestem mamą jeszcze młodszego dziecka. Mój syn ma obecnie 1,5 roku. Czy bycie mamą jest trudne? Czy cały czas pospieszam swoje dziecko, bo nie zdążymy tu czy tam? Czy pozwalam mu samodzielnie się ubrać, zjeść, bawić się, w co chce, pójść na spacer w inne miejsce, niż to, w jakie planowałam? Czy często mówię mu: "chwileczkę", "poczekaj", "zaraz", "momencik, tylko jeszcze muszę..."? Czy krzyczę na niego, kiedy z zapałem chwyta się ekranu mojego komputera, albo wiesza się na drzwiczkach piekarnika? 


Nie jestem mamą idealną


No cóż. Nie mam zamiaru ukrywać, że nie jestem mamą idealną. Taki twór jak idealny rodzic według mnie w ogóle nie istnieje. Zarówno mama jak i tata są tylko ludźmi, a nie (wbrew obiegowym opiniom) jakimiś superbohaterami. Przed narodzinami dziecka nie przechodzą kursu, jak być najlepszym rodzicem w galaktyce, albo przynajmniej na Ziemi (choć patrząc na niektórych rodziców, dochodzę do wniosku, że taki kurs powinien być obowiązkowy). Każde z nich ma swoje problemy i słabości. Co więcej, większość rodziców jest do tego ciągle niewyspana, często sfrustrowana, bije się z emocjami, co robić, aby nie zatracić w tym wszystkim siebie i równocześnie nadal być dobrym rodzicem dla swojego dziecka. Ponadto dochodzą do tego jeszcze często zawyżone oczekiwania społeczne i tzw. "dobre rady" najbliższych oraz nieznanych nam osób z Internetu, które nierzadko robią więcej szkody niż pożytku. Wielu rodziców oprócz opieki nad swoimi maleńkimi dziećmi musi też czynnie pracować zawodowo, a tym samym ma jeszcze mniej czasu i sił dla swoich dzieci. Wydaje mi się, że najnowocześniejszy robot zaprojektowany na super rodzica nie byłby w stanie sprostać takiemu wyzwaniu jak bycie mamą czy tatą, a co dopiero mający jednak swoje ograniczenia człowiek.

źródło: http://www.kamperki.com/

Samodzielne ubieranie się dziecka


Staram się nie wyręczać swojego dziecka w codziennych czynnościach. Bynajmniej nie znaczy to, że zawsze mi się to udaje. Chłopiec z listu pisze "Obudziłem się dziś w dobrym humorze i chciałem się ubrać, ale usłyszałem, że nie mamy na to czasu i tata mnie ubierze. To mnie zasmuciło". W tej chwili jestem w o tyle komfortowej sytuacji, że jeszcze nie wróciłam do pracy. Mogę więc teoretycznie poczekać, aż moje dziecko spróbuje się samodzielnie ubrać. Jednak nawet u mnie bywają takie sytuacje, że muszę syna pospieszyć, bo na przykład jestem umówiona do lekarza na konkretną godzinę, albo bo po prostu jestem tak zmęczona, że wiem, że psychicznie nie wytrzymam czekać pół godziny, a czasem nawet 5 minut, aż moje dziecko zdecyduje się, czy przełożyć głowę przez bluzę, a następnie włożyć ręce do rękawów, czy jednak nie. Wybieram wtedy mniejsze zło, czyli pomaganie dziecku w tej czynności. Inaczej wiem, że mogłoby to się skończyć moim krzykiem, którego staram się unikać nawet kiedy czuję się bardzo źle. Nie zawsze mi to jednak wychodzi. 

Choćby wczoraj nie uniknęłam przykrej sytuacji z tym związanej. Musiałam w przeciągu 10 minut wyjść z domu, żeby zdążyć na autobus, aby dojechać na czas do lekarza. Sebastian z radością asystował mi przy wkładaniu butów. Podawał mi swoją stopę i but do ubrania, a następnie samodzielnie dopinał rzep. Jednak, kiedy przyszedł czas na kurtkę, moje dziecko wyraziło stanowczy sprzeciw. Za nic w świecie nie chciał jej założyć. Na nic się zdało tłumaczenie, że jest bardzo zimno i bez kurtki może się rozchorować (szkoda, że dzieci w wieku mojego syna nie rozumieją jeszcze zbyt dużo). Nawet już zastanawiałam się, czy nie wyjść bez kurtki, ale jednak (mam nadzieję) zdrowy rozsądek wziął górę. Ubrałam synkowi kurtkę na siłę mimo jego stanowczego sprzeciwu. Nie obyło się bez płaczu. :-(





Samodzielne jedzenie dziecka


Dalej we wspomnianym liście dziecko pisze: "Chciałem zjeść śniadanie, ale mama martwiła się, że pobrudzę koszulkę i nakarmiła mnie łyżeczką. To sprawiło, że poczułem się sfrustrowany". No cóż, mimo że ja swojego synka karmię w duchu BLW, zdarza mi się, oj zdarza, dokarmiać go łyżeczką. Dlaczego? Choćby dlatego, że w danym momencie nie ma czasu na długie jedzenie, albo najzwyczajniej w świecie nie mam cierpliwości czekać, aż moje dziecko zje cały talerz płatków wkładając sobie do ust płatek po płatku, mimo że wiem, że powinnam. Bywa też, że po drugim z rzędu nastawionym praniu tego samego dnia nie mam ochoty nastawiać trzeciej pralki w ciągu najbliższych dwóch dni, więc kiedy na obiad jest danie z sosem pomidorowym, albo budyń czekoladowy na podwieczorek, wkładam na syna nie tyle sam śliniak, co, nazwałabym to "śliniakowy pancerz" zakrywający doszczętnie każdy element jego ubrania, tak żeby ani czekolada, ani pomidory nie miały szans na nawet najmniejszy kontakt z ubraniem mojego dziecka. Oczywiście Sebastian nie zawsze jest wniebowzięty z takiego ubioru...

źródło: https://www.gettyimages.co.uk

Samodzielne chodzenie dziecka


"Chciałem więc pójść już do samochodu i samodzielnie do niego wsiąść, wtedy tata powiedział: “Nie, musimy już jechać, nie mamy czasu. Pozwól mi to zrobić”. No cóż i tu nie jestem bez winy. Bywają takie chwile, że po prostu o jakiejś godzinie muszę być w konkretnym miejscu i nie ma zmiłuj się, i mimo że naprawdę chciałabym pozwolić swojemu dziecku na powolny spacer do samochodu i wejście do niego (co robi wręcz świetnie, jak możecie zobaczyć na poniższym filmiku), nie zawsze jestem w stanie mu to zagwarantować. A taki malec przecież nie rozumie, dlaczego teraz nie może zrobić tego co zwykle, więc się frustruje.





Samodzielna zabawa dziecka


"W żłobku miałem ochotę bawić się klockami, wysypałem je na podłogę, a wtedy pani powiedziała “nie, nie tak, tak się nie bawimy”. Zdecydowałem, że nie będę się już bawił klockami". Co prawda mój syn nie chodzi jeszcze do żłobka, ale klocki oraz inne zabawki posiada i rzeczywiście zdarzają się takie momenty, kiedy nie jest dla mnie najdogodniejsze, żeby moje dziecko bawiło się klockami, gdyż zawsze wtedy bardzo hałasuje wyrzucając całą zawartość pudła na ziemię, a potem głośno wrzucając do niego klocek po klocku. Przykładów nie muszę szukać daleko. Choćby przedwczoraj miała miejsce tego typu sytuacja. Ból w mojej głowie narósł do poziomu dla mnie już nieznośnego, ja natomiast dalej słyszałam głośne BUM, TRACH, BACH!!! wydawane przez przerzucane przez syna z impetem klocki. Podniosłam się więc z wersalki i powiedziałam do synka "Dość. Głowa mnie boli" i schowałam klocki. Możecie sobie wyobrazić jego reakcję. Głowa rozbolała mnie jeszcze bardziej i oczywiście poczułam się też źle jako matka, która nie sprostowała potrzebom swojego dziecka w danym momencie.


źródło: https://www.nytimes.com/

Samodzielne jedzenie dziecka raz jeszcze


"Kiedy nadszedł czas jedzenia, chciałem dostać tosty, które bardzo lubię, ale było coś innego. Nie chciałem tego jeść. Wtedy pani powiedziała: ”Proszę, spróbuj tego, zjedz to…” i zaczęła wkładać mi to coś do buzi". Czy i mi zdarzyły się tego typu sytuacje? Na szczęście bardzo sporadycznie, ale niestety się zdarzyły. Zwykle, kiedy mój syn nie chce czegoś jeść, to pozwalam mu nie jeść. Staram się szanować jego gusta kulinarne lub fakt, że w danym momencie nie jest głodny, lub nie ma najzwyczajniej ochoty na jedzenie. Domyślam się, że kiedy zgłodnieje, to zje. Nie stresuję się nadmiernie nawet, jeśli moje dziecko danego dnia jest bez obiadu, bo odmówiło jego spożycia. Czasem, kiedy Sebastian nie chce na przykład zjeść kurczaka (nie przepada za nim), a to właśnie jest na obiad, robię mu jego ulubione tosty z serem i szynką, ale bywają też i takie momenty, kiedy nie mam czasu/sił/ochoty/możliwości przygotowywać czegoś specjalnego dla swojego dziecka i wtedy po prostu pozwalam mu nie jeść. Wiem, że od braku jednego obiadu dziecko nie umrze. ;-) 

Jednak zdarza mi się też, że próbuję, namawiam go kilkakrotnie do zjedzenia czegoś. Podtykam mu tę łyżeczkę pod nos. Zwykle kończy się to oczywiście protestem ze strony syna, który przecież już wcześniej dawał mi znać, że nie chce jeść. Czasem też, kiedy jestem już skrajnie wyczerpana, jest wieczór, a ja wiem, że danego dnia mój syn prawie niczego nie zjadł... o zgrozo... puszczam mu jakąś bajkę i - kolejna zgroza - karmię go łyżeczką. Tak, tak. Realia życia sprawiają, że znana Wam "Mama pod prąd" czasem staje się najzwyczajniejszą "Mamą z prądem". :-/


źródło: https://www.blasty.pl

Czy łatwo jest pozwalać dziecku na samodzielność?


Na koniec listu smutny dwulatek żali się: "Mam 2 lata – nikt nie pozwoli mi się samemu ubrać, nikt nie pozwoli mi pójść tam, gdzie chcę, nikt nie pozwoli mi decydować o tym, co chcę teraz robić. Dorośli chcą żebym się dzielił, słuchał i „poczekał chwilkę”. Oczekują, że będę siedział spokojnie i wiedział, że jak czymś rzucę, to ta rzecz może się zepsuć. Chcą żebym wiedział co powiedzieć, jak postępować i radzić sobie z emocjami. Ale ja tego nie wiem". Staram się pozwalać mojemu dziecku na samodzielność. Jednak, jak widzieliście choćby na powyższych przykładach, teoria teorią, a życie życiem. Nie zawsze mi się to udaje. Nie zawsze mam na to wszystko czas, energię, humor, czy siłę. Staram się zrozumieć syna w każdej z sytuacji: 

  • Kiedy zauważy otwarte drzwi lodówki i chce poznać jej zawartość oraz rozpracować mechanizm jej otwierania i zamykania. 
  • Kiedy myje w mojej asyście ręce i mimo że są już czyste, to przecież to takie fajne, że woda się leje i leje, i chlapie, i pryska, i moczy. Taką fajną wodę trzeba oczywiście badać dalej. 
  • Kiedy mieliśmy iść tylko na 30 minutowy spacer, ale te dmuchawce są takie fascynujące, że trzeba we wszystkie podmuchać, więc z krótkiego spaceru robią się dwie godziny. 
  • Kiedy ta lampa tak fajnie się włącza i wyłącza przy każdym przyciśnięciu takiego "magicznego" guzika.




Bywają jednak i takie dni, kiedy w lodówce na wysokości mojego syna znajduje się otwarta puszka, więc tę lodówkę zamykam bojąc się, że syn się skaleczy. Rezultat - płacz. Przychodzi taki moment, że zakręcam kurek od kranu, bo dzień wcześniej opłaciłam rachunki za wodę i kwota widniejąca na przelewie sprawiła, że przynajmniej jeden włos na mojej głowie posiwiał. Rezultat - płacz. Są też i takie dni, że na spacerze moje nogi odmawiają mi posłuszeństwa i przy dziesiątym  dmuchawcu z rzędu mówię: "Koniec, idziemy do domu!". Rezultat - płacz. Bywają takie chwile, że mam dość patrzenia, jak moje dziecko non stop włącza i wyłącza lampę, bo myślę, że tę żarówkę to zaraz szlag trafi i znowu będę musiała kupić nową. Wyłączam lampę z prądu. Rezultat - płacz. 


No czemu znowu płaczesz?


Nie potrafię patrzeć, jak moje dziecko płacze i świadomość, że to ja go do płaczu doprowadziłam, jest dla mnie trudna, ale w danym momencie wiem też, że nie potrafiłam postąpić inaczej. Jestem tylko człowiekiem. Jestem mamą, ale nie supermamą. Staram się na spokojnie tłumaczyć swojemu dziecku powody moich decyzji, nigdy nie mówię "Bo tak", ale oczywiście ono jest za małe, żeby zrozumieć sens moich słów.

Staram się też jak ognia unikać wyrażenia typu „Nie ma co płakać, wszystko jest w porządku". Jednak nawet jeśli 99 razy przytulę syna, kiedy płacze, to raz na sto może mi się zdarzyć, że powiem zirytowana, "No czemu znowu płaczesz?". Słowa te wypowiem automatycznie, bo przecież tyle razy ja (i zapewne wielu z Was) usłyszałam je jako dziecko. Staram się, jak mogę być wrażliwa na emocje mojego syna, bo pamiętam, jak ja się czułam, kiedy nie szanowano mojej potrzeby wyrażania negatywnych emocji. Jednak - powtarzam ponownie - rodzic jest tylko człowiekiem. Jestem tylko mamą, nie supermamą. Nikt nigdy nie był, nie jest, ani i nie będzie idealny. To jest po prostu niemożliwe.


Film "Szczęście" - Steeve Cutts


Dzisiejszy świat, ta ciągła pogoń za nie wiadomo czym nie pomaga nam, rodzicom, w wychowaniu naszych dzieci. Nie mamy czasu na ich potrzeby. Nie mamy czasu dosłownie na nic. Nie wiem, czy oglądaliście kiedyś krótki film animowany pod tytułem "Szczęście" w reżyserii Steeve'a Cuttsa? Jest to film o współczesnym świecie, w którym życie to właśnie ten wspomniany przeze mnie ciągły bieg. Bieg w poszukiwaniu szczęścia. Co jest wmawiane nam przez reklamy, firmy oraz innych ludzi, że jest szczęściem? Nowe buty, torebka, samochód, komputer, komórka, wypasiona karmelowa kawa latte, francuski szampan, większy dom, bardziej prestiżowa praca, itd. Zaharowujemy się, żeby móc kupować, kupować i jeszcze raz kupować tak naprawdę całkiem niepotrzebne rzeczy. Nawet na blogach parentingowych co chwilę można przeczytać wpisy na temat nowych "nieodzownych" gadżetów dla dzieci, koniecznych dziesiątych butów dla córki, trzydziestego ósmego robota dla syna oraz osiemdziesiątej piątej sukienki dla mamy. ;-) 



Zmiana toku myślenia


Może wyda się Wam to niepojęte, ale nigdy tak mało nie kupowałam jak teraz, kiedy mam dziecko. Poczytajcie sobie wpisy u mnie na blogu z etykietą "oszczędności", to sami zobaczycie. ;-) Bycie rodzicem zweryfikowało moje priorytety. Od roku nie kupiłam sobie żadnych nowych butów, czy torebki. Nie byłam też w żadnym centrum handlowym, żeby się tak po prostu się po nim poszwędać i kupić sobie cokolwiek (oczywiście niepotrzebnego). Czy źle się czuję z tego powodu? Czy jestem nieszczęśliwa? Czy wypadłam z obiegu fashion? Czy wyglądam jak ostatnia zaniedbana kwoka? Nie, nie i jeszcze raz nie. Po pierwsze i tak mam już za dużo rzeczy, więc najpierw wolę je zużyć niż kupować nowe, po drugie nie mam siły chodzić na zakupy, bo bycie rodzicem pochłania prawie całą moją energię, a po trzecie po prostu nie chce mi się. 

Zrozumiałam, że szczęście jest gdzie indziej. Szczęście to iskrzące się oczy mojego dziecka, kiedy może wyjść z nami na spacer. Szczęście to całus od mojego męża, który codziennie mówi i pokazuje mi, jak bardzo mnie kocha. Szczęście to mruczenie moich kotów wylegujących się na moich nogach w zaciszu naszego mieszkania. Szczęście to przyjaciółka, która dzwoni do mnie, tak po prostu bez powodu, zapytać się, jak się czuję. Dla mnie szczęście to  wszystko żywe, co nas otacza (ludzie, zwierzęta, przyroda). Szczęściem natomiast przestał być dla mnie kolejny telefon, płaszcz czy kapelusz.



Piosenka "Szybko" - grupa Arfik


Z lat mojego dzieciństwa pamiętam pewną piosenkę pod dużo mówiącym tytułem "Szybko". Wydaje mi się, że świetnie ilustruje ona kontrast pomiędzy pędem rodzica, a potrzebą spokoju u dziecka. Posłuchajcie tej piosenki i wczytajcie się w jej słowa. Myślę, że warto. Przekaz tej piosenki może być bardzo pomocny nam, rodzicom. Kiedy następnym razem na końcu języka będziemy mieć już: "Szybko, nie guzdrz się tak!", może ugryziemy się w język?

Szybko, zbudź się, szybko, wstawaj!
Szybko, szybko, stygnie kawa! 
Szybko, zęby myj i ręce! 
Szybko, światło gaś w łazience! 
Szybko, tata na nas czeka! 
Szybko, tramwaj nam ucieka! 
Szybko, szybko, bez hałasu! 
Szybko, szybko, nie ma czasu! 

Na nic nigdy nie ma czasu? 

A ja chciałbym przez kałuże 
iść godzinę albo dłużej, 
trzy godziny lizać lody, 
gapić się na samochody 
i na deszcz, co leci z góry, 
i na żaby, i na chmury, 
cały dzień się w wannie chlapać 
i motyle żółte łapać 
albo z błota lepić kule 
i nie spieszyć się w ogóle... 

Chciałbym wszystko robić wolno,
ale mi nie wolno?






Mam 35 lat i wcale nie jestem supermamą!



Mam 35 lat i wcale nie jestem supermamą. Wiem też, że ty, dwuletni chłopczyku, wcale nie jesteś okropny. Obydwoje jesteśmy czasem sfrustrowani, zdenerwowani, zestresowani, przytłoczeni i zdezorientowani. Obydwoje wtedy najbardziej potrzebujemy przytulenia, zrozumienia i empatii. Negatywne emocje są w życiu nieodzowne, ale z pomocą innych życzliwych nam osób wierzę w to, że damy sobie z nimi radę. Niestety rodzic nie zawsze zareaguje poprawnie na Twoje potrzeby w danej sytuacji. Jemu też jest czasem trudno, ma gorszy dzień, boli go głowa. Na szczęście istnieją takie słowa jak "przepraszam", czy "wybacz mi", których może potem użyć. Za to Ty, obiecuję Ci to, z każdym dniem coraz lepiej będziesz umiał wyrażać i rozumieć swoje potrzeby. Będzie to pomocne nie tylko dla Ciebie, ale i dla Twoich rodziców. Mam nadzieję, że Twój kolejny list, jaki napiszesz za rok będzie już brzmiał "Mam 3 lata i moi rodzice zaczęli rozumieć moje potrzeby. W końcu czuję się dobrze".

Czy pozwalacie własnym dzieciom na samodzielność? Czy przysparza Wam to również wiele problemów? Macie jakieś patenty, jak sobie dopomóc, żeby nie zwariować w tym wszystkim jako rodzic? ;-)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

• Za wszystkie komentarze z góry bardzo dziękuję :-)
• Jeśli w komentarzu zostawicie link do swojego bloga, na pewno go odwiedzę :-)
• Obraźliwe komentarze będą usuwane

Copyright © 2016 Mama pod prąd , Blogger