wtorek, lutego 26, 2019

Język mojego dwulatka

Język mojego dwulatka
Jakie języki obce znacie? Ja do tej pory na to pytanie odpowiadałam: "Cztery: angielski i hiszpański na poziomie zaawansowanym, oraz francuski i galisyjski na poziomie podstawowym. Nie podejrzewałam, że już niedługo opanuję - i to zupełnie nieświadomie - kolejny język: język sebastianowy. 😉



środa, lutego 20, 2019

Mniej znane top gadżety dla niemowląt i małych dzieci

Mniej znane top gadżety dla niemowląt i małych dzieci
Wiecie, że ja nie należę do tak zwanych gadżeciarek. Wręcz przeciwnie. Jestem zaprzeczeniem matek, których torby zakupowe urywają się od bardziej lub mniej przydatnych duperelek. Co więcej, im bardziej brnę w macierzyństwo, tym bardziej zwracam uwagę na to, co kupuję i tych zakupów jest o dziwo coraz... mniej. Poczytajcie sobie zresztą choćby o mojej redukcji kosmetyków, a sami się przekonacie, jak mało kupuję. 😉 


gadżety noworodki niemowlęta dzieci

Jeszcze przed moją pierwszą ciążą natknęłam się na fantastyczną książkę, którą już wcześniej opisywałam na blogu, "Dziecko bez kosztów. Przewodnik po niekupowaniu" autorstwa Giorgii Cozzy, która - nie będę ukrywać - uratowała mój matczyny portfel. Nie jest przecież żadną tajemnicą, że producenci sprzętów adresowanych do niemowląt wykorzystują niewiedzę rodziców na temat niemowlęcych potrzeb oraz ich chęć, by zapewnić dziecku wszystko co najlepsze. Ja oczywiście też chcę wszystkiego co najlepsze dla swoich dzieci. Żeby potem nie było, że ja o swoje dzieci nie dbam. 😉 Tylko że jestem świadoma, że tak naprawdę niemowlęta, a nawet starsze dzieci bardzo niewiele potrzebują produktów, jakie można kupić w sklepach. Dla nich najważniejsi są rodzice, ciepło, bliskość, poczucie bezpieczeństwa oraz oczywiście... pełny brzuszek. I tyle. Finito. Nic więcej.




Mimo wszystko całkowitą ascetką zakupową, jeśli chodzi o moje macierzyństwo, nie jestem i kilka gadżetów (oraz jeden nie tyle gadżet co pomysł) rzeczywiście się u mnie sprawdziło i, co więcej, bardzo mi pomogły. Poniżej przedstawiam Wam moją całkowicie subiektywną listę gadżeciarską (o niektórych były już osobne posty - o innych może jeszcze będą):

Mniej znane a przydatne gadżety dla noworodka i niemowlaka




1. chusto-nosidełko mei tai 

Jak może pamiętacie, pisałam o nim już w osobnym poście (link do wpisu powyżej). Mei tai posiada wszystkie plusy chusty i nosidełka bez ich minusów, czyli: szybko i łatwo się wiąże, jest tanie, lekkie i zajmuje bardzo mało miejsca oraz nie ma możliwości, żeby dziecko usadowić w nim niepoprawnie (plecy dziecka są zawsze naturalnie wygięte, a nogi ustawione na tzw. żabkę). Ponadto nosidełko posiada kawałek materiału podtrzymujący główkę, co bardzo dobrze się sprawdza przy noworodkach. Jest tak małe, że bez problemu zmieści się choćby w torbie do wózka albo plecaku.



2. wiaderko do kąpieli

Z tego co się orientuję, tego typu wiaderka nie są jeszcze zbyt popularne w Polsce. Zastanawiam się jednak, dlaczego. Może ponieważ po prostu przyzwyczailiśmy się do wanienek? A może chodzi o słabą dostępność tego typu wiaderek? Osobiście nie zetknęłam się z takim produktem w żadnym z odwiedzonych przeze mnie sklepów z artykułami dla dzieci. A może świeżo upieczeni rodzice boją się, że w takim wiaderku będzie trudniej kąpać dziecko? 

No cóż. Dla mnie wiaderko do kąpieli to absolutny must have. Nie tylko łatwiej się mi w nim kąpie dziecko, ale nawet bez problemu mogę je kąpać w pojedynkę. A to wszystko dzięki temu, że noworodek utrzymuje się w wiaderku samodzielnie układając się od razu w tzw. pozycji fetalnej. Nie trzeba mu nawet podtrzymywać główki. Dziecko samo sobie ją opiera o bok wiaderka. Co więcej, noworodek w takiej kąpieli jest nad wyraz spokojny. Najprawdopodobniej dzieje się tak dlatego, że znów czuje się jak w brzuchu mamy. Ponoć również takie wiaderko pomaga w redukcji kolek u dzieci. Żadne z moich dzieci kolek nie miało, więc albo był to zbieg okoliczności, albo właśnie wpływ tego wiaderka. 😉 Jedyny mały minus, to jego cena. Koszt wiaderka to około 80 złotych. Wanienki są chyba tańsze. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Kiedy nasze dziecko podrośnie, wiaderko jest potem o wiele łatwiej odsprzedać na olx niż wanienkę. 😉


3. podgrzewacz żelowy do butelek

Mimo że karmię piersią, czasem (szczególnie w zimie), kiedy wybieram się na dłuższy spacer, odciągam wcześniej trochę mleka laktatorem. Przy drugim dziecku minęły co prawda już dwa miesiące, a jeszcze laktatora nie używałam, bo jakoś nie miałam potrzeby, ale z pewnością niedługo go użyję. U kogo sprawdzi się ten żelowy podgrzewacz? U tych kobiet, które nie przepadają za karmieniem na spacerze. Sprawdzi się też idealnie w podróży  samochodem, pociągiem, samolotem lub jakimkolwiek innym środkiem transportu. Jeśli natomiast jakaś mama nie karmi piersią, to taki wynalazek wydaje mi się, że jeszcze bardziej się jej przyda. 

Pomysł jest banalnie prosty. Butelkę z mlekiem owija się wkładem żelowym i umieszcza w torebce termoizolacyjnej. Kiedy dziecko domaga się posiłku, wystarczy kliknąć funkcję START na wkładzie, a ten ogrzewa butelkę. Przed kolejnym użyciem wkładu żelowego, trzeba go włożyć do gotującej się wody na 15 minut, a następnie poczekać, aż wystygnie. 

Co więcej, torebka izolacyjna z tego zestawu sprawdza się również u mnie jako torba na butelkę z wodą naszego syna. Dzięki niej woda nie przegrzewa się w lecie, ani za bardzo nie ochładza w zimie. Jak dla mnie - rewelacja!

4. wkładka antypotowa do fotelika samochodowego

Od tym produkcie dowiedziałam się przypadkiem od mojej przyjaciółki. Spocone plecy mojego syna podczas używania fotelika samochodowego to była nasza zmora. Nie wiedziałam, że w ogóle można cokolwiek z tym fantem zrobić poza zmianą koszulki po każdorazowym użyciu fotelika. Aż tu nagle dowiedziałam się o wkładce antypotowej! Jej cena to około 100 złotych, więc może nie jakieś grosze, ale naprawdę są to świetnie wydane pieniądze. Nareszcie koniec z ciągłym przebieraniem dziecka w podróży! A kiedy dziecko wyrośnie z fotelika,  taką wkładkę bez problemu uda się odsprzedać. Widziałam, że jest na nią dużo chętnych nawet z drugiej ręki. 😉
Jest wiele modeli tego rodzaju wkładek: do fotelików o różnych rozmiarach oraz nawet do wózków dziecięcych.



5. poduszka w kształcie motyla

Funkcją takiej poduszki jest unieruchomienie główki dziecka oraz zapewnienie jej ładnego kształtu. Co prawda fizjoterapeuci mówią, że unieruchomienie głowy noworodka tego rodzaju poduszką może hamować prawidłowy rozwój ruchowy, jednak przecież jeśli takiego wynalazku używa się sporadycznie, nie powinien on w żadnym stopniu zaszkodzić. 

Ja używam tego gadżetu dopiero przy drugim dziecku, ponieważ wcześniej po prostu nie wiedziałam o jego istnieniu. Stosuję go tylko w wózku. Dlaczego akurat tam i co taka poduszka mi daje? No cóż, kiedy Sebastian był mały i chodziłam z nim na spacery, a chodziłam bardzo dużo... Może nawet nie tyle chodziłam co prawie biegałam, bo: a tu trzeba było się pospieszyć na tramwaj lub autobus, a tu już gdzieś byłam spóźniona, albo po prostu miałam dużo negatywnych emocji do wyładowania i bardzo szybki chód mi pomagał się ich pozbyć. Innymi słowy - nie potrafiłam chodzić na spokojne spacery. Teraz już tak. 😉 Do tego podłoże na polskich osiedlach to ciągłe wertepy (przynajmniej tam, gdzie ja mieszkam). Dlatego głowa, a nawet całe ciało mojego dziecka co chwilę przesuwały się na bok wózka. Raz po raz musiałam syna podciągać i ustawiać go w poprawnej pozycji pośrodku wózka. Było to zarówno męczące dla mnie, jak i z pewnością niezbyt komfortowe dla mojego dziecka.

Dzięki poduszce w kształcie motyla moja córka trzyma się mocno w wózku i nigdzie mi się nie ześlizguje, nawet kiedy wózek "skacze" po chodniku. A kiedy ja go prowadzę, cóż począć - skacze. 
😉

Koszt takiej poduszki jest niewielki, więc nawet jeśli się u Was nie sprawdzi, nie trzeba będzie za bardzo nad tym rozpaczać. 😉


6. biały szum na komórce zamiast Misia Szumisia 

Nie jest to co prawda gadżet, ale na pewno bardzo przydatny trik przy noworodkach. A do tego darmowy. 😉

Pewnie wiecie, że noworodki nie przepadają za ciszą (w przeciwieństwie do ich rodziców, co nie? 😉). Dzieje się tak dlatego, że w macicy było im dość głośno. Podobnymi dźwiękami, do których przywykły noworodki z życia płodowego są szumy popularnie zwane "białymi szumami". Takie dźwięki wydaje właśnie popularny Miś Szumiś, ale również choćby odkurzacz, suszarka, pralka, czy też silnik samochodu. Co zrobić, aby dziecko spokojnie spało przy tego typu dźwiękach nie wydając jednak pieniędzy ani na Misia Szumisia, ani nie podnosząc swoich rachunków elektrycznych przez ciągłe odkurzanie, pranie i suszenie włosów, czy też wydatków na benzynę ze względu na nadmierne używanie auta celem uśpienia dziecka? 

Wystarczy komórka i włączenie na YouTubie nagrania o nazwie biały szum. OK, ale co zrobić, żeby to nagranie szło cały czas w tle i żeby dalej można było używać komórki, choćby żeby obczajać Fejsa, albo przeczytać ten post na blogu 😉? I na to jest rozwiązanie! Wystarczy wejść na Youtube'a nie przez aplikację, tylko jak na standardową stronę internetową. Następnie w prawym górnym rogu wybrać opcję Desktop site. Następnie nacisnąć na nagranie i wyjść z Youtube'a nie zamykając tej strony. Na głównym ekranie komórki pojawi się wtedy linijka będąca odnośnikiem do nagrania na Youtube'ie. Naciśnijcie na znak "Play" i gotowe. Komórka szumi w tle, dziecko usypia, a Wy czytacie zaległe posty na blogu Mama pod prąd. 😉

* Jest to instrukcja dla komórek obsługiwanych przez Androida.






Mniej znane a przydatne gadżety dla małego dziecka




1. najmniejszy wózek świata

W sumie nie wiem, czy wózek można nazwać gadżetem, ale taki model chyba tak. 😉 

O tym wózku w Internecie przeczytał mój mąż. GB Pockit, bo o nim mowa, został wpisany do księgi rekordów Guinnessa jako najmniejszy po złożeniu wózek dziecięcy. Jego wymiary po złożeniu to zaledwie 35 x 30 x 18 cm! Ponieważ od czasu do czasu latamy z dzieckiem samolotem, taki wózek wydał nam się wręcz idealny do podróży. I rzeczywiście taki jest. Po złożeniu mieścił się nam... w plecaku. Załoga każdego lotu była pod takim wrażeniem, że pozwalała nam wnieść ten plecak ze sobą na pokład. 😉 Dzięki temu od razu po wyjściu z samolotu mogliśmy rozłożyć wózek i usadowić w nim naszego syna. Wózek ten jest też bardzo lekki. Waży zaledwie 4.9 kg. 

Co więcej, przydaje nam się nie tylko podczas podróży samolotem, ale również, kiedy idziemy na spacer teraz już czteroosobową rodziną. Zwykle nasz syn rozpoczyna spacer żwawo tuptając. Jednak po jakimś czasie jego niespełna dwuletnie nogi odmawiają posłuszeństwa. Wtedy z torby pod wózkiem z gondolą wyjmujemy wózek GB Pockit i sadowimy na nim Sebastiana, który zapada w błogi sen.

Jednak wózek ten ma też swoje minusy: bardzo małe koła nieprzystosowane do wertepów; brak możliwości regulowania nachylenia oparcia oraz bardzo niewielki daszek, który praktycznie nigdy nie chroni przed słońcem. 

Marka GB Pockit wypuściła co prawda na rynek również podresorowaną wersję najmniejszego wózka świata - GP Pockit+. Wózek ten nadal jest bardzo kompaktowy, choć trochę większy (20 x 34 x 42 cm) i cięższy (5,6 kg). Ma za to regulowane oparcie oraz większy daszek przeciwsłoneczny.

Na temat wózka GB Pockit mam zamiar napisać osobny wpis, więc bądźcie czujni. 😉



2. wkładka antypotowa

Ten genialny wynalazek opisywałam już w tym poście przy okazji gadżetów dla niemowląt. Tak że lukajcie do góry po więcej informacji. 😉 Dla małych dzieci można zakupić większy rozmiar wkładki pasującej choćby do fotelików samochodowych od 9 do 18 kg.

3. łącznik szelek bezpieczeństwa do fotelika samochodowego

Kawałek plastiku, który może uratować życie dziecka. Nie wiem, czy Wy też macie problem z pasami w fotelikach samochodowych. Co się działo u nas? No więc Sebastian w bardzo sprawny sposób ZAWSZE się z pasów wyswobadzał. Bez względu na to, jak mocno ich byśmy nie zaciągnęli. Fotelik został profesjonalnie dobrany do naszego syna i auta w salonie fotelików samochodowych, więc to nie jego wina. Pewnie dzieje się tak dlatego, że po pierwsze nasze dziecko jest bardzo drobnej budowy ciała, a po drugie niezmiernie ruchliwe i - co tu dużo będę mówić - nie znosi być w jakikolwiek sposób ograniczane ruchowo. 😉

Kiedy po raz kolejny Sebastian w kilka sekund wyjął swoje ramiona z pasów bezpieczeństwa i znów musieliśmy zatrzymać samochód, żeby go ponownie zapiąć, pomyślałam, że może ktoś coś na taki problem już wymyślił. I nie myliłam się! Istnieje niewielki plastikowy gadżet o nazwie BeSafe, który zakłada się na pasy bezpieczeństwa na wysokości klatki piersiowej dziecka. Dzięki niemu dziecku za Chiny ludowe już nigdy więcej nie uda się wyjąć z pasów swoich ramion. Od razu też uprzedzę pytanie o bezpieczeństwo używania tego gadżetu podczas jazdy. Jak pisze producent: "Badania wykazały że w dużej ilości wypadków w których dzieci zostały poważnie ranne, pas naramienny ześlizgnął się z ramion i nie był w stanie prawidłowo ochronić dziecka. Łącznik firmy BeSafe przytrzymuje pasy w prawidłowej pozycji blisko szyi oraz utrudnia dziecku samemu zdjęcie pasów. Łącznik ulega zniszczeniu podczas wypadku i nie powoduje trudności w rozpięciu pasów". Jak dla mnie - rewelacja! 


I, słuchajcie, ten łącznik można z powodzeniem stosować też w wózkach. Sebastian równie sprawnie wyswobadzał się bowiem z pasów w wózku GB Pockit. Odkąd stosujemy w tym wózku łącznik pasów BeSafe, już tego robić nie może. Ale - i całe szczęście! - w ogóle nie denerwuje się tym faktem. 

4. kitchen helper domowej roboty

O tym gadżecie. Hmmm, czy mebel można nazwać gadżetem? Mam nadzieję, że tak, a jeśli nie, to liczę na to, że wybaczycie mi moje gadżeciarskie faux pas. 😉

Tak zwanemu kitchen helperowi poświęciłam cały osobny post na blogu (link do wpisu powyżej). W wielkim skrócie powiem, że chodzi o mebel w wersji DIY (można kupić wersje gotowe, ale są wtedy o wiele wiele droższe). Kitchen helper (po polsku w dosłownym tłumaczeniu: pomocnik kuchenny) to nic innego jak pewien rodzaj podestu, który pomaga małym dzieciom w bezpieczny sposób uczestniczyć w pracach kuchennych (i nie tylko). Dzięki niemu dziecko może stać wyżej niż na podnóżku, a co za tym idzie dosięgnąć blatu, a nie ma ryzyka, że spadnie i sobie zrobi krzywdę. 

Jak dla mnie ten mebel to absolutne must have! Nie siwieję na myśl, że może spaść z wysokości, bo ten mebel go chroni. Swoją drogą od jakiegoś czasu  Sebastian przesuwa kitchen helper po całym mieszkaniu i dzięki temu w bezpieczny sposób poznaje zawartość najrozmaitszych szaf oraz podziwia widoki za oknem. 😉

autor zdjęcia: Daga Wis Fotografia

Podobały się Wam wybrane przeze mnie mniej znane gadżety dla noworodków, niemowląt i małych dzieci? Czy znacie któreś z nich? Sprawdziły się również u Was? A może znacie jakieś inne super gadżety, które są dla Was absolutnym must have, a jednak nie są zbyt często wymieniane w tego typu zestawieniach? Powiedzcie mi o nich. Z chęcią je poznam. :-)



Jeśli spodobał Ci się ten wpis i chcesz być na bieżąco z moimi działaniami i niczego nie przegapić:

- obserwuj mnie na Facebooku - Mama pod prąd FB

- zaglądaj do mnie na Instagramie - Mama pod prąd Instagram

poniedziałek, lutego 11, 2019

Poród bez ściemy 2.0

Poród bez ściemy 2.0
Od mojego drugiego porodu minęły dopiero niecałe dwa miesiące, a ja już piszę post na jego temat. Powód jest jeden. Boję się, że go zapomnę. „Ależ jak to? Jak tak można? Zapomnieć swój poród?!” Serio. Można. Przede wszystkim jeśli był on taki jak mój. Jaki więc był? Na pewno znowu nietypowy, ale też zupełnie inny od pierwszego porodu. Tym razem ochrzciłam go nazwą „Fast and Furious”, więc możecie się domyślić, że było co najmniej… ciekawie. 😉 



Ja tu rodzę, a Ty śpisz

18 grudnia 2018 roku. Mój pierworodny właśnie zasnął u mnie w ramionach. Było tuż po 14:00. Zaniosłam syna do jego pokoju. „Uff! Co za ulga. Mam nadzieję, że będę mieć teraz choćby godzinkę wolnego czasu dla siebie”. Poszłam do kuchni i odgrzałam sobie zupę. Jakoś więcej nie chciało mi się jeść, ale spać również nie, więc wpadłam na pomysł, że może ten czas ciszy jakoś twórczo wykorzystam i dokończę choćby pisać najnowszy post na bloga. Uradowana wlazłam pod kołdrę, odpaliłam komputer, napisałam jedno zdanie i nagle ni stąd ni zowąd… poczułam niesamowite ciepło pomiędzy nogami. „Co to do jasnej cholery?! O nie! O nie, niee, nieee!!! Wody mi odeszły!”. – krzyknęłam w myślach nie chcąc narażać się na rozbudzenie syna. A zaraz potem kolejna krzycząca w mojej głowie myśl: „No i znowu nic nie napiszę! A niech to!”. Widzicie, jak ciężkie jest życie blogerki parentingowej? 😉 

Hej bystra woda!

Poszłam czym prędzej do łazienki, gdzie zauważyłam, że wody nie były przezroczyste. „Kurka jasna! Dwa lata temu na szkole rodzenia mówili coś, że jak wody są w zielonkawym kolorze to chyba nie najlepiej. Czemu ja podczas tej ciąży nie przeglądnęłam tych notatek? No czemu???”. Wiadomo czemu - bo mam małe dziecko, które zaprząta mi całą głowę. 😉 Szybko wyszłam z łazienki i zaczęłam szukać owego zeszytu z notatkami. W końcu go znalazłam i rozpoczęłam nerwowe wertowanie jego stron. „Jest! – wykrzyknęłam - tym razem już na głos i zanurzyłam się w lekturze. W notatkach widniała następująca informacja: „Zielone wody płodowe oznaczają niedotlenienie w macicy. To mógł być zarówno epizod jakiś czas temu (np. dziecko przez moment zakręciło się pępowiną, ale już jest dobrze), ale nie musi. To może być też  aktualne niedotlenienie”.

„O nie! Czyli dobrze pamiętałam. To niedobrze! Dzwonię do męża”. Mąż mnie trochę uspokoił mówiąc, że nie ma powodu do paniki, a jest pielęgniarzem więc ciśnienie mi trochę opadło, ale fakt faktem jest taki - dodał -, że rodzę. Zapytał się mnie jeszcze, czy ma jechać do domu tramwajem czy wziąć taksówkę. „No jasne, że taksówkę!” – wykrzyknęłam. Jednak, jak się potem okazało, trzeba było jechać MPK. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, byłoby... szybciej. Dziękuję Ci, Krakowie, za niebotyczne korki w godzinach szczytu. :/


Wieszaki a prysznic

Wiecie co? Tak się mówi, że w sytuacjach stresowych – np. podczas pożaru – człowiek czasem robi dziwne rzeczy. Znam np. taką osobę, która, kiedy u niej w mieszkaniu zaczęło się palić, wyjęła z szafy wszystkie wieszaki jakie miała i wybiegła z nimi na klatkę schodową. Logiczne, nie? 😉 Jak się okazuje poród najwyraźniej też jest sytuacją stresową, no bo jak inaczej wytłumaczyć, że kiedy zaczęłam rodzić, zamiast dokończyć pakowanie walizki do szpitala, której nie miałam jeszcze do końca spakowanej, mimo że byłam już w 40 tygodniu ciąży, postanowiłam... wziąć prysznic. Wytłumaczenie dla tej "logicznej" decyzji było mniej więcej takie, że to niedopuszczalne, żeby moja córka przez brak tego prysznica miała okropne zdjęcie z sali porodowej. 😉Tak więc, nawet nie spoglądając na wpół pustą walizkę, czym prędzej weszłam do łazienki. Ale żeby nie marnować czasu, stojąc już pod prysznicem, usilnie próbowałam sobie przypomnieć tę część notatek ze szkoły rodzenia, które odnosiły się do początku porodu. „Co tam trzeba było robić, żeby się zrelaksować? Myśl, Ela, myśl. – stukałam się w łeb niczym Kubuś Puchatek.




Hummus gaudeamus

„Pamiętam!!! Wypić melisę! To to akurat mam, to sobie zaparzę. Ale co tam jeszcze było? Aha! Zjeść coś dobrego, co na ten dzień się przygotowało i zamroziło zawczasu w zamrażalniku. Super! To też mam przygotowane”. Podczas drugiego porodu chciałam zjeść falafele i hummus z krakowskiego lokalu Mazaya Falafel i na tyle miałam samozaparcia, że udało mi się do tego dnia zachować jeszcze kilka cieciorkowych kotlecików i odrobinę hummusu w lodówce, a wierzcie mi, nie było łatwo. Kto kiedyś tam się stołował, na pewno mnie zrozumie. 😉

Ponieważ myśl o jedzeniu sprawiła, że w brzuchu zaczęło mi trochę burczeć, szybko dokończyłam prysznic, ubrałam co tam leżało z przodu szafy nie przejmując się za bardzo, co to było. „Przecież do samego porodu i tak się przebiorę”. – pomyślałam i czym prędzej udałam się do kuchni po moją syryjską przegryzkę. 


Żółwia taksówka

Kiedy kilka minut później ochoczo zabrałam się za pałaszowanie odmrożonych falafeli maczając raz po raz je w hummusie, zaczął mnie trochę pobolewać brzuch. Jako że ból był niewielki, nie przejęłam się nim zbytnio. „Przecież to jeszcze nie mogą być skurcze” – pomyślałam. „Za słabe są”. Jak możecie sobie wyobrazić, zjedzenie 4 falafeli dużo czasu mi nie zajęło, jednak pod koniec ostatniego kotleta bóle brzucha były już dość mocno odczuwalne. „Cholera jasna! To już?! A ja jeszcze jestem w proszku! No i cały czas nie ma męża!”. Wykręcam numer do męża. Okazuje się, że owszem jest już w taksówce, ale wszędzie - a jakżeby inaczej - korki. „Powiedz taksówkarzowi, że twoja żona rodzi, to na pewno znajdzie sposób na szybszą jazdę! – wykrzyknęłam. Ech ale te filmy o rodzących namieszały mi w głowie. Rzeczywistość działa swoimi prawami. Taksówkarz dalej przemieszczał się z żółwią prędkością...

Żółw taxi - źródło: https://www.sklep.mleczko.pl/

Niezależna

Całe szczęście, że mój syn nadal spał. Poszłam do sypialni i zaczęłam sprawdzać zawartość walizki do szpitala psiocząc raz po raz pod nosem, dlaczego tyle czasu z tym zwlekałam. Jakoś liczyłam na to, że moja córka raczy poczekać przynajmniej do momentu, aż spakuję walizkę, a tu taka heca! Postawiła na swoim i zdecydowała się urodzić wcześniej niż ja na to byłam gotowa. Swoją drogą pytanie, czy kiedykolwiek bym była gotowa. 😉 No ale czego można się spodziewać po dziewczynie, dla której kupiłam takie oto body ze sklepu Koszulove? Swoją niezależność pokazała jeszcze przed narodzinami. 

źródło: https://koszulove.com/

Inspektor Gadżet

Podczas pakowania walizki bóle (skurcze?) jeszcze bardziej się nasiliły. Natomiast mój mąż jak stanął w taksówce o jakieś 3 kilometry od domu, tak stanął i ani metra do przodu się już nie ruszał. Naokoło dosłownie każda najmniejsza uliczka była całkowicie zakorkowana. „Szkoda, że taksówki nie są wyposażone w mechanizm, jaki posiadało auto Inspektora Gadżeta” – pomyślałam zrozpaczona. 


Swoją drogą, pisząc ten artykuł, dowiedziałam się, że istnieje auto, które posiada taką funkcję, jak we wspomnianej bajce. Sami zobaczcie! Co Wy na to, żeby wszystkie taksówki w zakorkowanych miastach obowiązkowo były wyposażone w takie cudo? Ja jestem na tak! :)



Korki miały się dobrze aż do samego końca. Dzięki nim mąż zamiast w 5 minut, 3 kilometry przejechał w pół godziny. Kiedy już dotarł do domu, byłam zwarta i gotowa, żeby jechać do szpitala. I - nie uwierzycie - walizka była już spakowana! Torba dla naszego syna również.😉Po drodze musieliśmy go przecież jeszcze zostawić u moich rodziców. Dziecko udało nam się podrzucić dziadkom dość sprawnie. Odetchnęliśmy z ulgą. Wybiła właśnie 16:30. Teraz pozostała nam jeszcze tylko droga do szpitala. Około 12 kilometrów. Pikuś, co nie? Kiedy nie ma korków, dojedzie się tam w mig. Niestety i na tej trasie korki nas dopadły. 

Nie krzyczysz = nie rodzisz? 

Ponieważ z domu wylecieliśmy jak oparzeni, do tego momentu nie zdążyłam zamienić  z mężem prawie ani słowa. Dopiero teraz, kiedy zostaliśmy we dwójkę, mogliśmy w końcu porozmawiać. Mąż wydawał się dość zaniepokojony moimi skurczami. To fakt z minuty na minutę były one coraz bardziej intensywne. Kiedy w końcu nie miałam już ani cienia wątpliwości, że to NA PEWNO są skurcze porodowe, mój mąż wyparował z takim oto komentarzem: „Hmm. Ty chyba jednak jeszcze nie rodzisz”. „Nie rodzę?!” – odpowiedziałam nad wyraz spokojnie. „No nie” – odparł mąż – „Jak byś rodziła, to byś krzyczała. Wiesz, tak jak to robią kobiety na filmach. A Ty nic nie krzyczysz”. „Nie krzyczę” – odpowiedziałam – ponieważ ja NAPRAWDĘ rodzę, w przeciwieństwie do aktorek w filmach”. „Ahaaa. To wszystko tłumaczy.” - odparł.

Do skurczu gotowa? Start! 

Ciesząc się, że doszliśmy do porozumienia co do kwestii, czy rodzę, czy też nie, przypomniałam sobie, że kiedy ma się skurcze porodowe, dobrze jest zmierzyć ich częstotliwość oraz długość trwania. Czym prędzej wyciągnęłam więc z torebki komórkę i ustawiłam ją na opcji „timer”. Przygotowałam również kartkę papieru i długopis. Czas start. Skuuuuuurcz. Przerw… Aaa! SKUUUUURCZ. Przer… Waaa! Skuuuuurcz! Każdy skurcz trwał niemal jedną minutę, a przerwy między nimi po dwie minuty. „Hmmm. Przy takich skurczach to ja już chyba powinnam być w szpitalu, z tego co pamiętam z notatek ze szkoły rodzenia. Kurka jasna! Że też ja nie przerobiłam tego przed porodem. Niech no ja spojrzę na te zapiski. Gdzie to było? O! Tutaj jest…: Jedziemy do szpitala, kiedy skurcze: są regularne co 3-4 minuty; trwają minimum 40 sekund; są niezmienne od 2 godzin. Albo kiedy ma się bardzo mocne skurcze trwające 1-1.5 minuty co nawet 5-7 minut. Lub kiedy każdy kolejny skurcz jest mocniejszy”. Osz kur**! Mówiłam!!! Późno już!!!”. „Późno?” – wydukał coraz bledszy - choć śniady z natury 😉 - mąż. 


Gdzie mój brzuch???

Minęło kilka minut. Już nawet trochę się uspokoiłam, a tu nagle: „O nieeeee! Znowu mi wody odeszły!” - krzyknęłam. Spokojnie, kochanie. Już prawie jesteśmy na miejscu” - starał się uspokoić mnie mąż. Może by mu się to udało, gdyby nie to, że spojrzałam na pasy bezpieczeństwa i zobaczyłam… że mój ciążowy brzuch… ZNIKNĄŁ! Bardzo ale to bardzo głośne „Aaaaa!” - wydobyło się z mojego gardła – „Gdzie jest mój brzuch? Nie ma brzucha! Płasko zupełnie! Czy ja już urodziłam?! Gdzie mój brzuch! O ja nie mogę! Czy to jest w ogóle możliwe??? Ja nie mam brzuuuchaaa!”. 


źródło: https://doodleperdiem.com


Przepraszam, ja chyba rodzę...

Dobrze, że właśnie dojeżdżaliśmy pod sam szpital. Właśnie wybiła godzina 17:00. Wysiedliśmy z auta i ruszyliśmy czym prędzej do izby przyjęć. Nacisnęłam dzwonek. Po chwili drzwi się otworzyły. Wychyliła się zza nich położna i zapytała się mnie, z czym przychodzę. „Chyba rodzę” – powiedziałam bardzo cichym głosem. Zaprosiła mnie do środka i poprosiła, żebym usiadła. Po kilku standardowych pytaniach, kiedy udzieliłam odpowiedzi na temat długości i częstotliwości skurczów, położna dość mocno poblakła na twarzy i oznajmiła mi, że będzie lepiej, jeśli wcześniej oglądnie mnie lekarz, a że my potem na spokojnie dokończymy resztę pytań. 

Znieczulenie tere fere

Tak więc po chwili leżałam już na łóżku obok. Przyszła lekarka i nie tylko stwierdziła, że rodzę, ale też że mam już 8 cm rozwarcia. „Proszę czym prędzej podać mi znieczulenie zewnątrzoponowe!” – wyparowałam bez chwili zastanowienia. „Nie ma takiej opcji” – odpowiedziała z uśmiechem lekarka. Uśmiech co prawda nie wydawał mi się szyderczy. Wręcz przeciwnie całkiem przyjazny, ale odmowa znieczulenia wydała mi się tak podejrzana, że zaczęłam doszukiwać się w niej jakiś niecnych intencji torturowania mojej osoby. „Nieee??? Jak to nie?” – zapytałam całkowicie zbita z tropu. Jakoś mi tortury bólem porodowym zupełnie nie pasowały do szpitala, który wybrałam na swój drugi poród. Wiedziałam bowiem, że nie robią w nim żadnych problemów ze znieczuleniem. „Za późno Pani do nas się zgłosiła. Znieczulenie podajemy maksymalnie do siedmiu centymetrów rozwarcia, a Pani ma już osiem i lada chwila urodzi”. „Oj nie nie nie! Myli się Pani!” – natychmiast zaprzeczyłam. „Ja bez znieczulenia NIE urodzę. W ogóle nie ma takiej opcji”. – powiedziałam wyjątkowo pewna siebie. „Urodzi Pani, urodzi” – odpowiedziała dalej uśmiechając się lekarka. „A właśnie że nie!” – ponownie jej odparłam nieugięta. „Tak” – lekarka twardo stała przy swoim. „Nie” – odpowiedziałam. „Tak”. „Nie”. „Tak”. „Nie”. Jak widać, to nasze przekomarzanie się trochę trwało. Żadna z nas nie dawała za wygraną. Dyskusję ukróciła moja córka postanawiając wychylić ze mnie... swoją głowę.

Wózek Ferrari

Lekarka poprosiła położną, żeby czym prędzej przywiozła mi wózek, bo ja lada chwila urodzę i na salę porodową o własnych siłach już na pewno nie dojdę. Wózek pojawił się w mgnieniu oka. Kiedy tylko na nim usiadłam, ruszyłyśmy z piskiem kół, tak jakbym siedziała co najmniej w jakimś Ferrari, a nie na wózku inwalidzkim. „Ale jazda!” – pomyślałam. Cha! A mój mąż przez te wszystkie lata starał mi się wmówić, że w prawdziwej rzeczywistości szpitalnej – w przeciwieństwie do amerykańskich seriali o lekarzach, takich jak na przykład w ukochanych przeze mnie „Chirurgach” - po szpitalnych korytarzach się nie biega, bo byłoby to nieodpowiedzialne. A tu proszę bardzo. Wózek prowadzony przez lekarkę z izby przyjęć jechał z prędkością samochodu wyścigowego. A przed wózkiem jeszcze szybciej biegła położna krzycząc na całe gardło: „Lekarz! Jest nam potrzebny lekarz! Mamy nagły poród!” oraz „Która sala porodowa jest wolna? Szybko! Potrzebujemy jej na JUŻ!” Wyglądało to mniej więcej tak jak w poniższej scenie ze Star Treka. 😉


Outfit i paciorkowiec

Raz dwa i znalazła się: pusta sala porodowa, lekarz, położna oraz pielęgniarka. Wjechaliśmy do sali. Bez większych problemów weszłam na fotel porodowy. Usiadłam sobie na nim wygodnie i wtedy uświadomiłam sobie dwie kwestie: jedną ważną i drugą całkiem prozaiczną, która jednak mnie w jakimś stopnie zestresowała. Ta trywialna to to, że nawet nie miałam czasu przebrać się do porodu, a miałam na tę okazję przygotowane aż dwa wdzianka. „No nie! Będę rodzić w bluzce naprędce wyjętej z szafy! Ale w sumie nie jest przecież wcale taka brzydka” – pomyślałam sobie ja - próżna istota – uśmiechając się półgębkiem. 

Natomiast druga kwestia była już znacznie poważniejsza. Na jednym z badań standardowo wykonywanych przed porodem wyszło mi, że mam dodatni GBS. Dla niewtajemniczonych: GBS (nie mylić z GPSem 😉) to rodzaj paciorkowców, które mogą przenieść się na dziecko w trakcie porodu powodując u niego np. zapalenie płuc, zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych, a nawet sepsę. :/ Na szkole rodzenia powiedziano nam, że jeśli ciężarna kobieta jest nosicielem tej bakterii, to podczas porodu MUSI dostać kroplówkę z antybiotykiem, ponieważ inaczej jej dziecko może nawet umrzeć. Możecie sobie więc wyobrazić mój poziom stresu. „Proszę dać mi antybiotyk! Mam GBS!” – krzyknęłam. „Nie ma czasu. Za późno” – usłyszałam w odpowiedzi. „O nie nie nie nie!. Ja MUSZĘ dostać antybiotyk!” – wykrzyknęłam. „Przecież powiedziałam, że za późno. O! Główka już ładnie idzie. Proszę przeć. Ma Pani siłę?”. „Czy ja mam siłę? No pewnie, że mam. Ja przecież dopiero co zaczęłam rodzić, więc w ogóle nie zdążyłam się zmęczyć” – pomyślałam. Zapomniawszy chwilowo o tym całym GBSie, zapytałam: „A włosy jasne czy ciemne?”. „Ciemne – odpowiedziała położna”. „Szlag by to!” – pomyślałam cały czas prąc oczywiście. „Znowu wyjdzie kopia męża, a nie moja! Ech te dominujące geny hiszpańskie!”. 😉


Poród jak w "Jak urodzić i nie zwariować"


Poparłam dosłownie kilka razy i to nawet nie jakoś zbyt mocno. Boleć prawie nie bolało, a i wysiłku jakiegoś nadmiernego w parcie nie wkładałam, aż tu nagle czuję, że już po wszystkim. „To już???” – zapytałam z niedowierzaniem. Tak. Już - usłyszałam odpowiedź. „Czyli porody, jak ten u Skyler z filmu „Jak urodzić i nie zwariować” się zdarzają!” - pomyślałam uradowana. Zegar na sali porodowej wskazywał godzinę 17:10, czyli minęło jedynie 10 minut od przekroczenia przeze mnie bramy szpitala.



Pępowina jeszcze tętni

Pępowinę odcięto mi od razu po urodzeniu córki, nie czekając, aż przestanie tętnić. Nie spodobało mi się to, czego oczywiście nie omieszkałam powiedzieć na głos, jednak zaraz wytłumaczono mi, dlaczego tak zrobiono. Poród był tak nagły, że nie mieli czasu sprawdzić żadnych parametrów i muszą się jak najszybciej upewnić, czy dziecko jest zdrowe. Wstrzymałam oddech czekając na to, co powiedzą. Na szczęście chwilę potem usłyszałam: "Apgar 10!" i już byłam spokojna.


Sweet focia

Chwilę potem oddano mi dziecko i położono je na mojej piersi, a mąż już tradycyjnie zrobił nam zdjęcie. Wyszło chyba całkiem spoko, co nie? 😊 Ha! I kto teraz powie, że moja decyzja co do prysznica w domu była błędna? 😉



Do trzech razy sztuka?

Dopiero teraz mój wzrok padł na włochatą czarną czuprynę córki. Przyjrzałam się jej dokładnie. Wyglądała jak kopia jej starszego brata, czyli - innymi słowy -, była bardzo podobna mojego męża. „Kochanie,” – zwróciłam się z uroczym uśmiechem do męża – „Ona też jest podobna do Ciebie. Nie pozostaje nam więc nic innego, jak spróbować po raz trzeci. Może kolejne dziecko będzie w końcu wyglądem bardziej przypominać mnie”. Usłyszawszy moją propozycję ponownego powiększenia rodziny, mój mąż skierował swoje piękne, zielone oczy w moim kierunku i spokojnym głosem - pełnym miłości i zrozumienia, rzecz jasna - powiedział „Po moim trupie, najdroższa”. 😉

Pogaduchy o - plan porodu

Chwilę później zawieziono mnie już na salę poporodową. Zaraz potem przyszła do mnie położna odbierająca poród i z zawadiacką miną zapytała się mnie, czy chciałabym z nią omówić swój plan porodu. „Ależ oczywiście” - odpowiedziałam śmiejąc się na całego. Położna zbliżyła się do mojego łóżka i z jeszcze większym uśmiechem wyręczyła mi... mój dowód osobisty, który, jak się okazało z całego tego pośpiechu zostawiłam na izbie przyjęć. Dostałam też do wypełnienia kartę przyjęcia do szpitala, której oczywiście wcześniej nie zdążyłam uzupełnić. 😉 Wypełniłam raz dwa i oddałam położnej, która podziękowała i powiedziała: „Och, długo Pani nie zapomnę. Co za ekspresowy poród”. „Fast and Furious, czyż nie?” - odpowiedziałam. Przytaknęła mi z uśmiechem. Szybki i wściekły. 10 minut i po sprawie”. 


Wszystkiemu winne daktyle?

Co spowodowało aż tak szybki poród? Może nic. Może tak po prostu miało być? Jednak kilka dni temu natrafiłam na dość ciekawy artykuł mówiący o tym, że spożywanie daktyli pod koniec ciąży pozytywnie wpływa na poród bez negatywnego wpływu na matkę i dziecko. Ja przez ostatnie miesiące naprawdę jadłam bardzo dużo daktyli, bo dodaję je do domowych słodyczy, jakie przygotowuję dla swojego dziecka. We wspomnianym artykule można przeczytać m.in., że daktyle wpływają na szybsze rozwieranie się szyjki macicy podczas porodu oraz że dzięki ich spożyciu zwiększa się szansa na samoistne rozpoczęcie czynności skurczowej w terminie porodu. O szybsze rozwarcie niż u mnie chyba trudno, co nie? 😉 No i poród nastąpił również w terminie (40 tydzień ciąży). Natomiast w przypadku mojej pierwszej ciąży poród nie tylko trwał dość długo (20 godzin), ale i rozpoczął się dosłownie w ostatnim terminowym momencie. Jeśli Sebastian by się namyślał choćby jeden dzień dłużej, czy wyjść na ten świat, byłaby już konieczność indukowania porodu z powodu przenoszenia ciąży. Tak więc, pamiętajcie: jeśli jesteście w ciąży i jecie daktyle, przy pierwszych skurczach jedźcie czym prędzej do szpitala. Inaczej możecie nie zdążyć. 😉





Jeśli spodobał Ci się ten wpis i chcesz być na bieżąco z moimi działaniami i niczego nie przegapić:

- obserwuj mnie na Facebooku - Mama pod prąd FB

- zaglądaj do mnie na Instagramie - Mama pod prąd Instagram

poniedziałek, lutego 04, 2019

NIE-zwykłe bajki o kotach

NIE-zwykłe bajki o kotach

Ci z Was, którzy śledzą mój blog, wiedzą, że wśród zwierząt specjalnymi uczuciami darzę przede wszystkim koty. Oprócz zwierząt uwielbiam też książki. Przede wszystkim te mądre, mniej znane i poruszające nawet najtrudniejszą tematykę. No ale - pomyślicie sobie - jak się mają koty do książek? A tak, że również uwielbiam czytać książki o kotach. 😉

Dwie wspaniałe książki o kotach




Dziś postanowiłam opisać Wam dwie na pierwszy rzut oka zwyczajne książeczki dla dzieci, które jednak, jak się okazuje, przekazują bardzo głębokie treści. Pierwsza z nich to „Kotek, który merdał ogonem” autorstwa Gerarda Moncomble’a, a druga „Przepraszam, czy jesteś czarownicą?” autorstwa Emily Horn. Obydwie zilustrowane zostały przez Pawła Pawlaka, a opublikowane - przez wydawnictwo Muchomor.

1. „Kotek, który merdał ogonem”


„Kotek, który merdał ogonem” to przepiękna opowieść o odważnym kotku, którego największym marzeniem było móc chodzić do szkoły. Niestety szkoła była przeznaczona tylko i wyłącznie dla psów.

Wykluczenie w nauce

Czytając tę książkę nie mogłam przestać myśleć o przeszłości, o czasy, kiedy kobietom nie pozwalano studiować. Dziś nam to trudno sobie wyobrazić, ale przecież uniwersytety zaczęły otwierać się na kobiety dopiero w drugiej połowie XIX wieku! Kolejnym skojarzeniem, jakie mi się nasunęło podczas lektury tej pozycji to segregacja uniwersytetów w Stanach Zjednoczonych na te dla osób białoskórych i te dla osób czarnoskórych. Aż nie chce się wierzyć, kiedy się słyszy, że dopiero w 1890 roku pierwszy czarnoskóry student ukończył uniwersytet „dla białych”, oraz że do lat 60 XX wieku osoby czarnoskóre były w znaczniej mniejszości na uniwersytetach! A jednak…

Nienawiść, bez powodu


Już od pierwszej strony książki czytamy słowa, które dają do myślenia: 

Psot i Kleks mieszkają obok siebie. 
Mogliby być przyjaciółmi, ale gdzie tam! 
Psot jest kotem, a Kleks psem. No i Kleks, jak to pies, 
ciągle goni za kotem. Dlaczego? Nikt nie wie. Ani kot, 
ani pies. Tak już jest”. 



Zacytowane powyżej słowa od razu przypomniały mi rozmowę, jaką odbyłam kilkanaście lat temu z moją koleżanką z Izraela. Ona jest Żydówką choć niepraktykującą. I powiedziała mi wtedy, że pamięta, kiedy była mała, że jej rodzina przyjaźniła się z rodzinami Palestyńczyków, którzy mieszkali na tej samej ulicy, że na przykład często urządzali grill w ogrodzie u sąsiadów. Ale potem zmienił się rząd i zaczęło się powolne pranie mózgu społeczeństwu. I tak po jakimś czasie jej rodzina oraz inne rodziny żydowskie już nie chciały mieć za sąsiadów Palestyńczyków, nie chciały się z nimi przyjaźnić. Moja koleżanka nie mogła się już bawić ze swoimi dobrymi kolegami i koleżankami, i nie rozumiała, dlaczego. To samo oczywiście odnosi się do strony palestyńskiej. Jej sąsiedzi Palestyńczycy w pewnym momencie też nie chcieli się już zadawać z sąsiadami żydowskimi. 

I tak, jak to stwierdziła moja koleżanka, nienawiść w ludziach narastała, a przecież mogliby dalej żyć w przyjaźni jak kiedyś. W rzeczywistości nic przecież nie stało im na przeszkodzie. No ale, tak samo, jak w tej książeczce „Nikt nie wie” dlaczego się nienawidzą, ale się nienawidzą. „Tak już jest”. Jak to politycy potrafili skłócić do siebie nawet przyjaciół. Co teraz dzieje się w Izraelu chyba nikomu nie muszę tłumaczyć, bo każdy wie.
Ale analogii nie trzeba szukać tak daleko, bo na polskim podwórku też jest sporo tego typu sytuacji. Czy czytając o konflikcie izraelsko-palestyńskim nie przyszła Wam na myśl choćby obecna „walka” wśród polskiego społeczeństwa? Zdarzają się przecież już takie sytuacje, że dwie osoby będące wieloletnimi przyjaciółmi, kiedy nagle się dowiadują, że jedno z nich jest zwolennikiem partii rządzącej, a drugie preferuje opozycję, zaczynają się najpierw kłócić, a potem wręcz nienawidzić. Nierzadko ich przyjaźń się kończy. Głupie, prawda? A jednak jakże prawdziwe. :/

Upartość i odwaga popłacają


Wracając do opisywanej książki, tytułowy bohater nie poddał się tak łatwo. Aby móc się uczyć, postanowił stać się psem, a dokładniej pójść do szkoły w przebraniu psa i zachowywać tam jak pies: merdać ogonem i turlać się w kałużach. Psotkowi w szkole bardzo się podobało. Chodził na lekcje geografii, matematyki, gimnastyki oraz śpiewu. Jednak wszystko się popsuło na zajęciach z przyrody, na których nauczycielka oznajmiła uczniom, że kot jest strasznym zwierzęciem, że jest głupi, złośliwy, drapie, gryzie i śmierdzi oraz, że jest to największy wróg psów. I, o zgrozo! Na kontynuacji zajęć przyrody psi uczniowie mieli nauczyć się... polować na koty!



Następnego dnia przerażony Psot wsiadł do szkolnego autobusu wypełnionego po brzegi psami. Jednak podczas jazdy miał miejsce wypadek. Autobus zjechał z mostu. Oczywiście tylko kot Psot był na tyle zwinny, że udało mu się wydostać z pojazdu i wezwać pomoc. Dzięki temu niebawem przyjechała straż pożarna i uratowała wszystkie psy. Wszyscy byli wdzięczni swojemu wybawcy i zaczęli go podrzucać wiwatując na jego cześć. Tak mocno podrzucali, że… Psotkowi spadł sztuczny psi pyszczek. 


Zakończenie


Co się potem stało? Czy może polała się kocia krew? Czy psy zaakceptowały tego jednego kota jako wyjątek od reguły? A może jeszcze lepiej i zaakceptowały wszystkie koty? Albo - kto wie? - wydarzyło się jeszcze coś innego? Tego już Wam nie zdradzę. ;-) Powiem tylko, że zakończenie jest optymistyczne i przynajmniej mnie, mimo że to przecież tylko bajka dla dzieci, dało wiarę w to, że i my – ludzie – jesteśmy w stanie stanąć ponad podziałami i zaakceptować drugiego człowieka bez względu na jego kolor włosów, oczu, wagę, wzrost, kolor skóry, religię, orientację seksualną, dietę, styl ubierania się, słuchaną muzykę, itp., itd. Prawda? Powiedzcie mi, proszę, że jest to możliwe.

2. „Przepraszam, czy jesteś czarownicą?”


Druga książka – „Przepraszam, czy jesteś czarownicą?” opowiada historię bezdomnego czarnego kotka, który najbardziej na świecie pragnął być kochany i mieć swój dom. Niestety był „bardzo, bardzo czarnym kotem” i dlatego mieszkał na ulicy, i miał niewielu przyjaciół. Pierwsza strona i znów podobnie, jak w przypadku pierwszej książki bardzo poważny temat. Kwestia wykluczenia społecznego z powodu wyglądu (choć tak naprawdę może to też być każdy inny powód wykluczenia). 



Aaa!!! Czarny kot!


Oczywiście można tę kwestię analizować na poziomie kocim, że tak się wyrażę. Niestety to prawda, że czarne koty są najmniej chcianymi kotkami ze wszystkich maści. Ludzie się ich boją sama nie wiem, czy na poziomie świadomości czy podświadomości. Fakt faktem, że najtrudniej dla takich kotków znaleźć dom. Powiedziała mi o tym choćby znajoma prowadząca fundację dla bezdomnych kotów. Ja, kiedy zobaczę czarnego kota, żeby odczarować przesąd na ich temat, zawsze sobie myślę, albo nawet mówię na głos: „Och! Jaki to dobry znak! Jaki przepiękny czarny kot!”. 😊

Wykluczenie społeczne


Kwestię tę można również, albo wręcz przede wszystkim analizować na poziomie ludzkim. Przecież ten czarny kotek może być metaforą odrzuconego człowieka, który przez najróżniejsze normy społeczne został wykluczony. Kiedyś za gorsze były uznawane choćby osoby rudowłose, albo leworęczne (czyli ja 😉 ), albo te noszące okulary. Dziś w szkole powodem wykluczenia może być na przykład to, że dziecko pochodzi z biedniejszej rodziny i zostaje wykluczone przez swoich kolegów i koleżanki z klasy z powodu braku markowych ciuchów i zabawek. Ten brak domu można przecież odczytać metaforycznie jako brak przynależności do wspólnoty, a nie koniecznie jako bezdomność. Powodem wykluczenia może też być niepełnosprawność, albo tak naprawdę cokolwiek innego: chorowitość, pryszcze, itp., itd. Przykładów można mnożyć w nieskończoność. 

Książki ukojeniem


Osoby wykluczone często nie mają za bardzo wyboru i żyją w alienacji. Nierzadko z pomocą – podobnie jak dla tytułowego czarnego mruczka – przychodzą im książki: „W chłodne dni Herbert chadzał do biblioteki publicznej. Było tam ciepło i przytulnie; było też pełno dobrych książek do czytania”. Dzięki literaturze takie osoby choćby przez chwilę mogą stać się kim chcą i zapomnieć o swoim smutnym losie osoby wykluczonej. Czytając mogą znaleźć pocieszenie, a nawet praktyczne rady, jak odmienić swój smutny los. 



Encyklopedia czarownic


Tak też stało się i z kotem Herbertem. Pewnego dnia znalazł on książkę pod tytułem „Encyklopedia czarownic”, w której wyczytał, że czarownice najbardziej lubią czarne koty. 

„Gdybym spotkał czarownicę, pewnie nigdy już bym nie marzł 
i nie byłbym taki samotny! - rozmarzył się Herbert. I… 
wyruszył na poszukiwania”. 



Długo szukał. Napotkana na ulicy dziewczynka w pasiastych skarpetach czarownicą nie była. Osoba zamiatająca bruk miotłą również nie. Ani kobieta gotująca coś w wielkim, czarnym kotle. Ale kot się nie poddawał.

Zakończenie

Czy Herbertowi w końcu udało się znaleźć czarownice? Tego Wam nie zdradzę.  ;-) Powiem tylko, że również i ta książka kończy się happy endem. Daje ona więc nadzieję tym dzieciom, które czują się w jakimś stopniu wykluczone oraz uczy empatii te dzieci, które kogoś może już wykluczyły ze swojego grona. Książka daje nadzieję, że każdy może znaleźć akceptującą go grupę, że nie zawsze będzie smutny i samotny, jak kotek Herbert na początku tej książki.


Jak widzicie, obydwie opisane przeze mnie książeczki, mimo że na pierwszy rzut oka wydają się być zwyczajne, w rzeczywistości są niezwykłe i niosą z sobą bardzo ważne treści, które mogą nauczyć sporo nie tylko dzieci, ale i nas -dorosłych.



A czy Wy znacie jakieś inne książeczki o kotach, które niosą głębsze przesłanie? Jeśli tak, podzielcie się ze mną ich tytułami. Z chęcią się z nimi zapoznam. :-)


Jeśli spodobał Ci się ten wpis i chcesz być na bieżąco z moimi działaniami i niczego nie przegapić:

- obserwuj mnie na Facebooku - Mama pod prąd FB


- zaglądaj do mnie na Instagramie - Mama pod prąd Instagram
Copyright © 2016 Mama pod prąd , Blogger