poniedziałek, listopada 19, 2018

Dzieci = mali konsumenci

Jak ja się cieszę, że nie mamy w domu telewizji!
Jak ja się cieszę, że na razie mój syn nie chodzi do żłobka!
Jak ja się cieszę, że moje dziecko jest jeszcze za małe na oglądanie filmów w kinie!

Dlaczego się z tego wszystkiego tak cieszę?


Ano dlatego, że jak na razie jestem w stanie go uchować przed pazernym konsumpcjonizmem coraz częściej wybierającym dzieci na swoje ofiary. Wiem, że moja dogodna sytuacja jest tylko chwilowa, że prędzej czy później ulegnie zmianie, że moje dziecko w przyszłości (i to raczej bliższej niż dalszej) zacznie na nas wymuszać zakup mnóstwa zupełnie mu tak naprawdę niepotrzebnych rzeczy. Dlaczego jestem co do tego przekonana? Gdyż wiem, jak trudno nawet nam, dorosłym, być odpornym na niecne praktyki marketingowe. A co dopiero dzieciom...


źródło: http://www.urbandepartures.com/

Elsa na wszystkim


Czy nie wydaje Wam się nienormalne, że wizerunek bohaterów popularnych bajek można kupić praktycznie na wszystkim? Nie chodzi tylko o lalkę przypominającą np. Elsę z filmu animowanego "Kraina lodu", bo to jeszcze mieści się w granicach rozsądku. Ale już mniej logiczna jest dla mnie produkcja pościeli z nadrukiem Elsy, piórników z wizerunkiem Elsy, długopisów z uśmiechniętą Elsą, a nawet jogurtów, na których opakowaniach widać Elsę, czy też czekoladek z obrazkiem Elsy na sreberku. Szczerze mówiąc nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że został też wyprodukowany papier toaletowy z wizerunkiem tej postaci. Bo to, że są też takie chusteczki do nosa, ręczniki papierowe, serwetki, szczoteczki do zębów albo plastry to już - niestety - wiem.

Elsa na plastrach, szczoteczce, chusteczkach oraz pościeli

Czy to jest niebezpieczne?


Ręka w górę, komu wydaje się to przesadą. Ja podnoszę swoją pewnym ruchem i bardzo wysoko, licząc na to, że i Wy tak zrobicie. Choć może są to pobożne życzenia? Żyjemy w XXI wieku, w epoce pazernego kapitalizmu. Sporo z nas albo już przywykło do tego typu produktów, albo po prostu nie widzi w nich niczego szkodliwego. No bo co za różnica kupić chusteczki o złotówkę droższe, ale takie, w które nasze dzieci chętnie będą siąkać nos, prawda? Otóż według mnie jest różnica i to spora. To już nawet nie chodzi o pieniądze, bo niektórzy mają ich aż zanadto, a nawet jeśli ich nie mają zbyt dużo, to przecież budżet rodzinny poważnie nie ucierpi, kiedy kupi się kilka rzeczy parę złotych droższe od tych zwyczajnych niczego nie reklamujących. OK. Zgoda. Kilka złotych może rzeczywiście nie zrobi większej różnicy (oczywiście zakładając, że będzie to tylko kilka złotych). Uważam jednak, że problem leży zupełnie gdzie indziej. Gdzie? Zanim Wam odpowiem na to pytanie, proponuję Wam krótką podróż o kilkadziesiąt lat wstecz. W końcu nie zawsze było tak jak teraz.

Trochę historii

Przenieśmy się 34 lata wstecz do Stanów Zjednoczonych. Mamy rok 1984. Wtedy właśnie administracja prezydenta Ronalda Reagana wprowadziła tak zwane deregulacyjne prawa dotyczące zabawek dla dzieci. Wcześniej bohaterami bajek nie mogły być zabawki, które można było kupić w sklepie. Jedynym powiedzmy sobie wyjątkiem były postacie z komiksów. Natomiast jeśli chodzi o reklamy, rodzice zabiegali na najróżniejsze sposoby o zakaz emitowania reklam skierowanych stricte do dzieci. Dlaczego? Widzieli w nich bowiem ogromne niebezpieczeństwo czyhające na ich synów i córki oglądających tego typu przekazy. Niestety niewiele zdziałali. Czy nadal uważamy reklamy za groźne dla naszych dzieci? Czy w obecnych czasach możemy sobie wyobrazić świat bez reklam, świat, w którym popularne bajki nie są kolejnym niestety po prostu podstępnym chwytem marketingowym? Nie sądzę, choć - przyznaję - byłoby to wspaniałe.

źródło: http://www.herinst.org

Bajki kiedyś i dziś


Od niemal 10 lat nie oglądam telewizji. Kiedy idę do kogoś w gości, kto ma akurat włączony telewizor, szokuje mnie ilość reklam, które pojawiają się co chwila nawet w trakcje emisji jakiegoś programu. Kiedy w telewizorze puszczona jest bajka, często dostaję oczopląsu zarówno od intensywności kolorów, jak i gwałtownych ruchów postaci. Współczesne bajki nijak się mają do tych, jakie wspominam ze swojego dzieciństwa: "Reksia", "Przygód kilka wróbla Ćwirka", czy też "Przygód kota Filemona". Dzisiejszych produkcji takich jak "Psi patrol", czy też "Pidżamersi" nie da się porównać do tych z lat osiemdziesiątych. I nie tylko chodzi tu o ich głośność, kolorowość czy też ruchliwość, ale również (i to jest najsmutniejsze) ukryty w nich zachłanny marketing.



Bajki kiedyś i dziś


Bajki reklamami produktów



O czym ja do diaska mówię? Czepia się ta cała mama pod prąd. No cóż. Nie wydaje mi się, żebym się tak do końca czepiała. Mówię o tym, o czym wspomniałam wcześniej przy okazji Elsy. Pochodźcie sobie po sklepach. Sami zobaczycie. Jak to kiedyś przeczytałam w jednym z artykułów w Wysokich Obcasach, "Dziś szacuje się, że ponad 50 procent bajek opowiada historie produktów". Czasem wydaje mi się, że wręcz trudno kupić jakąś zabawkę albo ubranie nie reklamujące żadnej bajki. A wierzcie mi, często próbuję. Na potrzeby tego artykułu z czystej ciekawości wpisałam w sklepie internetowym www.smyk.com frazę "pidżamersi" oraz "psi patrol". Ilość znalezionych rzeczy w we wspomnianym sklepie wydaje mi się porażająca: 98 dla pierwszego słowa i aż 365 dla drugiego. Przypominam: są to wyniki wyszukiwania TYLKO w jednym sklepie (!!!). 






Co więcej, bajki kiedyś uczyły wartości takich jak przyjaźń, szacunek, uczciwość, odpowiedzialność, odwaga, sprawiedliwość, pokojowość, szczęście czy solidarność. A teraz? Mam wrażenie, że główną funkcją bajek jest po prostu hipnotyzowanie dzieci (ale nie dziwota, skoro są pełne jaskrawych kolorów, tak głośnej, że aż otumaniającej muzyki oraz bardzo szybkich zmian obrazu powodujących u mnie po jakimś czasie niemal objawy epilepsji). Bajki hipnotyzują, jeszcze łatwiej wkradając się tym samym do podświadomości naszych dzieci, a potem co? Firmy zacierają ręce patrząc na mnożące się miliony na ich koncie ze sprzedaży gadżetów z tymi ukochanymi przez wszystkie dzieci bohaterami. Efekt widoczny u nas w domach jest taki, że nasze dzieci na widok długopisu, batonika albo naklejki z wizerunkiem Marshalla albo Chase'a z "Psiego patrolu" dostają świra. Jeśli rodzice nie zechcą im kupić gadżetu z bohaterami ukochanej bajki, zdarza się, że dziecko jest nawet w stanie rzucić się na posadzkę sklepu i wrzeszczeć wniebogłosy. Może niektórzy pomyślą sobie: "Co za źle wychowane dziecko!", "Ale bachor!". Ale zastanówcie się przez chwilę: czy naprawdę winne jest tu dziecko? Nie wydaje mi się. Rodzice? Też niekoniecznie. Prędzej właśnie ten niepohamowany i pazerny konsumpcjonizm. W nim przecież nie chodzi o dobro dzieci, o ich rozwój, a tylko i wyłącznie o zysk, kasę, pieniądze, pieniąchy, many-many, szmal, hajs, forsę. Capisci?

źródło: https://lifehacker.com/


Produkty bez reklam - trudna sprawa


W dzisiejszym świecie dzieci uzależniają się od marki od najmłodszych lat i - ponieważ są dziećmi - nie potrafią tego w ogóle kontrolować. A firm to nie martwi. Wręcz przeciwnie - cieszy. Dzięki temu ich zyski będą jeszcze większe. Chciałabym, żeby świat był inaczej urządzony, ale wiem, że to tylko moje pobożne życzenia. Staram się nie kupować dziecku żadnych zabawek będących reklamą czegokolwiek i przez to często muszę się nieźle natrudzić, by coś znaleźć. Nocnik? Proszę bardzo, ale bez reklamy Peppy, Psiego patrolu albo Aut!



Samochód strażaka? Nie ma sprawy, ale NIE z wizerunkiem strażaka Sama!
Wyścigówka? Ależ oczywiście, byleby to NIE był
Zygzak McQueen!



Może niektórzy z Was zarzucą mi, że wychowuję swoje dziecko pod kloszem, że je ograniczam, że przeze mnie będzie nieszczęśliwe, że będzie mieć zepsute dzieciństwo. Oczywiście macie prawo do swoich własnych opinii na ten temat, jednak nie wydaje mi się, żeby mój syn na tym cierpiał, a ja ze swojej strony do kiedy będę mogła, będę się starała uchronić go przed szponami reklam. Wiem, że producentom nie zależy na dobru dzieci, że dla nich nasze dzieci są po prostu maszynką do robienia pieniędzy, że strategia sprzedaży zabawek jest skonstruowana tak, żeby dzieci wciąż chciały więcej i więcej. Teoretycznie ja jestem odpowiedzialna za swoje dziecko, ale wydaje mi się nie fair, że nikt oprócz rodziców nie bierze odpowiedzialności za tę chorą sytuację. Firmy teoretycznie działają zgodnie z prawem. Podobnie jak producenci "zdrowych" łakoci dla dzieci. No to może przydałoby się przyjrzeć w końcu temu prawu i zmienić je tak, żeby chroniło najmłodszych? Czy ja jako rodzic mam szansę wygrać samotną walkę z firmami, które na reklamy przeznaczają rocznie miliardy dolarów? Nie sądzę...


Marketing treści czyli co dokładnie?



"Marketing treści to obecnie najbardziej popularna forma reklamy. Polega on na umieszczaniu marki w bajkach, książeczkach, grach" - tak we wspomnianym wcześniej wywiadzie dla Wysokich Obcasów tłumaczy dyrektor zarządzania w domu mediowym Starcom - Magda Kolenkiewicz. Dalej w tym samym wywiadzie czytamy: "Marketing treści jest bardzo skuteczny. Działa nie tylko na dzieci, lecz także na dorosłych ("To czym on się teraz bawi? "Cokolwiek ze Złomkiem i jest zadowolony"). Ani się obejrzymy, a dziecko staje się chodzącą reklamą filmu. Mimowolnym ambasadorem marki".

Jak to przed chwilą zostało wspomniane, tego typu marketing działa nie tylko na dzieci. Dorośli też często padają jego ofiarą. I to nawet nie muszą być rodzice. Mój mąż zanim jeszcze został ojcem miał (i ma nadal) słabość do produktów sygnowanych logiem "Gwiezdnych Wojen". W końcu jest przecież wielkim fanem tej gwiezdnej sagi. ;-) Sytuacje typu: "Och! Jaka piękna piżama z Darth Vaderem! Nie mam jeszcze takiej", albo "O! Popatrz jaki fajny kubek z R2D2!" nie są rzadkością. Co z tego, że mąż ma już 10 piżam, a w kuchni kubki nie mieszczą się nam w szafce? Przecież takich jeszcze nie mamy. Na szczęście ponieważ mój mąż nie jest dzieckiem, nie kupił dotychczas każdego spostrzeżonego kubka z logiem "Gwiezdnych Wojen" ani wszystkich piżam z Hanem Solo, jakie zobaczył w sklepie. Potrafi się kontrolować. Dziecku niestety przychodzi to znacznie trudniej.


Mój mąż przebrany za Sandtroopera.


Pewnie zaśmialiście się z przykładu mojego męża. Może wręcz pomyśleliście: "Ale dziecinada". Ale przecież tego typu marketing nie musi wcale odnosić się do filmu czy serialu. Może to być po prostu uzależnienie od marki. Mnie np. śmieszą i martwią zarazem gigantyczne kolejki, jakie ustawiają się przed wejściami do sklepów iStore, kiedy na rynku pojawia się nowy iPhone albo jakikolwiek inny gadżet tej firmy. Tak jakby nagle z dnia na dzień wszystkie wcześniejsze telefony Apple'a przestały działać. Przecież ci dorośli wcale nie potrzebują nowego iPhone'a. Mają pewnie z pięć wcześniejszych jeszcze dobrze działających modeli. Jednak są tak uzależnieni od tej konkretnej firmy, że nie mogą się powstrzymać przed najnowszym zakupem zupełnie im niepotrzebnego produktu.

Przywiązanie do marki od najmłodszych lat


Jak mocno można przywiązać się do marki zauważyłam na przykładzie maleńkiego synka mojej jednej koleżanki. To on - a nie dorośli - zawsze wybierał, gdzie miało się jeść. Mogło to być jedynie jedno z następujących miejsc: McDonalds, KFC, albo Burger King. Dlaczego te lokale? Podejrzewam, że dlatego ponieważ mają świetnie rozwiniętą reklamę, często można się w nich pobawić oraz przyciągają dzieci dodawanymi do jedzenia zabawkami choćby takimi jak w zestawach Happy Meal. Sytuacja tego dziecka przypomniała mi fragment szokującego filmu dokumentalnego pod tytułem "Super Size Me". Jak się okazuje już trzylatki rozpoznają marki, przede wszystkim te związane z fast foodem, słodkimi napojami i zabawkami skierowanymi do ich grupy wiekowej. Zresztą zobaczcie sami:





Na koniec, proszę, zastanówcie się nad poniższym cytatem pochodzącym z książki "Dorośli reklamują, dzieci kupują. Kindermarkating i psychologia" autorstwa Aleksandry Jasielskiej i Renaty Anny Maksymiuk:

"Kto spędza czas z Twoim dzieckiem, kiedy Ty go dla niego nie masz? Kto się nim zajmuje, kiedy jesteś zbyt zmęczona/y? Kto poświęca mu uwagę, kiedy Ty jesteś zbyt zajęta/y? Bo przecież robi to ktoś, komu się to opłaci. Marketerzy, producenci i twórcy reklam zajmują się Twoim dzieckiem, poświęcają mu czas, doceniają jego potencjał (zwłaszcza finansowy), pokazują atrakcyjne rzeczy (zwłaszcza te warte kupienia), nawiązują z nim kontakt via TV lub internet i liczą na jego lojalność (jako konsumenta w przyszłości). Warto się zatem zastanowić: w jakim stopniu Twoje dziecko jest na to przygotowane? Na ile nauczyłaś/eś je samodzielnego myślenia? Czy wie, jak działa marketing i zna swoje prawa jako konsument?".

źródło: http://procra-illustration.blogspot.com

Ponoć my, Polacy, niestety jeszcze nie dostrzegamy tego problemu. W Belgii czy Niemczech 60 proc. rodziców deklaruje, że obawia się negatywnego wpływu na dzieci treści komercyjnych w reklamach. W Polsce tylko 16 proc. Wydaje mi się, że czas najwyższy otworzyć oczy i działać. Tylko jak? Jak to zrobić? Czy wystarczy nam rodzicom sama wiedza o szkodliwości reklam? Raczej nie... Może więc dałoby się nauczyć nasze dzieci, jak sobie z nimi radzić? Nie wiem, jak Wam, ale mnie wydaje mi się to dobrym pomysłem. Łatwo powiedzieć, prawda? Ale jak to zrobić? 

Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w kolejnym poście, jaki pojawi się na moim blogu. Bądźcie gotowi. :-)



Jeśli spodobał Ci się ten wpis i chcesz być na bieżąco z moimi działaniami i niczego nie przegapić:

- obserwuj mnie na Facebooku - Mama pod prąd FB

- zaglądaj do mnie na Instagramie - Mama pod prąd Instagram


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

• Za wszystkie komentarze z góry bardzo dziękuję :-)
• Obraźliwe komentarze będą usuwane

Copyright © 2016 Mama pod prąd , Blogger