wtorek, marca 06, 2018

Poród bez ściemy

Wczoraj był dzień wyjątkowy. Podwójne święto. Pierwsze urodziny mojego syna oraz... pierwsza rocznica mojego porodu. ;-)




I właśnie w związku z tą rocznicą zdałam sobie sprawę, że mój blog mówiący prawdę i całą prawdę miał dotychczas jedną bardzo ważną lukę. Czego bowiem boi się (chyba niewiele się pomylę, jeśli powiem) KAŻDA KOBIETA W CIĄŻY? Zgadliście. PORODU. Natomiast na blogu Mama pod prąd brakowało dotychczas wpisu na temat tego przerażającego (!) wydarzenia. ;-)

Poród = stres

Tak, jak ja się stresowałam porodem, to chyba mało która kobieta się stresuje. A tak w ogóle to prawie całe życie mówiłam, że nie będę mieć dzieci. Potem twierdziłam, że może jednak tak, ale na pewno urodzę przez cesarskie cięcie. Nie wyobrażałam sobie, jak to możliwe, żeby coś tak ogromnego jak noworodek przecisnęło się przez coś tak małego, jak szyjka macicy i pochwa. No way! Nie będę na sobie eksperymentować! - mówiłam. Jak inne kobiety takie chętne, proszę bardzo, niech rodzą naturalnie. Ja nie będę. 

No i stało się. Zaszłam w ciążę, czyli teoretycznie za 9 miesięcy noworodek będzie chciał się ze mnie wydostać. Przeszedł mnie strach. Nie. Strach to za mało powiedziane. Ja po prostu wpadłam w panikę. Jak to się zwykło mówić, jeden obraz jest wart więcej niż tysiąc słów. Mój stan psychofizyczny, kiedy zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym można przedstawić mniej więcej tak:

Edvard Munch - Krzyk

Teleportacja alternatywą dla tradycyjnego porodu

Najpierw jeszcze tlił się we mnie promyczek nadziei, że jednak w przeciągu tych 9 miesięcy nauka pójdzie tak do przodu, że jednak zostanie wymyślony proces teleportacji noworodka z macicy do świata zewnętrznego. Niestety były to jedynie pobożne życzenia (i za dużo Star Treka).


  

Technika wyparcia

Kiedy doszło do mnie, że jednak nici z teleportacji, mój umysł zastosował jakże częstą technikę, kiedy natrafia na przeszkodę, a mianowicie wyparcie. Przestałam myśleć o tym, że jestem w ciąży, co nie było takie trudne, gdyż brzuch przez cały czas miałam malutki oraz nie odczuwałam praktycznie żadnych typowych objawów ciążowych (nie miałam mdłości, nie czułam intensywniej zapachów, czy też nie biegałam co chwilę sikać do toalety). 

A jako że zastosowałam wyparcie, to również nic na temat ciąży ani macierzyństwa nie czytałam. Technika wyparcia dobrze u mnie działała przez cały pierwszy trymestr ciąży i połowę drugiego, ale w końcu nadszedł moment, kiedy musiałam spojrzeć prawdzie w oczy: "Jesteś w ciąży i będziesz rodzić, czy ci się to podoba, czy nie". Oczywiście nie podobało mi się to. ;-)

Przygotować się na najgorsze

Postanowiłam przygotować się na najgorsze. Ogólnie w życiu dość często stosuję podejście à la Grumpy Cat (Marudny Kot). Czyli negatywne nastawienie do wszystkiego. ;-)



Więc nikogo kto mnie zna, nie powinno zdziwić, że moją pierwszą ciążową lekturą była książka Rachel Cusk "Praca na całe życie. O początkach macierzyństwa", która bez krzty lukru po prostu opowiada o ogromnych trudach ciąży oraz bycia mamą. Po przeczytaniu tej książki, uznacie może, że zwariowałam, ale zamiast się zestresować, opanował mnie stoicki spokój. Nie tylko ja nie tryskam radością na myśl o porodzie i (przecież wiadomo, że trudnych) początkach macierzyństwa. Są też inne kobiety, co tak myślą!

Cesarskie cięcie

Na tamtą chwilę byłam na następującym etapie samoświadomości: "Jestem w ciąży, będę rodzić, ale na pewno będzie to poród przez cesarskie cięcie".

Żeby dojść do kolejnego etapu, czyli do szkoły rodzenia, musiało znów minąć sporo czasu. Byłam już w trzecim trymestrze ciąży (czyli ostatnim). O porodzie wiedziałam tyle, o co o fizyce molekularnej (a ponieważ z wykształcenia jestem filologiem, możecie się domyślić, że o fizyce molekularnej wiem tyle co nic). :P Moja czujność dodatkowo została uśpiona przez fakt, iż mój mąż z zawodu jest pielęgniarzem i odebrał w swoim życiu już niejeden poród (przez cesarskie cięcie). Myślałam więc: "Po co mi szkoła rodzenia? Mąż mi wszystko krok po kroku wytłumaczy". Niestety, kiedy poprosiłam go o podzielenie się ze mną wiedzą na temat porodu, poinformował mnie, że mimo iż o cesarkach wie sporo, tak ogólnie o porodzie nie wie praktycznie nic, więc nie za bardzo może służyć mi pomocą. 

Usłyszawszy to, po raz kolejny wpadłam w panikę. Byłam przecież już w trzecim trymestrze ciąży!!! Do porodu pozostał mi miesiąc, może dwa, a ja zielona w temacie, do tego tak wspaniała w zamierzeniu opcja teleportacji z macicy nie wypaliła.

Szkoła rodzenia

Przypadek sprawił, że akurat zwierzyłam się ze swojej, można by to określić, tragicznej sytuacji swojej koleżance. Ona poradziła mi jedno świetne miejsce prowadzące dość niekonwencjonalną szkołę rodzenia, w duchu rodzicielstwa bliskości. Po upewnieniu się, że nie ma tam klimatu sekciarskiego, że nikt mojego brzucha brzucha dotykać nie będzie, ani wypytywać się mnie o nie wiadomo co, jakby znał mnie od zawsze, a pierwszy raz mnie na oczy widzi, a owszem na zajęciach zostanie mi przekazana spora ilość bardzo pomocnej przy porodzie wiedzy, postanowiłam się zapisać. 

Szkoła, o której mówię, to Rodzinne Centrum Położnicze Koala w Krakowie. Miałam też na tyle szczęścia, że były tam jeszcze wolne miejsca  na najbliższy kurs. 

I tak dnia 09.01.2017 roku rozpoczęłam szkołę rodzenia. Czy mi pomogła? I to jak! Czy dzięki niej mój poród był OK? Powiem więcej, był genialny! Pomyślicie pewnie: "Ej, Mama pod prąd, słodzisz coś! Poród genialny? Czyżby to nie jakieś oszustwo, oksymoron wręcz?". "Nie, nie słodzę. Czytajcie dalej, to sami się przekonacie. Będzie prawda i tylko prawda". I jeszcze jedna adnotacja. Uwaga uwaga! Szkoła rodzenia przekonała mnie (choć nikt oczywiście mnie nie naciskał) do... porodu naturalnego

Poród... naturalny

I tak niecałe 2 miesiące po pierwszych zajęciach w szkole rodzenia, o 00:30 dnia 05.03.2017 roku zaczęło się. Pierwszy skurcz. A właśnie miałam zamiar iść spać. No nie!!! Ja chcę spać!!! Szlag by to! W sumie w szkole rodzenia mówili, że przy początkowych skurczach trzeba wziąć na luz i można nawet dalej spać, bo i tak, jak się skurcze wzmocnią, nie ma bata, żeby się nie obudzić. Że te początkowe skurcze są słabe, rosną powoli i wydłużają się. Endorfiny działają w organizmie przygotowując ciało na te późniejsze bardziej hardcore'owe skurcze. Zawahałam się chwilę. Spać czy nie spać? 

Ale jednak o 00:30, kiedy skurcze nadeszły, ponieważ ja tam mimo wszystko wolę wiedzieć, kiedy rodzę, wzięłam na luz, ale wyszłam z łóżka. Zostawiłam męża w sypialni (moja decyzja, nie jego; wolałam, żeby coś pospał, żeby potem być w pełni sił, jak pojedziemy do szpitala). Ja natomiast poszłam do salonu, zaparzyłam sobie podwójną herbatkę z melisy na uspokojenie, zaczęłam głaskać koty oraz włączyłam film specjalnie przygotowany na dzień porodu. W zamyśle miała to być komedia, ale aż taka śmieszna nie była. Prędzej bym powiedziała, że był to film obyczajowy. Mowa o filmie "Praktykant" z Robertem de Niro i Anne Hathaway. Miło się go oglądało. Oczywiście oglądałam go z przerwami na skurcze i oraz relaksujący ciepły prysznic. Trochę to trwało...

Liczyłam też cały czas siłę i częstotliwość skurczów (tak sugerowano w szkole rodzenia), ponieważ te wyliczenia miały mi dać informacje, czy rodzę, czy jednak jeszcze nie, oraz jak bardzo zaawansowany jest już poród. Jechać do szpitala miałam dopiero przy regularnych skurczach co 3-4 minuty, kiedy każdy ze skurczów trwał minimum 40 sekund oraz, gdy taka sytuacja była niezmienna przez ostatnie 2 godziny albo, kiedy bym miała bardzo mocne skurcze trwające minutę lub półtora, które pojawiały się co 5-7 minut. Dzięki takiej technice, rodząca kobieta nie spędzi w szpitalu kilkunastu godzin albo nawet i całej doby na porodzie.

Mijały godziny. Ja tam regularności w skurczach nie wyczuwałam (a powinna być). Zaczęło już świtać. Godzina 7 rano. Mówię do męża, żeby jednak jechać do szpitala. Niech sprawdzą, czy rodzę, czy co. Trochę zjadł mnie stres pierwszego porodu. Bo, jak się okazało później, mogłam sobie jeszcze czekać a czekać w domu minimum do obiadu.

Szpital, jaki wybrałam do porodu to Ujastek w Krakowie. Bardzo szybko zostałam przyjęta na oględziny lekarza. Potwierdzili, że rodzę i zostałam przyjęta na oddział. Pojawiła się położna, która zaprowadziła mnie do pokoju. Pokój był bardzo ładny. W ogóle nie czułam się w nim jak w szpitalu. Prędzej można by powiedzieć, że przypomniał jakiś hostel. Oczywiście był jednoosobowy. Miał swoją własną toaletę i prysznic, bardzo wygodny fotel, mini wieżę audio oraz trochę już bardziej szpitalnie wyglądające łóżko. Na podłodze była też duża dmuchana piłka.

Rozgościłam się tam z mężem. Bardzo miła i uśmiechnięta Pani położna zapytała się mnie o mój plan porodu i o jego najważniejsze dla mnie punkty, ponieważ chciała, żebym miała poród taki, jaki chcę. Powiedziałam, że nie wykluczam, że poproszę o znieczulenie zewnątrzoponowe. Położna poprosiła mnie, żebym się przebrała w ubranie, w którym będę rodzić, oraz, żebym założyła wyjątkowo seksowne majty z siateczki, a do nich jeszcze cudowniejsze podkłady poporodowe, czyli takie mega długie i grube podpaski. Jak duże są takie podkłady? 34 x 10 cm. I grubaśne. Nic pięknego ani wygodnego niestety...

I tak ja, przyszła mama pod prąd, paradowałam po swoim hostelowym pokoiku w luźnej niebieskiej koszuli w paski przykrywającej seksowną siateczkową bieliznę. 

Poprosiłam też z własnej i nieprzymuszonej woli położą o magiczny środek o tajemnej nazwie Enema... ehem... czyli o lewatywę. No cóż. Nic przyjemnego, ale według mnie lepsze to niż potem niemiłe niespodzianki (które byłyby nieuniknione) podczas porodu. Nota bene pamiętam jak w latach 90-tych przeczytałam, że Britney Spears często robiła sobie lewatywy. Jedyny komentarz, który nasuwa mi się w tym momencie na usta po swojej pierwszej lewatywie to: WTF???!!! Przecież to takie niemiłe. Po zaaplikowaniu tego środka przypomniała mi się poniższa sławetna scena z filmu o Jasiu Fasoli:




Dobra komedia, czyli Luis de Funès

Po prysznicu, założono mi wenflon i przez dłuższą chwilę nie przerywano nam już pobytu w pokoju hostelowym. Siadłam sobie wygodnie na ogromnej piłce, która leżała na podłodze i wraz z mężem zaczęliśmy oglądać drugi przygotowany film specjalnie na ten dzień. Tym razem to była komedia i to taka z prawdziwego zdarzenia. Mowa o "Przygodach Rabina Jakuba" z jednym z moich ulubionych aktorów komediowych: Louis de Funès. Oglądając ten film, śmiałam się tak bardzo, że co jakiś czas do pokoju zaglądała położna albo lekarz, żeby sprawdzić, co się dzieje. Mówili, że nie są przyzwyczajeni do tego, że kobieta rodząca się śmieje. Zwykle krzyczą, czasem płaczą, ale na pewno się nie śmieją.

Gaz rozweselający = odlot

Podczas oglądania filmu, przypomniałam sobie, że w Ujastku rodząca może skorzystać z trochę mniej konwencjonalnego środka znieczulającego potocznie zwanym gazem rozweselającym, czyli z podtlenku azotu. Ponieważ komedia wprawiła mnie w naprawdę dobry nastrój, poprosiłam o ten gaz, tak żeby sobie go spróbować. No bo kiedy indziej przydarzy się okazja, żeby sobie takie coś powdychać? Raz się żyje! Co nie? ;-)

Kilka minut później w pokoju miałam już butlę z gazem. Zostałam poinformowana, że, kiedy czuję, że zbliża się skurcz powinnam zacząć wdychać ten gaz. Mówię Wam, to był odlot porównywalny może do stanu, w jaki się wpada na dyskotece po wypiciu minimum 6 drinków, kiedy tańczy się do ulubionej muzyki w towarzystwie swoich najlepszych przyjaciół. Odlot i radość do potęgi entej. Przed oczami robiło mi się jasno i miałam wrażenie, że skaczę po białych chmurkach niczym Mario z Super Mario Bros.



Uczucie wspaniałe. Po każdym wdechu opierałam się o łóżko wzdychając z uśmiechem na ustach: "Ale odlot!". ;-) Skończyłam jedną butlę i poprosiłam położną o następną. A połączenie gazu z Luis'em de Funèsem to już w ogóle mieszanka wybuchowa. Mój mąż siedział koło mnie na fotelu coraz bardziej przerażony, od czasu do czasu przypominając mi, że ja rodzę i upewniając się, czy ja o tym pamiętam. Nie chciał też (nie wiedzieć czemu) spróbować gazu. Powiedział, że przynajmniej jedno z nas musi pozostać świadome. ;-)

Badanie KTG i zbiry

Podczas oglądania filmu, zrobiono mi badanie KTG. Mąż zatrzymał film i położył laptop na szafce koło mojego biurka. Mimo że cały poród jak dotąd widzicie mijał mi w sposób dość lajtowy, emocje i hormony utrzymywały się cały czas na wysokim poziomie. Położyłam się na łóżku i przyczepiono do mojego brzucha elektrody. Skupiłam wzrok na powoli drukujących się z maszyny wynikach i kiedy obróciłam głowę w stronę męża, który stał tuż za szafką, na której stał laptop, wrzasnęłam przerażona. Film zatrzymał się bowiem na następującej klatce:






Byłam przekonana, że te trzy zbiry stoją tuż koło mnie. ;-) Mąż miał ubaw po pachy. Ja również i położna także.

Bo do tanga trzeba dwojga

Skończyło się badanie KTG i wróciłam w najlepsze do oglądania filmu i wdychania gazu. W pewnym momencie poderwałam się na równe nogi i z szaleńczą radością w głosie oznajmiłam mężowi, że będziemy... tańczyć tango. Biedak chyba był tak skołowany, przerażony, albo i jedno, i drugie, że nawet nie stawiał zbytniego oporu. Tylko upewnił się raz jeszcze, czy ja na pewno pamiętam, że rodzę. A ponieważ pamiętałam, zatańczyliśmy tango w naszym "hostelowym" pokoju. ;-)

Znieczulenie zewnątrzoponowe

Mijała godzina za godziną, a położna mówiła, że końca porodu nie widać. Wszystko bardzo powoli posuwało się do przodu. I mimo że, nie powiem, było fajnie siedzieć sobie na piłce, wdychać gaz, oglądać film, a nawet tańczyć, po kilku dobrych godzinach byłam już zmęczona. Tym bardziej, że rodziłam od północy i też od północy nic nie jadłam. W domu jakoś o tym nie pomyślałam, a w szpitalu podczas porodu nie można już jeść. Dopiero po. A ja pytam się, jak człowiek o suchym pysku może mieć siłę, żeby urodzić? Poprosiłam więc o podanie mi znieczulenia zewnątrzoponowego. Po niecałych pięciu minutach zjawiła się w pokoju Pani anestezjolog z pielęgniarką i bardzo sprawnie podały mi znieczulenie.

Aaa kotki dwa

Po znieczuleniu powiedziano mi, że teraz do końca pierwszego okresu porodu mam już cały czas leżeć. Najpierw trochę się przed tym wzbraniałam, ale kiedy moje ciało opanowało przyjemne ciepło i do tego jeszcze przestałam odczuwać jakiekolwiek skurcze, z przyjemnością położyłam się na łóżku... i... jak się chwilę później dowiedziałam, straciłam przytomność, ponieważ moje ciśnienie gwałtownie zmalało. Gdy wszystko wróciło do normy, zostałam ponownie podłączona do KTG i... zasnęłam. Kiedy się obudziłam, popatrzyłam na cały czas drukujące się wyniki KTG, a ponieważ skurcze macicy były niewielkie, zbagatelizowałam sprawę, stwierdzając, że dużo mi jeszcze brakuje do końca porodu i... ponownie zasnęłam.

Ja się rodzę, a Ty śpisz

Działo się tak jeszcze ze 3 razy. Budziłam się, sprawdzałam wyniki i zasypiałam. Za czwartym razem do sali weszła moja położna, zapytała się jak się czuję, odpowiedziałam jej. zgodnie z prawdą, że świetnie, ale że wydaje mi się, że poród nie idzie w ogóle do przodu mimo iż przez kroplówkę była już mi podawana oksytocyna na przyspieszenie porodu. Położna podniosła prześcieradło, żeby się upewnić co się dzieje i wykrzyknęła: "Ale przecież już Pani w połowie urodziła. Widać już główkę dziecka. Musi Pani przejść na salę porodową za drzwiami".


Kiedy usłyszałam słowa położnej, dostałam takiego ataku śmiechu, jak mało kiedy. Nigdy bowiem nie słyszałam, żeby kobieta spała w najlepsze podczas porodu i nie była świadoma, że główka dziecka już z niej wychodzi. I tak atak śmiechu trwał już do samego końca. Nic nie byłam w stanie na to poradzić. Udało mi się przejść do drugiej sali samodzielnie, ale zrobiłam to trzymając ręce pod sobą, na wypadek, jeśli by dziecko ze mnie wyleciało. Położna mówiła, że to niemożliwe, ale ja tam wolałam zachować najwyższe środki ostrożności.

Usiadłam wygodnie na fotelu porodowym. Lekarka zapytała się mnie, czy mam siłę przeć, na co ja, śmiejąc się, powiedziałam, że oczywiście, przecież ja przez ostatnie kilka godzin spałam w najlepsze. Ponieważ cały czas nie mogłam przestać się śmiać, a ściany sal w tym szpitalu są dość cienkie, do sali porodowej zleciał się chyba cały personel szpitala. Nie wiedzieli, co się dzieje. Dlaczego ktoś się śmieje na sali porodowej. A ja każdej z wchodzących osób mówiłam, że po prostu nie mogę się przestać śmiać, ale że ja nie jestem szalona, tylko tak rozbawił mnie fakt, że spałam w najlepsze podczas gdy dziecko, najwyraźniej zniecierpliwione, zaczęło już ze mnie samo wychodzić.

Jedna lekarka, która jest również nauczycielem akademickim zapytała się mnie, czy mogłaby mnie nagrać, żeby pokazywać na zajęciach swoim studentom, jak fajnie można się bawić podczas porodu. Oczywiście udzieliłam jej pozwolenia, ale koniec końców nie zdecydowała się mnie nagrać... Ciekawe dlaczego. ;-) 

Kolejne nasilenie śmiechu nastąpiło, kiedy lekarka poinformowała mnie, że widzi burzę czarnych włosów. Powiedziałam je, że to jest nie możliwe, żeby sprawdziła raz jeszcze, bo mój syn z pewnością będzie blondynem (tak sobie to wymyśliłam). Powtórzyła, że włosy są czarne, na co poprosiłam jeszcze męża o weryfikację. Potwierdził słowa lekarki. I tak urodził nam się maleńki Peruwiańczyk. Nazywaliśmy go na początku Machu Picchu.


Drugi okres porodu trwał bardzo krótko. Syn przyszedł na świat bezproblemowo. Mąż przeciął pępowinę i położono mi dziecko na brzuchu. 


Poród jak wejście na Mount Everest?

Ja w ogóle nie byłam zmęczona (przynajmniej tak mi się wydawało). Powiedziałam do lekarki i położnej, że na zajęciach na temat porodu, na które dodatkowo uczęszczałam do Ujastka, powiedziano nam, że wysiłek, jaki trzeba włożyć w urodzenie dziecka jest porównywalny z wejściem na Mount Everest. Mnie natomiast męczy wejście na byle jaki pagórek, a po porodzie czuję się rześka jak nigdy dotąd. Może więc powinnam spróbować wybrać się w Himalaje? ;-)

Szwy...

Jeśli chodzi o jedyny minus drugiego okresu porodu to to, że niestety skończyło się założeniem mi sporej ilości szwów... Bolało mniej więcej przez 2 tygodnie po porodzie. A z podkładami poporodowymi i siateczkowymi seksi majtami musiałam się zaprzyjaźnić na kolejne 5 tygodni. Kiedy w końcu mogłam założyć normalną bieliznę, czułam się wręcz nieswojo. ;-)

Jednak zmęczenie

Kiedy przewieziono mnie do mojego pokoju poporodowego i położyłam się na swoim łóżku, niedługo potem zasnęłam. Mój mały Peruwiańczyk również. Okazało się, że jednak mimo śmiechu, jakieś zmęczenie było. Nawet bym powiedziała, że całkiem spore.

Minął rok...

Wczoraj minął rok od daty mojego porodu, czyli były pierwsze urodziny mojego synka. Troszkę urósł przez ten czas, co nie? ;-)









Jeśli spodobał Ci się ten wpis i chcesz być na bieżąco z moimi działaniami i niczego nie przegapić:

- obserwuj mnie na Facebooku - Mama pod prąd FB

- zaglądaj do mnie na Instagramie - Mama pod prąd Instagram

1 komentarz:

• Za wszystkie komentarze z góry bardzo dziękuję :-)
• Obraźliwe komentarze będą usuwane

Copyright © 2016 Mama pod prąd , Blogger