wtorek, grudnia 19, 2017

Nie wchodzę na działy dziecięce

alejka z artykułami dla dzieci w sklepie Intermarché

JAKA TO ULGA!, czyli o nie wchodzeniu na działy dziecięce ;-)

Za każdym razem, kiedy idę do dużego hipermarketu, czuję ogromną ulgę mijając alejkę z artykułami dla dzieci. Dlaczego ulgę? Ponieważ mam maleńkie dziecko, a dosłownie nic z tej alejki nigdy nie potrzebowałam, nie potrzebuję i raczej potrzebować nie będę. Producenci wmówili nam, że mając dziecko musimy kupować mnóstwo artykułów dla dzieci, a to po prostu jest nieprawdą.

Ale jak to??? Powiecie. Nic a nic?! A no nic.

Pieluchy

Nie, ponieważ używam pieluch wielorazowych. Wspaniałe odkrycie, dzięki któremu w ogóle sprawa pieluch nie jest dla mnie uciążliwa. Słyszę, jak wielu rodziców skarży się na pieluchy. Mówią, że tylko te pieluchy, pieluchy i pieluchy. Ja z kolei w ogóle nie odczuwam dyskomfortu z nimi związanymi, mimo że, wydaje się, iż powinnam tym bardziej, bo muszę je od czasu do czasu prać. A jednak nie. Nie jest to w ogóle uciążliwe.

Chusteczki nawilżane do czyszczenia pupy

Nie, ponieważ używam pociętej pieluchy flanelowej zwilżanej wodą. OK. Musiałam na samym początku zakupić jedną pieluchę flanelową. ;-) A przy grubszych zabrudzeniach, pupa mojego dziecka ląduje po prostu pod kranem, czyli tak jak to robili nasi rodzice zanim pojawiły się obecnie tak popularne acz zaśmiecające nasze środowisko chusteczki nawilżane. 

Ale co robię, gdy jestem poza domem? Zawsze mam ze sobą kilka zwilżonych chusteczek flanelowych. Trzymam je w nieprzemakalnym woreczku z tkaniny PUL, czyli takiej samej, z jakiej wykonywane są pieluchy wielorazowe, których używam. Jeśli potrzebuję więcej wody do większego nawilżenia chusteczek, nic prostszego: używam wody z butelki mojego dziecka.


Mleko modyfikowane? 

Nie, ponieważ karmię piersią. 


alejka z artykułami dla dzieci w sklepie Intermarché: dział mleko modyfikowane

Kaszki

Nie, ponieważ kupuję normalne produkty przeznaczone dla wszystkich, a nie specjalne dla dzieci. Czyli moje dziecko je np. zwykłą kaszę manną, kukurydzianą, jęczmienną, itd. Takie kasze nie mają dodatków smakowych, czy cukrów. Małe dzieci dopiero uczą się jeść coś innego niż mleko. Poznają inne smaki. Dlatego uważam, iż należy podawać im jak najprostsze składowo produkty. A do tego zwykłe kaszki i kasze są po prostu o wiele tańsze od tych "dla dzieci".

alejka z artykułami dla dzieci w sklepie Intermarché: dział obiady, zupy, soki
Z ciekawości wzięłam pod lupę pierwszą z brzegu kaszkę, jaka wpadła mi w ręce, Nestlé Kaszka mleczno-ryżowa jabłko banan gruszka. W jej składzie znajdują się takie produkty niewskazane dla dzieci lub/i dorosłych, jak: olej palmowy, cukier oraz aromaty (co prawda napisane jest, że są to aromaty naturalne, ale nie wiadomo dokładnie, co takiego zostało użyte w tej kaszce). Wolę swojemu dziecku podać po prostu ryż na mleku z dodatkiem jabłka, banana i gruszki niż kupować taki gotowy produkt. Tym bardziej, że mój syn ma dopiero kilka miesięcy.

Jeszcze inna kaszka, Nestlé Kaszka ryżowa o smaku waniliowym, przeznaczona dla dzieci już od 4 (!) miesiąca życia (czyli tak naprawdę niezgodnie z zaleceniami Światowej Organizacji Zdrowia, która zaleca podawanie dzieciom jedynie mleka do ukończenia przez nie 6 miesiąca życia). W składzie tej kaszki już na drugim (!) miejscu można znaleźć cukier, a dodatkowo przy jej produkcji użyto aromatu (!) wanilia, czyli nie prawdziwej naturalnej wanilii (znów pytanie, czym tak naprawdę jest ten aromat?). Nie lepiej zrobić wodnisty ryż i dodać do niego troszkę prawdziwej wanilii? Przecież to nawet nie jest czasochłonne.

Według mnie kupowanie dzieciom tego typu kaszek można porównać do podawania im hamburgerów z McDonalda, a przygotowywanie kaszek w domu z wykorzystaniem naturalnych składników, do hamburgerów z dobrej jakości lokali, albo burgerów domowych. Różnica jest chyba wiadoma. ;-)

* Oczywiście nie wszystkie kaszki z etykietką "dla dzieci" są niezdrowe. Są tez lepsze jakościowo. Jednak ponownie zadam to pytanie. Po co przepłacać na  tak zwane "kaszki dla dzieci", jeśli można im podać zwyczajną kaszę?

Słoiczki

Nie, ponieważ sama gotuję dziecku, ale nie gotuję dla niego oddzielnie (gdzie tam by mi się chciało! ;-) ), tylko robię te same posiłki dla całej rodziny. Karmię dziecko od 6 miesiąca życia wg metody BLW.

Dlaczego nie jestem przekonana do słoiczków? Ponieważ czasem dodawane są do nich sól lub cukier. Żadne z tych składników nie jest natomiast wskazane do podawania dzieciom przed ukończeniem przez nie drugiego roku życia. Soli nie powinno się podawać, ponieważ nerki tak małych dzieci nie pracują jeszcze optymalnie i organizm po prostu nie jest w stanie pozbyć się nadmiaru soli z organizmu. Cukru natomiast nie powinno się dawać tak naprawdę ani dzieciom, ani dorosłym, bo jego nadmiar - wiadomo - jest szkodliwy. Do drugiego roku życia u dzieci wytwarzają się przyzwyczajenia smakowe. Jeśli do tego czasu nie będą dostawały produktów z cukrem w ogóle albo, jeśli już, to w niewielkich ilościach, najprawdopodobniej w przyszłości nie będą lgnąć do cukru, jak ćmy do światła, co wyjdzie im oczywiście na zdrowie.

* Oczywiście na rynku są też dostępne słoiczki bez dodatku cukru lub soli. Są one jednak pasteryzowane, co za tym idzie, w takim daniu niewiele zostało tak naprawdę już witamin.


alejka z artykułami dla dzieci w sklepie Intermarché: dział przekąski, desery, herbaty


Soki dla dzieci
?

Nie, ponieważ zgodnie z wytycznymi BLW oraz swojego zdrowego rozsądku wychodzę z założenia, że soków nie powinno się wprowadzać w tak młodym wieku z powodu zbyt wysokiej zawartości cukru. Nawet w przypadku dorosłych przecież wskazane jest rozcieńczać soki wodą. Tym bardziej u dzieci... Do picia mój syn dostaje wodę (od 6 miesiąca) lub po prostu moje mleko. Przyjdzie czas na soki i na większą dawkę cukru, gdyż cukrem w obecnych czasach jesteśmy tak bombardowani w większości artykułów dostępnych na rynku, że nie sposób go nie spożywać w ogóle, ale po co ten proces przyspieszać?

Kwestii wyjaśnienia, od razu też zaznaczę, że nie kupuję wody butelkowanej dla mojego dziecka, ponieważ w domu staramy się ograniczać ilość zużywanego plastiku do minimum. Wodę, jaką pije mój syn (oraz cała nasza rodzina) to po prostu filtrowana kranówka. 


Kremy lub specjalne oliwki

Nie, ponieważ stosuję tylko produktów w 100% naturalnych, ale nie jakiś wymyślnych, tylko takich ogólnego użycia. Czyli np. kupuję olej kokosowy, masło shea, czy olejek ze słodkich migdałów. Zainteresowanych odsyłam do mojego wcześniejszego artykułu na temat naturalnej pielęgnacji skóry mojego dziecka. Ponadto wspomniane oleje wykorzystuję również w swojej pielęgnacji siebie. Olejek migdałowy jako balsam po kąpieli albo płyn do demakijażu, olej kokosowy jako składnik naturalnego dezodorantu, a masło shea na spierzchnięte stopy, ręce lub wargi. Również tym olejom poświęciłam osobny post na blogu, do którego lektury serdecznie Was zapraszam.


alejka z artykułami dla dzieci w sklepie Intermarché: dział kosmetyki

Smoczki

OK. Mam 2 smoczki. Syn używa ich bardzo bardzo rzadko. Od urodzenia na razie miał 4 smoczki z czego 2 są jeszcze prawie nowe i dalej przez niego używane. Może mogłabym się bez nich obejść, ale czasem głowa rodzica tak boli od płaczu dziecka, że niby dlaczego miałabym się nie wspomagać wtedy smoczkiem? Oczywiście nie mówię o używaniu go 24/7, ale w sporadycznym użyciu niczego zgubnego nie widzę. ;-)

Butelki

OK. Mam 4 butelki, ale żadnej nie kupiłam osobno. Jedną dostałam od koleżanki, druga była darmowa (próbka), trzecia była dołączona do laktatora elektrycznego, jaki kupiłam, a czwarta była częścią zestawu do laktatora ręcznego, jaki dostałam od koleżanki. Może mogłabym się obejść bez butelki, ale będąc mamą też trzeba mieć chwilę dla siebie. Kiedy mam ochotę gdzieś wyjść, odciągam pokarm i zostawiam męża z dzieckiem i butelką z moim mlekiem.

Ubrania

Nie, ponieważ kupuję je w sklepach z używaną odzieżą. Pod poniższym linkiem zdradzam Wam, jakie są moje ukochane krakowskie ciucholandy.

Drobne zabawki

Nie, ponieważ mój syn dostaje je jako prezenty od rodziny i znajomych, choć też proszę ich o nie przesadzanie z prezentami. Swojemu dziecku staram się nie kupować dużej ilości zabawek, ponieważ wychodzę z założenia, że musi on najpierw poznać otaczający go świat, czyli w kuchni na przykład pokrywki, czy wieczka od słoików, grzechotki z kaszy lub makaronu; w łazience szczotki, ręczniki, czy też różnego rodzaju opakowania; w sypialni poduszki, koce, swetry; w salonie ramki na zdjęcia, opakowania na płyty, stary niedziałający komputer, dywan; we wszystkich pokojach: nasze trzy koty ;-), a na polu (czyli dla niektórych na dworze ;-) ) liście, drzewa, kwiaty, kamienie, kasztany, i wiele, wiele innych. 

Wychodzę z założenia, że bombardowanie mojego syna plastikiem (gdyż w 99% obecnie produkowanych zabawek dla dzieci jest plastikowych) jest zbędne. Lepiej, żeby najpierw poznawał otaczający go świat i różne materiały (nie tylko plastik). Ponadto bardzo mi się nie podoba, że większość zabawek jest tak pstrokata i hałaśliwa i że dodatkowo mruga tak natarczywie, że aż prosi się o atak epilepsji. :/ Moje dziecko pozna takie zabawki. Na wszystko przyjdzie czas. Jeszcze rok, dwa i będzie wiedział, że istnieją takie sklepy jak Smyk, czy Toys R Us. ;) Ale, ponownie się pytam, po co przyspieszać ten proces?

Dotychczas napisałam dwa posty na temat gadżetów mojego synka. Możecie zobaczyć w nich, jakimi zabawkami się najbardziej lubi bawić i czy jest ich dużo:


gadżety dla niemowląt - część I
gadżety dla niemowląt - część II

Środki czystości bezpieczne dla dzieci

Nie, ponieważ takie środki robię sama głównie na bazie sody oczyszczonej. Kupuję duże opakowania sody przez Allegro i albo używam samej sody, albo ją łączę według przepisów z bloga Zielony zagonek, albo według przepisów z książki "Soda oczyszczona 500 praktycznych zastosowań" autorstwa Vicki Lansky. Więcej na temat ekologicznego sprzątania w moim domu przeczytacie w osobnym wpisie u mnie na blogu.

Książki

Nie, ponieważ kupuję je przez Internet. Na razie nie potrafię za bardzo się ograniczać ilościowo w tej dziedzinie. Kiedy moje dziecko podrośnie, będziemy z pewnością korzystać z biblioteki, jednak na ten moment wolę kupić książkę, bo:

1) mój syn może ją popsuć;
2) za bardzo się do wielu książek przywiązuje i chce je oglądać po milion razy. Nie miałabym więc jak ich zwrócić do biblioteki. ;-)

Dlaczego większość książek kupuję przez Internet? Robię tak, ponieważ po pierwsze tak jest taniej, a po drugie w ten sposób raczej nie kupię bubla, bo wcześniej poczytam sobie, o czym dana książka jest i poznam opinie na jej temat. I to jest chyba dział, przy którym jako niestatystyczny Polak, czyli taki czytający książki ;-) szaleję najbardziej i może nawet i za bardzo. Biblioteczka mojego syna rośnie z tygodnia na tydzień. Już w tym momencie kupuję książki dla kilkuletnich dzieci (no bo co to będzie, jeśli w przeciągu kilku lat nakład się wyczerpie?), a on jeszcze ledwo 
trzyma książki w rękach i bardziej z pewnością byłby zainteresowany ich nadgryzaniem, ślinieniem czy przeżuwaniem niż oglądaniem. No bo o czytaniu oczywiście nie ma jeszcze mowy. :P

Nie lubię chodzić na zakupy, jeszcze mniej do supermarketów czy hipermarketów, ale kiedy muszę, czuję taką radość, kiedy nie mam konieczności wejścia w alejkę z produktami "dla dzieci".  Czasem wręcz rekompensuje mi to niezadowolenie z przebywania w konkretnym sklepie. :P 

Musiałam się tą radością z Wami podzielić? Polecam Wam spróbować. Uczucie wspaniałe. :-) Czy Wy też tak macie? ;-)






Jeśli spodobał Ci się ten wpis i chcesz być na bieżąco z moimi działaniami i niczego nie przegapić:

- obserwuj mnie na Facebooku - Mama pod prąd FB



- zaglądaj do mnie na Instagramie - Mama pod prąd Instagram

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

• Za wszystkie komentarze z góry bardzo dziękuję :-)
• Obraźliwe komentarze będą usuwane

Copyright © 2016 Mama pod prąd , Blogger