piątek, lutego 16, 2018

Spacer z dzieckiem wersja 2.0

Spacer z dzieckiem, czyli mission impossible wersja 2.0


Frustracja

Dzisiejszy post jest sponsorowany przez słowo FRUSTRACJA

Pamiętacie mój wcześniejszy wpis na blogu dotyczący spaceru z dzieckiem? Dzisiejszy post to opis mojej wczorajszej próby wyjścia z dzieckiem na spacer. Mission impossible do kwadratu. A wydawałoby się, że gorzej być nie może? Ha! Dobre sobie!

Ze stoperem w ręku

Z ciekawości, kiedy rozpoczęłam przygotowania do wyjścia, włączyłam stoper w komórce. Jaki wynik? Godzina i siedem minut (!!!)

O tyle jest to dla zastanawiające, że ten proces tyle trwał, gdyż za namową jednego z czytelników mojego pierwszego posta na temat spacerów, kupiłam zabezpieczenia do gniazdek oraz kojec. Czyli powinno być sprawniej, bez strużek potu na czole, bez sapania i wołania o pomoc. A nie było...

Fałszywy uśmiech

1. Syn się obudził z godzinnej drzemki o dziwo z uśmiechem. Uśmiech uznałam za dobry znak. I, jak zwykle, się przeliczyłam.

Pielucha

2. Chwilę potem dziecko zaczęło płakać. Moja pierwsza myśl: pielucha. Wącham. Nieciekawie mi zalatuje. Trzeba sprawdzić. 

3. Biorę dziecko pod pachę i idę z nim do łazienki. Stawiam na przewijaku. Dobrze przeczytaliście - stawiam, nie kładę. Mój syn od jakiegoś miesiąca nie chce mieć zmienianej pieluchy na leżąco tylko na stojąco. Czyli mam gimnastykę, jak to zrobić, żeby dziecko przebrać i przy okazji nie dopuścić, żeby upadło. Zdejmuję pieluchę. Mój nos, gdyby tylko mógł, w tym momencie by odpadł. Odór, którego Shrek by się nie powstydził. Czyli jednym słowem: Yuppi! Kupa! Orientuję się, że przy ostatniej zmianie pieluchy wielorazowej nie dałam na jej wierzch papierka biodegradowalnego, bo właśnie mi się skończyły, a nowych nie odebrałam jeszcze z paczkomatu. I wtedy właśnie zacytowałam dość głośno Adasia Miauczyńskiego z "Dnia świra":


4. Z niechęcią zauważyłam, że będzie trudno się z nią zmierzyć ze względu na spożywaną przez mojego syna od dwóch dni tortillą ziemniaczaną z zielonym groszkiem. 



5. Pieluchę rzuciłam do wanny, zmieniłam na suchą i czystą. Kupa przywarła sobie w najlepsze do wkładki i trzymała się jej jak wiewiórka z "Epoki Lodowcowej" swojego orzeszka.



6. Po zmienieniu pieluchy, musiałam synka przebrać, bo był trochę przemoczony. Zachowałam jedynie używane przez niego wcześniej skarpetki, bo były jeszcze w dobrym stanie.

7. Wsadziłam dziecko na moment do kojca, żeby opłukać brudne pieluchy. I tak samo, jak każdy Polak w sytuacji, gdy od szczotki do czyszczenia toalet odpadnie kijek wypowie: 


"Zaiste chędogo czmychnęła owa końcówka z cnego kija koniuszka. 
W istny błogostan wpadnę, jeśli scenerię tę uwiecznię":


źródło: https://demotywatory.pl/

Ja, Matka Polka, wykrzyknęłam: 

"Zaiste chędogo ubarwiona została pielucha strawą mego pierworódka. 
W istny błogostan wpadam na myśl o jej opierunku":



Kojec nie radość

8. Niestety nie mogłam radować się tą chwilą zbyt długo, gdyż z kojca z dużego pokoju zaczęły do mnie dochodzić postękiwania coraz bardziej niezadowolonego dziecka. Jego reakcja na bycie w kojcu nie za bardzo się różni od tej na bycie w łóżeczku, kiedy nie śpi (patrz punkty 13-16 w pierwszym poście).

Szafki, szafki, szafki

9. Wyjmuję dziecko z kojca. Idę się ubrać. Dziecko raczkuje za mną. Ubieram się. Dziecko w tym czasie z radością otwiera i zamyka szafki w sypialni. Otwarte, zamknięte, otwarte, zamknięte, otwarte, zamknięte, i tak w nieskończoność.

10. Wychodzę na moment z sypialni, żeby założyć soczewki kontaktowe. Przestałam słyszeć dźwięk drzwiczek szafki. Biegnę do sypialni. Dziecko oczywiście już się zbliża do jedynego w całym mieszkaniu (też ma wyczucie) niezabezpieczonego kontaktu. W tym gniazdku zawsze coś się ładuje, dlatego jest niezabezpieczone. Pech chciał, że w tym momencie o dziwo akurat niczego tam nie było.

11. Podnoszę dziecko z dywanu w sypialni i przekładam do przedpokoju. Na wszelki wypadek zamykam też drzwi od sypialni. Zamykając drzwi, zauważam, że w środku został kot. Myślę: "muszę pamiętać, żeby otworzyć mu drzwi przed wyjściem z domu"
.

12. Dziecko w przedpokoju przywarło do innych drzwiczek. Otwiera i zamyka szafkę. Otwiera, zamyka, otwiera, zamyka. Wychodzę z łazienki. Patrzę na dziecko, uśmiecham się do niego i właśnie w tym momencie mój syn odstawia piruet, jakiego nie powstydziłby się najlepszy akrobata z Cirque du Soleil. 

13. Płacz. Oczywiście dziecku nic się nie stało, tylko się przestraszyło, no ale trochę zeszło, aż się uspokoiło. W końcu koniec płaczu. Stawiam go na dwie nogi.

Chlup!

14. Idę do kuchni, żeby spakować jedzenie na wyjście oraz wodę do picia. Dziecko idzie za mną. Przekładam jedzenie do małych plastikowych pojemników. Na moment odwróciłam głowę i w tym właśnie momencie usłyszałam: chlup! Odwracam się. Dziecko mokre. Wylało na siebie wodę z miski dla kotów. 

15. Ponownie na usta nasunął mi się Adaś Miauczyński:




16. Trzeba przebrać, pomyślałam. Na szczęście najgłębsza warstwa odzienia, czyli pielucha była sucha. Przebrałam spodnie, skarpetki, body oraz sweter.  Ponieważ miałam dziecko już w garści, wykorzystałam okazję, żeby ubrać go do wyjścia: wierzchnie spodnie, kurtka (czapkę i rękawiczki schowałam do torby, żeby założyć mu później).

Czerwony płaszcz - namiastka normalności

17. Ubieram się i ja. Jestem wykończona i zlana potem. Nie chce mi się wychodzić, ale już się umówiłam i muszę. Żeby wobec tego utrzymać namiastkę normalności i doładować baterie, zakładam swój czerwony płaszcz z czarnym futerkiem à la Federacja Rosyjska. Do tego czerwona szminka i gruba czapa z pomponem. Jest moc! ;-)

18. Pakuję do torby jedzenie i picie dla dziecka, pieluchę na zmianę i nosidełko mei tai. Przez ramię przerzucam torbę na laptopa. Mam zamiar trochę popracować nad blogiem. Biorę dziecko pod pachę. 

Czy ja otwarłam drzwi?

19. Wychodzę z mieszkania. Schodzę na parter do wózkowni. Otwieram drzwi, wsadzam dziecko do wózka, zamocowuję torbę. I właśnie wtedy nachodzi mnie ta myśl: "Czy ja otwarłam drzwi od sypialni? Przecież był tam kot!". Usilnie próbuję sobie przypomnieć moje ostatnie czynności w mieszkaniu. Niestety nie pamiętam na sto procent. Biję się z myślami: wrócić się czy nie? Zaryzykować i nic nie robić, czy jednak sprawdzić? Naprawdę nie mam ochoty wracać się na trzecie piętro, ale wygrywa dobro kota. Muszę wrócić. 

20. Jak to zrobić? W mojej głowie kotłują się myśli. Widzę 5 opcji:

a) biorę dziecko pod pachę (8,5 kg), torbę na laptopa (5 kg), torebkę (2 kg), torbę do wózka (4,5 kg) - łączny udźwig: 20 kg;
b) biorę dziecko pod pachę (8,5 kg), torbę na laptopa (5 kg), torebkę (2 kg), zostawiam natomiast torbę do wózka (4,5 kg) - łączny udźwig: 15,5 kg;
c) biorę dziecko pod pachę (8,5 kg), torebkę (2 kg), zostawiam natomiast torbę na laptopa (5 kg) i torbę do wózka (4,5 kg)- łączny udźwig: 10,5 kg;
d) biorę dziecko pod pachę (8,5 kg), zostawiam natomiast torbę na laptopa (5 kg), torebkę (2 kg) i torbę do wózka (4,5 kg) - łączny udźwig: 8,5 kg;
e) wszystko zostawiam łącznie z dzieckiem i sama wchodzę do mieszkania na trzecim piętrze sprawdzić, czy kot jest zamknięty czy nie - łączny udźwig: 0 kg.

Nie powiem, opcja e była kusząca, ale koniec końców zdecydowałam się na opcję b (15,5 kg). Uznałam, że torbę do wózka mogę zostawić w wózkowni i nawet jeśli ktoś mi ją weźmie, nic takiego się nie stanie. Z pozostałymi elementami (dziecko, torba na laptopa oraz moja torebka) nie mogę ryzykować. ;-) 

21. Sapiąc, dowlekam się do mieszkania. Otwieram drzwi. Kot, o którego tak bardzo się martwiłam przywitał mnie w przedpokoju, kładąc się na wykładzinie i wypinając brzuch do głaskania. - Ech - pomyślałam. Nie musiałam wchodzić na trzecie piętro. Mogłam zaryzykować. I tak nic by się nie stało.

22. Zamykam drzwi i ponownie schodzę do wózkowni. Wsadzam dziecko do wózka i wychodzę  na pole. O dziwo jest jeszcze jasno. ;-) 

Tramwaj

23. Kieruję się w stronę pętli tramwajowej. Z oddali widzę, że tramwaj jest na szczęście niskopodłogowy, a, jeśli pamiętacie, na pętli koło mnie najczęściej jeżdżą tramwaje wysokopodłogowe. Czyżby w końcu jakiś łut szczęścia? Idę szybko, ale nie biegiem, bo ślisko. Nie chcę kusić losu i się jeszcze wywrócić. Jestem już koło tramwaju, ale oczywiście wejście dla wózków jest z samego przodu, a tramwaj długi na 43 metry (najdłuższy w Polsce). I jakże by mogło być inaczej! Zanim doszłam do tych jedynych drzwi dla mnie wyznaczonych, tramwaj odjechał. Po raz trzeci zacytowałam wtedy Adasia Miauczyńskiego...

24. Całe szczęście, że kolejny tramwaj również był niskopodłogowy. 


Mam nadzieję, że u Was wyjście na spacer wygląda to sprawniej. ;-)






Jeśli spodobał Ci się ten wpis i chcesz być na bieżąco z moimi działaniami i niczego nie przegapić:

- obserwuj mnie na Facebooku - Mama pod prąd FB


- zaglądaj do mnie na Instagramie - Mama pod prąd Instagram

4 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. Rozumiem, że tekst literacko cudowny, a nie że cieszysz się z mojego potu i sapania? ;-)

      Usuń
  2. wniosek nasuwa sie jeden - trzeba pozbyc sie kota :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha. Wykluczone. ;)
      PS. Mam aż trzy koty, ale z pozostałymi nie było ryzyka, że zostały zamknięte w pokoju ;)

      Usuń

• Za wszystkie komentarze z góry bardzo dziękuję :-)
• Obraźliwe komentarze będą usuwane

Copyright © 2016 Mama pod prąd , Blogger