poniedziałek, maja 25, 2020

Macierzyństwo bez ściemy #4 wywiad z Martą Rusek-Cabaj, autorką bloga Hoo Hooo Things

Dziś zapraszam Was na kolejny wywiad z cyklu "Macierzyństwo bez ściemy". Przypominam, że są to wywiady na wskroś realistyczne. Żadna z mam, która zgodzi się odpowiedzieć na moje pytania, nie będzie mogła owijać w bawełnę. Ma mówić prawdę i tylko prawdę, i pod żadnym pozorem nie może idealizować.

Różowym i słodziutkim instamamuśkom mówię kategoryczne NIE! 😉


MARTA RUSEK-CABAJ


Czwartą odważną mamą, która podjęła się wyzwania jest Marta Rusek-Cabaj, blogowa Pani Sowa (bo lubi pracę wieczorami i dzielenie się wiedzą). Prowadzi blog Hoo Hooo Things. Doktora nauk humanistycznych, której specjalizacją są książki (zwłaszcza te dla dzieci). Od dziecka cierpiąca na syndrom niespokojnych rąk, wobec czego pisze, maluje, wycina, rysuje, szydełkuje i buduje makiety. Na 30. urodziny kupiła sobie domek dla lalek w skali 1:12, bo wierzy, że na spełnianie marzeń nigdy nie jest za późno!



1. Czym macierzyństwo w realu różni się od tego na Instagramie?

Instagram to medium. Zwykły człowiek zamienia się z jego pomocą – czy chce, czy nie – w osobę publiczną (chyba że ma odpowiednie ustawienia prywatności), a udostępniane przez niego treści przestają być czymś prywatnym – wylatują w eter, zaczynają żyć własnym życiem. Rozwój blogów (jeszcze jako internetowych pamiętników), potem social mediów (łącznie z naszą klasą) sprawił, że zaczęliśmy dzielić się swoim życiem w sieci. Teoretycznie czujemy bliskość z innymi, obce kobiety stają się dla czyjegoś dziecka „insta ciociami”. Spowiadamy się ze swoich grzeszków, tłumaczymy, jak gdybyśmy byli do czegokolwiek zobowiązani przed subskrybentami, obserwującymi czy lajkującymi…  A jednocześnie wielu rzeczy nie pokazuje się na Instagramie, często przemilcza się cięższe chwile.

Nie mam za bardzo pretensji do nikogo (i do siebie, bo też prowadzę profil na IG). Jak się czymś dzielisz publicznie, to raczej chcesz, żeby było to ładne, inspirujące, w jakimś sensie wartościowe. Kto chciałby oglądać brudne pieluchy dzieciaków, stertę prania czy zlew zawalony naczyniami do mycia? Każdy to ma, każdy musi się zmagać z wyzwaniami codzienności, a przypominanie o obowiązkach chyba nie robiłoby dobrze psychice odbiorców 😉.

Z drugiej strony część profili – silnie nastawiona na dzielenie się wieloma aspektami życia prywatnego – zatraca czasem proporcje… Widziałam kiedyś 10 stories pod rząd poświęconych… jedzeniu kaszki przez czyjegoś maluszka i maminym zachwytem. I OK, w porządku, rozumiem radość tej mamy, bo dziecko zdobywa kolejną umiejętność (choć wycelować do buzi jeszcze nie umiało, to już zaczynało jeść „samodzielnie”). Ale… „ćwierkać” nad tym przez 10 stories? Pokazywać wszystkim „insta ciociom” ubabrane papką oblicze maluszka?

Wydaje mi się więc, że macierzyństwo w realu tym różni się od instagramowego, że jest… zwyczajne. Że po prostu jest. Bez piszczenia nad każdym etapem rozwoju dziecka, bez chwalenia się nowymi ubraniami, zabawkami, wszystkim, co się pojawia… W realu łatwiej zachować zdrowy umiar. Cieszysz się skokami rozwojowymi dziecka, ale to jest Twoja prywatna radość – Twoja i Twojej rodziny, bliskich. Macie intymność. O tak, na Instagramie za dużo dla mnie czasem pokazywania całkiem prywatnych sytuacji – takie reality show na niektórych profilach, gdzie bohaterem jest mama i dziecko/dzieci, czasem reszta rodziny także. Takie… upublicznianie swojego życia. Być może dlatego łatwiej potem niektórym wtrącać się w nasze życie – bo przecież sami zapraszamy ich do siebie? Nie zdając sobie sprawy z konsekwencji?

Macierzyństwo w realu – jak i w ogóle życie w realu – to życie w pełni, ze wszystkim w pakiecie. Instagram to tylko wycinek tego. Tylko to, co ktoś chce pokazać w danym momencie. Pamiętajmy o tym!

2. Co najbardziej Cię zszokowało na początku Twojego macierzyństwa? Czego się w ogóle nie spodziewałaś?

Największym zaskoczeniem było chyba… nieprzystosowanie architektury czy obiektów do funkcjonowania mamy z dzieckiem! Kwestie związane z ciałem mamy czy opieką nad dzieckiem są gdzieś tam poruszane – w szkole rodzenia, w szpitalu, w książkach czy magazynach dla mam, wreszcie pomóc mogą znajome kobiety. Także tutaj nawet jeśli się błądzi po omacku, to ma się jakiegoś przewodnika, to nie jest to takie… niedopieszczone. Za to zszokowało mnie, kiedy pierwszy raz wybrałam się na spacer z synkiem i nie umiałam wyjść z bloku, bo samozatrzaskujące się drzwi uniemożliwiały mi swobodne wyjście z wózkiem… Albo żeby zejść do windy, musiałam z wózkiem pokonać kilka stopni, bo ktoś mądry pomyślał, żeby windy porobić na półpiętrach… (Przez co za każdym razem musiałam znosić, a potem dźwigać wózek.) Jak nie mogłam wjechać na chodnik, bo krawężnik był za wysoki… Albo wjechać do sklepu, bo wysoki schodek to uniemożliwiał… Albo jak zaprowadzono mnie w jednej z restauracji do „kącika dla mamy z dzieckiem”, gdzie za przewijak robił… obity płytkami parapet na wysokości mojej głowy!

Kobiety od zawsze rodzą dzieci, mamy XXI wiek, a nawet teraz nie jesteśmy przystosowani jako ludzkość do tego, że mama zechce zrobić coś z dzieckiem poza domem… Wciąż w wielu miejscach jest to problem… To był dla mnie duży szok, bo póki nie miałam przy sobie malucha, nie widziałam tych problemów z organizacją przestrzeni…

Zaskoczeniem był też fakt, że po porodzie… brzuch nie znika od razu. Że taką pustą, sflaczałą „oponkę” nosi się jeszcze przez kilka/naście tygodni. Oczywiście nie sądziłam, że od razu ma się świetną sylwetkę, ale jednak płatom skóry pod koszulką bliżej było do wypukłości pamiętanych z ciąży niż do stanu brzucha sprzed dzieci…


3. Kiedy zostałaś mamą, jakie pytania lub oklepane stwierdzenia najbardziej Cię denerwowały?

Że sama powinnam coś wiedzieć albo – o, raczej tak: wyczuć to! Że każda kobieta ma instynkt macierzyński i że on pomoże przez wszystko przejść. Bullshit! Według mnie nie ma czegoś takiego. Ewentualnie jak jest się świadomym rodzicem, można budować od razu mocną więź z dzieckiem. Ale nie że jest w nas matkach (bo jakoś o instynkcie tacierzyńskim mówi się mniej – nawet słownik mnie poprawił, gdy to pisałam) jakaś magiczna siła, która odblokuje ukrytą w nas wiedzę przeszłych pokoleń. Oczywiście z czasem pomaga doświadczenie – i po kilku miesiącach faktycznie mogę umieć rozpoznać rodzaje płaczu swojego dziecka. Ale to nie jest tak, że to przychodzi od razu.

Podobnie jak uczucie do maluszka. Ile razy słyszałam, że jak tylko się zobaczy dziecko, to normalnie miłość od pierwszego wejrzenia, do grobowej deski! Że nie ma piękniejszego widoku, że dech zapiera z zachwytu! Eeee… nie zawsze i nie dla każdego, serio. I – uwaga – ten brak fajerwerków też jest normalny! Na początku czułam, że jest ze mną jako mamą coś nie tak, bo nie byłam taka rozanielona i wniebowzięta, jak mi obiecywano przed porodem. Miłość do malucha dojrzewała proporcjonalnie do mojego godzenia się z nową sytuacją. Więc to nie jest tak, że od razu zauroczenie i same pozytywy – taki obraz wręcz może być krzywdzący, bo mamę w depresji albo gorzej sobie radzącą jeszcze bardziej dobije.

I w ogóle te teksty później… Że co ja się na dziecko złoszczę, że nie mam krzyczeć, że mam kochać bezgranicznie, że matka NIGDY się nie gniewa (WHAT?!), że nie daje upustu swoim złym emocjom… I im więcej takich tekstów słyszałam, tym większą irytację czułam. Nienawidziłam też określenia Matka Polka (i dalej za nim nie przepadam) – w tych dwóch słowach zamykano całą wizję tego, jak powinnam się zachowywać. Spokojna, radosna, miła, kochająca niezależnie od wszystkiego, zawsze niosąca pomoc, nienaganna, poświęcająca się dla dziecka i rodziny… Próbowano mi w ten sposób wmówić, że robię krzywdę dziecku, chcąc skończyć studia (byłam na ostatnim roku – zajęcia po jakieś 3 h dwa razy w tygodniu, no szał po prostu) albo odciągając pokarm (nie ważne, że dalej karmiłam piersią, a synek dostawał moje mleko – brak matczynej piersi w czasie moich zajęć miał być dla nieboraka zagrożeniem zdrowia psychicznego). Że nie wspomnę o wszystkich „dobrych” radach udzielanych po drodze…



4. Co myślisz, kiedy słyszysz, jak niektóre mamy twierdzą, że posiadanie dzieci niczego im w życiu nie utrudnia, ani niczego w ich życiu nie zmienia?

Że nie zmienia – nie wierzę. Bo zmienia wszystko. Chyba że ktoś wychowywał się w dużej rodzinie, gdzie ciągle były jakieś dzieci do opiekowania się nimi – to wtedy może faktycznie wydaje się, że kolejny maluch to nic nadzwyczajnego. Ma się też wtedy wypracowane umiejętności czy sprawdzone rozwiązania… Ale własne dziecko to własne dziecko. Cudze można kochać, można się nim opiekować, ale dopóki nie będziesz dla kogoś Rodzicem, nie poczujesz tej skali emocji, tego rollercoastera…

Wierzę, że są mamy, dla których dziecko nie jest utrudnieniem. Choć „utrudnienie” to pewnie pojęcie względne. Ktoś może się świetnie przystosować do trudnych warunków, może umieć ograć to psychicznie, łapać pozytywy, chwytać się ich, by ciągnęły w górę. Wtedy problemów jest mniej, bo się o nich nie myśli – bo się pracuje nad rozwiązaniem. Wtedy można np. podróżować po całym świecie z maluszkiem, a co! A czasem rzeczywistość przytłacza i nawet zwykłe wyjście do sklepu urasta do rozmiarów małego kryzysu. Wiele też zależy od dziecka…


5. Czy zgadzasz się ze stwierdzeniem, że wśród kobiet panuje zmowa milczenia i niektóre tematy nie są poruszane, aż do momentu, kiedy staniesz się mamą?

Nie widziałam tego wcześniej, bo dopóki temat rodzicielstwa Cię nie dotyczy, nie poruszasz go w gronie bliskich… Pierwsze rozmowy przeprowadzałam też z koleżankami ze studiów, z którymi wyszło to bardzo naturalnie… Wcześniej normalnie dyskutowałyśmy o oglądanych serialach, przeczytanych książkach, problemach z mężczyznami i z zaliczeniami przedmiotów i tematu dziecka nie było ani razu, bo PO CO… Do czasu aż nie zaszłam w ciążę. Wtedy siłą rzeczy temat się pojawiał, bo to było dla nas… naturalne. Byłam wtedy w ciąży - nie odczepiałam brzucha przed wejściem na wydział. To była część mnie, którą koleżanki zaakceptowały, bo akceptowały mnie.

Ale istotnie, były takie tematy, na które nie mogłam rozmawiać np. z kobietami w rodzinie – przykładowo, powikłania w trakcie porodu. Chciałam się przygotować na różne scenariusze i chciałam luźno rozmawiać o przeżyciach czy emocjach, o bólu i takich może bardziej technicznych aspektach, i często zderzałam się ze ścianą. Że czemu pytam, że czemu chcę się martwić, że to piękny czas ten poród i że nie powinnam szukać takich „szokujących opowieści”. To było chyba jedno z moich pierwszych zderzeń z polityką „ochów i achów”, lukrowaniem macierzyństwa. A jak urodziłam dziecko i opowiadałam o porodzie, nagle się posypało: że i tamta źle wspomina, że o matko, jak bolało, że łojeny, tyle godzin parcia! Tłumaczyły się potem, że nie chciały mnie straszyć. Wciąż chyba pokutuje przeświadczenie – w wielu kwestiach, w odniesieniu do wychowania dziecka też – że nie powinno się mówić o złych rzeczach, minusach, że nie powinno się za bardzo marudzić… Tylko że milczenie albo bycie ultra pozytywnym czasem nie pomaga… Ten wentyl dla emocji różnego rodzaju – zwłaszcza negatywnych! – musi być!

6. Co najbardziej zmieniło się w Twoich codziennych zwyczajach, kiedy urodziło się Twoje dziecko? 

Na początku przyklejenie się do kanapy i dziecka. Dosłownie 😉. Kanapa stała się naszym rodzicielskim centrum dowodzenia – rozłożona, z miejscem dla malucha, na zabawki… Wieczorami z kolei synek lubił zasypiać przytulony do mojego ciała. Trwało to codziennie jakieś 1,5h… Nie mogłam wtedy odsunąć się nawet na kilka centymetrów, nie mówiąc o wyjściu do toalety! Niczego nie mogłam zrobić na spokojnie, rozplanować sobie układu dnia, bo ten był dostosowywany na bieżąco do potrzeb dziecka. Kiedy głodne, kiedy kolka, kiedy kupa i tak dalej – musiałam reagować i być wtedy dla niego. Potem było już bardziej normalnie, z większą swobodą dla mnie jako rodzica, ale początki to było ciągłe łatanie w harmonogramie i kurczowe łapanie się chwil „spokoju”, żeby coś zrobić swojego.



7. Odkąd zostałaś mamą, czy czegoś Ci w życiu brakuje?

Spokoju! (śmiech) I mojej sypialni… Zmieniła się w pokój dziecięcy. Brakuje mi przestrzeni tylko dla mnie, gdzie mogłabym się zaszyć w ciągu dnia, odpocząć, podładować baterie.

8. Czy bywają takie dni, że nie chcesz już być mamą? Jak sobie wtedy radzisz?

Może nie całe dni, ale chwile na pewno tak. Podobnie jak z sytuacjami, gdy chciałabym być znowu singielką albo studentką na garnuszku rodziców 😉. Tj. mam dosyć, gdy jestem zmęczona, zestresowana, gdy rzeczywistość przywala i dowala. To są różne powody, różne stopnie nasilenia. Np. przebodźcowanie… Stwierdziłam, że nie tylko dzieci na nie cierpią – rodzice też! Kiedy jest wokół mnie chaos, hałas, bałagan, a do tego jakieś pilne sprawy do załatwienia (czyli sytuacja stresowa + bodziec zapłonu), szlag mnie trafia, potrafię wybuchnąć.

Potrzebuję wtedy chwili spokoju, wyciszenia. Czasem wychodziłam wtedy z domu, żeby przewietrzyć głowę, czasem wystarczyło, że siadałam w pokoju obok z książką i prośbą, żeby mi nie przeszkadzać. Niekiedy pomagają porządki! Takie… porządkowanie przestrzeni pomagające uporządkować głowę. Czasem jestem zmęczona i – na przykład jak teraz – nie mam ochoty na kolejne, codzienne zadania… odbębnianie lekcji z dziećmi, bo mogłabym przecież w tym czasie robić coś ciekawszego… Czasem pomaga wtedy znalezienie jakiejś kreatywnej, zabawnej pomocy naukowej, która ogra temat na luzie (kiedy mieliśmy przerabiać zdalnie historię smoka wawelskiego, znalazłam na YouTube animację z Minecrafta 😉), innym razem pomaga… machnięcie ręką. Przecież nie musimy robić wszystkich zadań na tip-top. Przecież mamy prawo czasem mieć gorszy dzień. Wtedy bez przymusu – zadania zrobi się kiedy indziej albo… wcale. I świat się nie zawali.

Daję sobie i reszcie rodziny prawo do gorszych chwil. I niechciejek. A kiedy mi ciężko i pojawia się tęsknota za „utraconym życiem”, działa przypominanie sobie dobrych chwil z dzieciakami. Tego, co w macierzyństwie było dla mnie dobre, co dawało radość. Nie mogłabym już nie być mamą – musieliby pozbawić mnie świadomości, że kiedykolwiek miałam coś wspólnego z tą moją kochaną dwójką. Inaczej nie cieszyłabym się z „wolności”!



9. Bez czego lub kogo byś zwariowała? 

Bez swoich „tematów”, sfer „ucieczki”. Kiedyś studia, potem blogowanie, dzisiaj praca, i cały czas książki oraz DIY. Strefy, które są dla mnie odskocznią. Dzięki którym mogę identyfikować się w świecie jako ktoś jeszcze poza mamą.

Ale żeby nie było aż tak mrocznie, odpowiedz, proszę jeszcze na jedno pytanie:

10. Co dotychczas najwspanialszego zdarzyło Ci się w macierzyństwie?

Chyba… ono. Po prostu. Dzieci uczą mnie codziennie czegoś nowego. Cierpliwości, delikatności, słuchania drugiego człowieka i otwarcia się na niego… A także pilnowania własnych granic – to chyba przyszło pierwsze! 😉 Dzięki byciu mamą przypominam też sobie własne dzieciństwo – i to są piękne chwile – kiedy jestem podróżnikiem w czasie.


Dziękuję Ci, Marto, za poświęcony czas i wspaniałe, szczere odpowiedzi. ❤️


Dotychczas na blogu pojawiły się jeszcze trzy wywiady z cyklu "Macierzyństwo bez ściemy". Serdecznie zapraszam Was do ich lektury. 😊

wywiad z Martyną Pawłowską-Dymek
wywiad z Katarzyną Wierzbicką

wywiad z Izabellą Nowakowską


Jeśli spodobał Ci się ten wpis i chcesz być na bieżąco z moimi działaniami i niczego nie przegapić:

- obserwuj mnie na Facebooku - Mama pod prąd FB

- zaglądaj do mnie na Instagramie - Mama pod prąd Instagram

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

• Za wszystkie komentarze z góry bardzo dziękuję :-)
• Obraźliwe komentarze będą usuwane

Copyright © 2016 Mama pod prąd , Blogger