niedziela, sierpnia 26, 2018

Najtrudniejsza rzecz w ciąży, czyli historia jednego imienia

Najtrudniejsza rzecz w ciąży, czyli historia jednego imienia
Nie wiem, jak Wy, ale ja uwielbiam słuchać historii o tym, dlaczego ktoś otrzymał takie imię, a nie inne. Zawsze mnie to fascynowało i wysłuchiwałam tego typu opowieści z wypiekami na twarzy. 


Historia mojego imienia


Jaka jest historia mojego imienia (a raczej imion, gdyż zarówno pierwsze jak i drugie ma tutaj znaczenie)? Nazywam się jak się nazywam tak naprawdę dzięki jednemu filmowi, na który wybrali się moi rodzice, kiedy moja mama była już w ciąży. Film ten w wersji oryginalnej nosi nic niewyjaśniający tytuł "Destinées". Natomiast, dzięki górnolotnym polskim tłumaczom tytułów filmowych, którzy jak zwykle "mocno" trzymają się oryginału, moi rodzice wpadli na pomysł jak nazwać swoją córkę. "Destinées" bowiem w wersji polskiej nosi tytuł: "Elżbieta, Joanna, Lizystrata". Prawda, że podobnie do wersji francuskiej? Różnicy prawie nie widać. ;-) 

Mój Tata zachwycił się imieniem - może zgadliście, a może nie - Lizystrata (!). Na szczęście moja waleczna Matka odpowiedziała mu słowami (oczywiście przepełnionymi miłością), że takie imię jej córka nosić będzie... po jej trupie. 


Widząc pełną emocji reakcję żony, mój wyrozumiały Tata (i zakochany mąż) porzucił czym prędzej swój oryginalny pomysł na imię dla córki i stanęło po prostu na zwykłym Elżbieta Joanna. Na szczęście. Uff... 

Jeszcze gwoli wyjaśnienia słów kilka o tym, dlaczego wspomniany film tak bardzo spodobał się moim rodzicom, że aż postanowili mnie nazwać na jego cześć. Opowiada on trzy historie rozdzielone w przestrzeni i czasie. Każda z nich dotyczy innej walecznej kobiety: Elizabeth Whitefield, Joanny d'Arc oraz Lizystraty. Elizabeth Whitefield była amerykańską wdową wojenną, która po przyjeździe do Włoch na pielgrzymkę dowiedziała się, że jej mąż spłodził syna pewnej Włoszce. Joanna d'Arc to, jak wiadomo, francuska bohaterka narodowa, która podczas wojny stuletniej poprowadziła armię francuską do kilku ważnych zwycięstw. Z kolei ostatnia z postaci - Lizystrata - była tytułową bohaterką jednej ze sztuk Arystofanesa. Kobieta ta zdołała przekonać Greczynki do zastosowania strajku seksualnego na swoich mężczyznach, aby powstrzymać ich od dalszego prowadzenia wojny. 

Może jestem waleczna i pod prąd właśnie dlatego, że noszę imiona dwóch z tych trzech wspomnianych odważnych kobiet? Kto wie. ;-)

Historia imienia mojego męża


Historia imienia mojego męża jest z deczka mniej górnolotna, żeby nie powiedzieć trochę smutna. Jego rodzice liczyli na to, że po dwóch pierwszych synach w końcu urodzi im się córka. Ale wyszło tak, jak Beckhamom oraz Janiakom za trzecim razem. Trzecie dziecko okazało się być również synem. Beckhamom "udało się" spłodzić dziewczynkę dopiero za czwartym razem. Moi teściowie nie chcieli aż tyle razy próbować. Stanęło więc... na trzech chłopakach.


Ponieważ płeć dziecka nie była znana aż do dnia porodu, możecie sobie wyobrazić, jaki był ich "zachwyt", kiedy lekarz poinformował ich, że właśnie zostali szczęśliwymi rodzicami zdrowego chłopca. "Trudno" - pomyśleli. "Urodził się chłopak, ale jakieś imię trzeba mu wybrać". No i poszli niejako na łatwiznę. Po prostu spoglądnęli w kalendarz, żeby zobaczyć, czyje imieniny wypadały w dniu narodzin ich trzeciego syna. 13 listopada w kalendarzu hiszpańskim w pierwszej kolejności obchodzi imieniny Estanislao (czyli nasz polski poczciwy Stanisław, Stasiu, Staszek). Chwała im za to, że od razu odrzucili to imię. Stanisław jeszcze jakoś brzmi, ale Estanislao?! :/ 

Kolejnym imieniem widniejącym w kalendarzu pod tą samą datą było: Diego. Przypadło im do gustu, więc tak już zostało. Ich trzeci syn z dumą więc nosi imię nie samego... Zorro, czyli don Diego de la Vegi. ;-)


O rany! Teraz czas na nas! 


Kilkadziesiąt lat po tych dwóch narodzinach, mój mąż Diego oraz ja, Elżbieta Joanna, stanęliśmy przed nie lada wyzwaniem. Trzeba było wymyślić imię dla naszego niedługo mającego się narodzić syna. Cha! Wybranie imienia wydawać by się mogło tak prostą czynnością. Otóż nie, nie i jeszcze raz niiiiieeeee! Z całej ciąży to właśnie tę kwestię pamiętam jako najstraszniejszy koszmar. Nie jakieś tam opuchnięte nogi, nie skurcze w łydkach budzące mnie po nocach, nie coraz większy brzuch utrudniający spanie w jakiejkolwiek pozycji. To wszystko to pikuś w porównaniu z wyborem imienia dla naszego pierworodnego. Nie wierzycie? No to czytajcie. Sami zobaczycie. ;-)


Zasady wyboru imienia dla naszego dziecka


Ustanowiliśmy pewne zasady, które idealne imię powinno spełniać. Być może było ich trochę za dużo. Dziesięć. Zresztą oceńcie sami: 

1) Podobne brzmienie po polsku i po hiszpańsku


Imię zarówno po polsku jak i po hiszpańsku miało brzmieć tak samo lub niemal tak samo. Dlaczego? Z bardzo prostego powodu. Nie chcieliśmy, aby hiszpańscy dziadkowie (bo siłą rzeczy prędzej oni by mieli problem z wymową) za każdym razem, gdy mieliby wypowiadać imię swojego wnuka opluwali się cali starając się wydobyć z czeluści swych gardeł dźwięcznie brzmiące polskie dźwięki takie jak dż, dź, sz, cz, ś, ć, ą, czy też ę. 



2) Podobne brzmienie imienia w języku angielskim


Dodatkowym plusem było dla nas, żeby imię naszego dziecka brzmiało podobnie w języku angielskim. Wiadomo - jest to język międzynarodowy, można wręcz powiedzieć: język sukcesu, język bez znajomości którego w dzisiejszym świecie jest się po prostu analfabetą. Jeśli nasz syn wyjedzie kiedyś za granicę lub/i stanie się sławny na świecie, nie chcieliśmy sprawiać zbytniego problemu komukolwiek za granicą z wypowiedzeniem imienia naszego syna. Wyobraźcie sobie te wykrzywione brwi i spocone czoła osoby starającej się poprawnie przeczytać imię laureata Oscara lub nagrody Nobla. ;-)

3) Niepowtarzalność imienia w naszych rodzinach do 3 pokoleń wstecz


Kolejna przyjętą przez nas zasadą była, że imię dla naszego syna nie może się powtarzać w naszych rodzinach do 3 pokolenia wstecz. Według nas, imię każdej osoby to sprawa bardzo indywidualna. Wydaje nam się trochę głupie, jak w rodzinie na przykład dziadek, ojciec, syn i wnuk mają takie samo imię. Może to przecież doprowadzić do szeregu nieporozumień, albo wręcz wykręcania się od odpowiedzialności. 

Wyobraźmy sobie choćby taką sytuację: Trwa właśnie obiad rodzinny. Cztery chłopy o tym samym imieniu siedzą sobie w najlepsze przy stole. Dajmy na to, że cała czwórka ma na imię Jan. Jakiś inny członek rodziny woła z drugiego pokoju: "Janie, proszę, podejdź i pomóż mi". Który z nich podejdzie? Będą losować, który ma się podnieść od stołu? Podejdą wszyscy? A może żaden z nich? Bo przecież wiadomo, że w grupie odpowiedzialność rozmywa się. Może dopiero palcem trzeba będzie wskazać, że to o CIEBIE, a nie o kogoś innego chodzi, że to TY masz ruszyć tyłek z kanapy. Po co więc wprowadzać sobie takie potencjalne zamieszanie w przyszłości? Najlepiej wybrać imię niepowtarzające się w rodzinie i o jeden problem mniej. ;-)


4) Imię nie bardzo popularne

Dodatkowo chcieliśmy, żeby imię naszego syna nie było obecnie zbyt popularne. Chcieliśmy mu oszczędzić choćby takiej sytuacji, że w jednej klasie nasze dziecko musi być numerowane, bo jest w niej na przykład aż 6 Jasiów: Jaś nr 1, Jaś nr 2, Jaś nr 3, Jaś nr 4, Jaś nr 5 i Jaś nr 6.

5) Brak spółgłoski "R"


Ponadto mój mąż poprosił, żeby w imieniu naszego dziecka nie występowała spółgłoska "R". Dlaczego? Ponieważ ma on problem z wypowiadaniem tego fonemu. Wymawia go, jak to się potocznie mówi, "po francusku". Mi się to niesamowicie podoba, ale on przez wiele lat miał z tego powodu kompleksy. Powiedział, że nie chciałby mieć problemów z wypowiadaniem imienia własnego dziecka. 



6) Brak negatywnych skojarzeń z kimkolwiek


Co więcej, imię nie mogło nam się źle kojarzyć z nikim z przeszłości. Tu wielkim problemem okazało się być przede wszystkim dzieciństwo mojego męża, który, jak się okazało, przez wiele lat był workiem treningowym bardziej popularnych chłopaków z podstawówki. Przez tę zasadę odpadł nam spory wachlarz możliwych imion.


7) Brak jakichkolwiek innych negatywnych konotacji


Imię naszego dziecka nie mogło też kojarzyć nam się negatywnie z żadnego innego powodu: film/serial/książka/produkt/"bo tak jakoś". ;-) Ile tu nam imion odpadło, szkoda gadać! Aż włosy mi się jeżą na same wspomnienie.

8) Pozytywne znaczenie imienia


Imię naszego dziecka nie mogło też oznaczać niczego dziwnego. Od lat nie mogę bowiem zapomnieć pewnej historii jednego imienia. Kiedyś w Hiszpanii poznałam rodziców dziewczynki o imieniu Ares. Tak, tak. Dobrze przeczytaliście - ARES. Okazuje się, że mimo że dla nas, Polaków, imię to kojarzy się raczej jednoznacznie: z greckim bogiem wojny, Aresem, synem Zeusa i Hery, dla Hiszpanów nie jest to już tak jednoznaczne. Jak to możliwe? A tak to. W Hiszpanii mitologia nie znajduje się na liście lektur szkolnych. Jeśli więc jakiś Hiszpan oprócz lektur niczego innego nie czyta, nie jest świadom, jak nazywali się greccy lub rzymscy bogowie. 

Imię Ares zostało wybrane przez tych rodziców dla swojej córeczki (!), ponieważ nieopodal ich domu leżał kościół poświęcony Maryi Ares (la Virgen de Ares). Dziecko okazało się jednak tak problematyczne i niespokojne, że przerażeni rodzice zaczęli poszukiwać ukrytych znaczeń wybranego przez nich imienia. Domyślacie się, co odkryli. Tararara! Bóg wojny, Panie i Panowie. Kurtyna.



9) Brak silnych konotacji biblijnych


Nie chcieliśmy też, aby nasz syn nazywał się Mojżesz, Izaak, Abraham, czy też Jezus (imię Jesús jest w Hiszpanii bardzo popularne). Nie jesteśmy osobami religijnymi, choć nawet nie o to chodziło. Dla nas po prostu takie imiona brzmią dość... staroświecko. 



10) Ładne w brzmieniu


Chcieliśmy również, aby wybrane przez nas imię po prostu ładnie brzmiało. Przecież imię zostaje z człowiekiem na całe życie. No chyba, że ktoś postanowi je zmienić, jak to na przykład zrobiła jedna z bohaterek serialu "Przyjaciele", Phoebe. Pewnego dnia Phoebe przerejestrowała się w urzędzie na Princess Consuela (Księżniczka Konsuela). To jednak jak by nie było fikcyjne "książęce" imię przypomina mi z kolei inne, prawdziwe niezwykle dziwaczne imię. Jedna z uczestniczek programu, jaki swego czasu oglądałam w telewizji nazywała się... Queen Precious Jewel Earth Zabriskie (Królowa Drogocenny Klejnot Ziemi Zabriskie). Cha! Cudne cudeńko, czyż nie? W porównaniu z nim Princess Consuela może się schować!






Etapy poszukiwań imienia:


Proces poszukiwania tego jedynego imienia dla naszego syna był chyba bardziej męczący od poszukiwania zaginionej Arki przez samego Indiana Jonesa. 


Brzmiące podobnie, ale...



Po pierwsze okazało się, że bardzo, bardzo niewiele imion męskich brzmi tak samo albo podobnie po polsku i po hiszpańsku. Udało nam się znaleźć pięć podobnych imion: Antoni, Daniel, Dawid, Adam i Alfons. Trzy z nich są dość popularne w obydwu krajach: Antoni (Antonio), Daniel (Daniel) oraz Dawid (David). Imiona Adam (Adán) oraz Alfons (Alfonso) są już trochę rzadsze. Jednak przy każdym z nich było jakieś ale.


Antoni:



Antoni odpadł z wielu powodów. Zarówno jeden z moich dziadków jak i mojego męża tak miał na imię. Ponadto jest to drugie imię z łączonego imienia średniego brata mojego męża (Juan Antonio). Co więcej, za dużo tych Antosi jest już w Polsce i najprawdopodobniej w klasie nasz syn musiałby być numerowany. Czworo z naszych znajomych nazwało już tak swoje dzieci. Żeby tego było mało, mojemu mężowi imię Antonio kojarzy się ze staruszkiem. Mąż powiedział, że jak słyszy imię Antonio, to przed oczami widzi 80-letniego mężczyznę siedzącego przed swoją chałupą. Pewnie fakt, iż jego dziadek miał na imię Antonio ma tu coś do rzeczy. ;-)

Antonio Cuccittini, dziadek ze strony matki Lionela Messiego - czyli jednak racja z tym starszym panem siedzącym przed swoją chałupą. ;-)

Daniel:



Imię Daniel również odpadło, ponieważ po pierwsze nasi znajomi tak już nazwali swojego synka, który urodził się jedynie kilka miesięcy przed naszym. A po drugie - nic na to nie poradzę - jakkolwiek bardzo podoba mi się imię Dani w języku hiszpańskim, po polsku Daniel kojarzy mi się tylko z jednym... jeleniem (danielem).

Daniel na polanie


Dawid:


Imię Dawid bardzo nam się podobało, jednak nie zdecydowaliśmy się na nie, ponieważ mamy dobrego przyjaciela o takimi imieniu i, mimo że nam się ta osoba bardzo dobrze kojarzy, to tylko z nim utożsamiamy to imię. Tak już się przyzwyczailiśmy, że David to ta konkretna osoba i trudno byłoby nam to zmienić.

Adam:


Mimo że wersja polska i hiszpańska tego imienia brzmią podobnie, pojawiły się z nim aż trzy problemy. Po pierwsze posiada ono silne konotacje biblijne, po drugie nie za bardzo podoba nam się brzmieniowo, a po trzecie, gdyby nasz syn się tak nazywał, miałby trochę przekichane dzieciństwo, bo jego imieniny wypadałyby przecież w samą Wigilię, czyli o jedno świętowanie mniej.

Alfons:


Alfonso (po polsku Alfons). Jakkolwiek imię to po hiszpańsku nie ma żadnych negatywnych konotacji oraz spełnia prawie wszystkie z naszych wytycznych, ma  niestety jedną wielką wadę w języku polskim. Przestępcy trudniący się sutenerstwem potocznie nazywani są przecież nie inaczej jak alfonsami właśnie. 

Jak później jeszcze doczytałam, to określenie pochodzi od głównego bohatera powieści Aleksandra Dumasa (syna) pod tytułem "Monsieur Alphonse", której tytułowy bohater trudnił się tymże właśnie procederem. Dziękuję Ci, Aleksandrze Dumasie. :/



Pięć pierwszych imion przekreślonych, ale szukaliśmy dalej.

Ładne i znane imiona jednak brzmią inaczej

Postanowiliśmy się przyjrzeć kilku ładnym i znanym imionom. Niestety każde z nich brzmiało zupełnie inaczej po polsku i po hiszpańsku:


Paweł - Pablo

Piotr - Pedro (plus odpada, bo ma R)


Jan - Juan (plus odpada, bo już trzykrotnie występuje w rodzinie męża)

Aleksander - Alejandro (plus odpada, bo ma R)

Jakub - Jacobo/Santiago (plus odpada, bo na Diego w mojej rodzinie czasem mówi się Jakub. Dlaczego? Ponieważ imię Diego wywodzi się z imienia Jakub).


Mikołaj/Nicolas - to imię niestety kojarzy nam się tylko i wyłącznie ze Świętym Mikołajem, niby pozytywnie, ale jednak dziwnie, plus byłby podobny problem z imieninami, jak przy imieniu Adam. Wypadałyby w tym przypadku w Mikołajki. Czyli również jeden prezent w plecy.

Przekreślone kolejne sześć imion, ale walczymy dalej.

Dla chłopczyka czy dziewczynki?


Dominik i Kamil. Również i z tymi dwoma ładnymi imionami męskimi w języku polskim okazał się niemały problem. Kiedy mój mąż usłyszał ich brzmienie, myślał, że chodzi o imiona dla... dziewczyn. Po hiszpańsku imiona te mają bowiem końcówkę "o" (Domingo oraz Camilo). Bez niej spokojnie mogą uchodzić za imiona dziewczęce. Odpuściłam więc. Może kiedyś będziemy mieszkać w Hiszpanii. Nie chciałabym, by z mojego dziecka śmiano się, że ma "dziewczyńskie imię".

Pa pa, kolejne dwa imiona!

Inne imiona z dziwnymi skojarzeniami:


A teraz pora na listę imion niby OK, ale które nam się dziwnie kojarzą:

Imiona dziwnie kojarzące się mojemu mężowi:


Kacper:


W pewnym momencie spodobało mi się to imię, ale zostało całkowicie odrzucone przez mojego męża, który stwierdził, że jego syn nie będzie nosić imienia... ducha (!). Jak się okazuje chodziło mu o popularnego duszka Kacperka, który mimo że sympatyczny, jest jednak duchem, w jakiego chłopiec o imieniu Kacper przeistoczył się po śmierci w bardzo młodym wieku. 






Damian:

To imię wydało mi się proste do wymówienia i napisania przez Hiszpanów, no i ładnie brzmiące. Niestety również co do niego mój mąż miał poważne obiekcje. Powiedział, że nie chciałby, żeby jego syn nosił imię... syna diabła (!). Moje zdziwienie było pewnie co najmniej tak wielkie, jak Wasze teraz, czytających te słowa. Że co???!!! Otóż okazało się, że imię Damian skojarzyło się mojemu mężowi jednoznacznie z Damienem, bohaterem horroru "Omen" z 1976 roku. W tymże filmie rzeczywiście bohater miał na imię Damien i miał być synem szatana... Ehem... No, thank you. Temu imieniu już podziękujemy.





Patryk:


To kolejne imię, jakie zaproponowałam mężowi. Ale również i ono zostało momentalnie przez niego odrzucone. Dlaczego? Ze względu na postać Patryka Rozgwiazdy z serialu animowanego dla dzieci "SpongeBob Kanciastoporty". Z jakiego powodu? Niby taki sympatyczny bohater. Może i sympatyczny, ale bardzo, bardzo głupi. Mój mąż z tego tylko powodu powiedział nie. A jeśliby ta głupota przeszła na nasze dziecko, zapytał?* 

Nie to nie. Przecież obydwoje musimy się zgodzić na imię. Szukaliśmy więc dalej.

* Może i rzeczywiście czasem głupota z Patryka Rozgwiazdy przechodzi na jakiegoś ludzkiego Patryka. Spójrzmy choćby na obecnie często pojawiającego się w mediach Patryka Jakiego... ;-)



A teraz lista imion, które z kolei mnie się dziwnie kojarzą:

Feliks:

Nic na to nie poradzę. Kiedy słyszę imię Feliks, widzę... puszkę orzeszków solonych, a mojego syna wyobrażam sobie tak:





Hugo:


Hugo, a wraz z nim kolejny problem skojarzeniowy. Jakkolwiek bym się nie starała, widzę perfumy Hugo Boss, a mój syn w mojej wyobraźni wygląda tak:





Maks:



Kolejne problematyczne imię. Jakkolwiek nie mam wątów co do imienia Maksymilian, to jego zdrobnienie kojarzy mi się jednoznacznie. Z psem. Znam po prostu więcej psów o takim imieniu niż ludzi. A syna w swojej wyobraźni maluję o tak:





Ludwik:



Kolejne niby ładne imię, ale za każdym razem, kiedy je słyszę, widzę... płyn do mycia naczyń, a mój syn wygląda tak:





W ten sposób podziękowaliśmy kolejnym siedmiu imionom.

Usilne główkowanie


Wtedy wkroczył do boju mój mąż i zaczął główkować. Problem w tym, że główkował aż za nadto. Zresztą sami zobaczcie. Oto niektóre z jego sugestii:


  • Boromir
  • Achilles
  • Zeus
  • Apollo


Mąż stwierdził, że to imiona pełne siły, że brzmiałyby niesamowicie choćby w kontekstach szkolnych: "Achilles, do tablicy!". Moja reakcja na powyższe propozycje? Taka jak mojej mamy na sugestię, żebym ja nazywała się Lizystrata. Słowami przepełnionymi miłością odpowiedziałam mężowi, że... po moim trupie. ;-)






Wszystko pięknie tylko ten Fernández


Aha, co jeszcze? Okazało się, że musimy zwrócić również uwagę na nazwisko męża (Fernández). Wiele imion męskich w połączeniu z Fernández brzmiało co najmniej komicznie. Mniej więcej tak jak poważnie brzmią imiona Brooklyn, Chicago West, czy Blue Ivy. A, wiecie, nie chcieliśmy, żeby nasze dziecko nienawidziło nas przez wybrane dla niego imię. Z tego też powodu odpadło Fernando Fernández. ;-)



Ach ten Internet!


Stres narastał. Mijały tygodnie, które zamieniały się w miesiące, a my nic. Zero pomysłów! Chyba pantofelek by szybciej coś wymyślił!



W pewnym momencie nawet zaczęliśmy szukać natchnienia w Internecie. Ile czasu poświęciliśmy na przeszukiwanie obszernych list imion zawieszonych gdzieś w wirtualnym świecie! Och! I na jakie rodzynki natrafiliśmy! Oto kilka z nich:

  • Gniewomir
  • Cierpisław, 
  • Dobiegniew, 
  • Falosław, 
  • Rościsław
  • Rogacjan 
  • Krzesimir 
  • Gryżyżwir 
  • Jaromir
  • Lubomir

Mój mąż przy każdym z takich imion pękał ze śmiechu i błagał mnie o zgodę na wybranie takiego imienia dla naszego dziecka. Chyba jesteście sobie w stanie wyobrazić mniej więcej, jak za każdym razem brzmiała moja odpowiedź? "Kochanie mój najdroższy, NIE KU**A!!!"

Gdzie nic nie pomaga, pomoże literatura


Wtedy przypomniałam sobie słowa jednej z moich Cioci, która powiedziała mi kiedyś, że jej mamie w wyborze imion zawsze przychodziła z pomocą literatura. Ponieważ Internet nas zawiódł, zwróciłam się więc ku książkom. 


Dorian?


Jedna z moich ulubionych powieści to "Portret Doriana Graya" autorstwa Oscara Wilde’a. Imię Dorian bardzo, bardzo nam się spodobało. Niestety zostało ono zmiażdżone falą krytyki naszych przyjaciół. Imię owszem może i piękne, ale jego znaczenie już trochę mniej. Przecież Dorian to klasyczny przykład osobowości narcystycznej. Pamiętając historię dziewczynki o imieniu Ares zdołałam się przekonać (choć nie było łatwo), że to jednak nie imię dla mojego dziecka. Tak na wszelki wypadek lepiej nie ryzykować, co nie?



Bastian?


W lipcu były moje urodziny.  Jednym z prezentów, jakie z tej okazji otrzymałam, była powieść "Nie kończąca się historia" autorstwa Michaela Ende. Film na jej podstawie znałam bardzo dobrze, natomiast zawsze chciałam przeczytać powieść, na której przecież bazował reżyser. Dopiero podczas lektury tej książki przypomniałam sobie, że główny bohater miał na imię Bastian. To imię to była po prostu miłość od pierwszego wejrzenia. Mój mąż też był nim zachwycony. 



Ale wtedy ponownie nadeszła krytyki otoczenia. Że dlaczego takie dziwne? Że nie polskie. Że dziecko będzie mieć problemy w szkole. Że będą się z niego wyśmiewać. Że my to nie Wielka Brytania, gdzie można swoje dziecko nazwać choćby i Anakin, i nie będzie miało nieszczęśliwego życia z powodu szyderstw kolegów i koleżanek z klasy. W Polsce społeczeństwo jest o wiele bardziej staroświeckie i nie skore do zmian nawet tych dotyczących imion - mówili mi.

Nie byłam jednak do końca przekonana aż do momentu, kiedy w jednym z internetowych podsumowań pod tytułem "Jak nie nazywać swoich dzieci" znalazłam imię Bastian. To mnie ostatecznie przekonało, żeby nie nadawać takiego imienia swojemu synowi. 


Eureka! Jeśli nie Bastian to Se-Bastian!


Wtedy dopiero wpadłam na ostateczny pomysł. Rany! Jeśli nie Bastian to przecież może być SEBASTIAN! To imię różni się przecież od Bastiana tylko dwoma dodatkowymi literami. Plus zawsze mogę je zdrobnić do Bastiana. Co więcej, imię Sebastian spełniało WSZYSTKIE 10 punktów imienia idealnego:

1) Podobne brzmienie po polsku i po hiszpańskupo hiszpańsku imię brzmi podobnie (Sebastián), jedynie jest inaczej akcentowane.

2) Podobne brzmienie imienia w języku angielskim - po angielsku to po prostu Sebastian.

3) Niepowtarzalność imienia w naszych rodzinach do 3 pokoleń wstecz - ani u Diega, ani u mnie nigdy nie było Sebastiana w rodzinie.

4) Imię nie bardzo popularne - imię to nie pojawia się w pierwszej dziesiątce najpopularniejszych imion z ostatnich lat.

5) Brak spółgłoski "R" - nie ma w tym imieniu litery R.

6) Brak negatywnych skojarzeń z kimkolwiek - nie znamy osobiście żadnego Sebastiana; jedynie mini negatywne skojarzenie mojego męża to takie z pilotem Formuły 1 Sebastianem Vettelem, za którym nie przepada.
Jeśli natomiast chodzi o skojarzenia z postaciami fikcyjnymi, tutaj mojemu mężowi imię Sebastian skojarzyło się bardzo pozytywnie... z sympatycznym krabem Sebastianem z Małej Syrenki. ;-)



7) Brak jakichkolwiek innych negatywnych konotacji - przynajmniej dla nas brak; nie kojarzy nam się źle z żadnym produktem czy filmem.

8) Pozytywne znaczenie imienia - jak to wyczytałam, imię Sebastian oznacza: dostojny, czcigodny, znakomity. Jednym słowem i tu nie ma się do czego przyczepić.

9) Brak silnych konotacji biblijnych - okazuje się, że imię Sebastian jest pochodzenia greckiego, od słowa sebastos, co oznacza człowieka ogólnie szanowanego lub mieszkańca Sebasty.

10) Ładne w brzmieniu - mnie osobiście brzmienie tego imienia bardzo się podoba zarówno w wersji podstawowej, Sebastian, jak i jego różne formy i zdrobnienia: Sebastianek, Sebuś, Sebek, Bastian, Bastuś, Bastek.

10 punktów na plus, czyli innymi słowy, habemus nomen!!! Sebastian!!!

Grażyny, Janusze i... Seby?!


Minęło kilka miesięcy. Nazsz syn był już na tym świecie. Wtedy przez przypadek dowiedziałam się, że imię Sebastian w języku potocznym oznacza ni mniej ni więcej jak dresa, pieszczotliwe zwanego przez mojego męża tzw. "kurwa boyem". Znane mi było wcześniej prześmiewcze określenie na Polaka pijącego piwo i noszącego skarpetki do sandałów, charakteryzującego się małomiasteczkowością, ignorancją oraz świętym przekonaniem, że wie lepiej - Janusza - oraz na Polkę nie grzeszącą inteligencją, kochającą zakupy i plotkowanie - Grażynę. Jednak nie wiedziałam, że owocem ich miłości jest ogolony na łyso osiedlowy cwaniak i dresiarz Sebastian, częściej zwanym Sebą lub Sebixem.

Wtedy doszłam do wniosku, że nie istnieje chyba coś takiego jak imię idealne. Zawsze coś się znajdzie. :P


No cóż. Ja tam na swojego syna Sebix ani Sebo mówić nie będę. ;-) I raczej marne też szanse, żeby w przyszłości wyrósł na Janusza. ;-) 


Dla mnie Sebastian to Bastian, dziecko pełne wyobraźni, dobroci i odwagi. To mój najukochańszy syn.


A czy Wy mieliście też tyle problemów przy wyborze imienia dla swojego dziecka? ;-)

czwartek, sierpnia 23, 2018

"Powiedz komuś!", czyli kompendium wiedzy o trudnych sprawach

"Powiedz komuś!", czyli kompendium wiedzy o trudnych sprawach
Osoby, które śledzą mój blog z pewnością zauważyły, że jeśli chodzi o książki dla dzieci, preferuję pozycje nazwane przeze mnie - analogicznie do mojego bloga - "pod prąd", czyli te podejmujące trudniejsze tematy niż zwykłe książeczki dziecięce. Wszystkie dotychczasowe recenzje książek pod prąd możecie znaleźć pod tym linkiem

Książka, o której chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć, mimo swojej niewielkiej grubości, jest tak obszerna tematycznie, że będzie dla mnie nie lada wyzwaniem streścić ją w jednym poście. Choć przecież do odważnych świat należy, czyż nie? Wobec tego spróbuję. :-)


środa, sierpnia 08, 2018

Ekologiczne mycie zębów... oraz czekolady Fairtrade ;-)

Ekologiczne mycie zębów... oraz czekolady Fairtrade ;-)
Dziś będzie trochę o ekologii. Dawno bowiem nie było u mnie wpisu o tej tematyce, a, jak wiecie, jest mi ona bardzo bliska. Powoli w moim domu staram się wykluczyć nienaturalne kosmetyki oraz środki do czyszczenia. Pisałam już o tym kilka razy: 





czwartek, sierpnia 02, 2018

Kocham = nie biję, czyli o (nie)winnych klapsach

Kocham = nie biję, czyli o (nie)winnych klapsach
Dzisiejszy post będzie poważny. Nie będzie w nim miejsca ani na odrobinę humoru, czy przymrużenie oka. Temat jest bowiem nie do żartowania, a jest nim bicie dzieci. :-(


Pasek - mój syn będzie go kojarzyć tylko jako fajną zabawkę.

czwartek, lipca 19, 2018

Gadżety dla niemowląt - część 2

Gadżety dla niemowląt - część 2
Jakiś czas temu napisałam na blogu pierwszą część artykułu na temat gadżetów dla niemowląt. W tamtym wpisie wspomniałam między innymi o ogólnym szale zakupów we współczesnym świecie, o kupowaniu mnóstwa zupełnie niepotrzebnych rzeczy, o strachu świeżo upieczonych rodziców przed pójściem z torbami po narodzinach dziecka oraz równocześnie o odczuwanej niepewności, czy aby ich dziecko na pewno ma wystarczającą ilość "niezbędnych" mu do szczęścia gadżetów. Jednak, jak się okazuje, kiedy kupuje się z głową, posiadanie dziecka naprawdę nie jest tak bolesne ani dla naszej kieszeni, ani dla psychiki naszego dziecka. 

Nie dajmy się też omotać sklepom z zabawkami! Z ciekawości weszłam choćby na stronę internetową chyba jednego z bardziej znanych sklepów dla dzieci - Smyk. Zaznaczyłam, że interesują mnie zabawki dla dzieci w przedziale wiekowym 12-18 miesięcy. Zgadnijcie, ile produktów znalazła dla mnie wyszukiwarka sklepu?... 2094 (!!!) Przecież to istne szaleństwo!


Niemożliwe! Aż tyle!!!???

Im więcej zabawek, tym większa miłość?

Kilka dni temu ponownie rozmawiałam ze swoim mężem na temat naszego dzieciństwa. Wspominaliśmy nasze zabawki. Mój mąż, który z racji swojej narodowości, nie miał "przyjemności" wzrastać w czasach komunizmu, powiedział, że miał niemal każdą z dostępnych wtedy zabawek na rynku. Można sobie pomyśleć: "Ale szczęściarz! Miał wszystko, nie tak jak my tutaj wtedy w Polsce". Otóż nie. Nic bardziej mylnego. Zaraz potem bowiem dodał ze smutkiem w głosie: "Brakowało najważniejszego: czasu spędzonego z rodzicami i ich miłości". Techniką moich teściów było bowiem kupowanie masy zabawek. Oni sami praktycznie nigdy się z dziećmi nie bawili. Nawet mama, która nie pracowała zawodowo. Dzieci po prostu miały sobie same organizować czas i nie przeszkadzać dorosłym. A zabawki miały w tym rodzicom pomagać. 

A jak wygląda sytuacja we współczesnym świecie? Obecnie niemal w każdej rodzinie pracuje obydwoje rodziców. I to nie do 14:00 czy do 15:00, jak to było kiedyś, ale często do 17:00, jeśli nie dłużej. Dlatego, chcąc zrekompensować swoim dzieciom brak ich osoby na co dzień, rodzice kupują im coraz to nowsze zabawki. A to przecież nie o to chodzi! Żadna rzecz nie zastąpi rodzica i chwil, jakie poświęca swojemu dziecku. Jeśli nie macie czasu w tygodniu (choć nie wierzę, że nie znajdzie się choćby pół godziny na zabawę), to pozostają Wam przecież jeszcze weekendy. Można je wtedy przeznaczyć tylko na dziecko. Dobrym pomysłem jest odstawić na bok komórkę czy też komputer firmowy, nie włączać telewizora, zorganizować rodzinną wycieczkę, czy też pobawić się z dzieckiem nawet w domu, ale w to, o co nas poprosi. 

Najważniejszy jest czas, czas i jeszcze raz czas spędzany aktywnie z dzieckiem, a nie przy dziecku robiąc coś innego. Dlatego proponuję, żeby przestać się skupiać na kupowaniu zabawek, w które nasze dziecko będzie się bawić w pojedynkę, a zacząć myśleć o tym, jak moglibyśmy po prostu spędzić z nim czas. Albo przynajmniej kupując zabawki zastanówmy się, czy będziemy w stanie uczestniczyć w danej zabawie. Dobrą opcją są choćby różne gry planszowe dla całej rodziny.

Pierwszy post na temat gadżetów napisałam zanim mój syn ukończył rok życia. W tym momencie ma już kilka miesięcy więcej (dokładnie rok i cztery miesiące), więc w międzyczasie nabył szereg nowych umiejętności i po prostu łatwiej mu jest się teraz bawić (również czasem samodzielnie - ku radości zmęczonego rodzica ;-)). Bo pozwalanie dziecku na samotną zabawę od czasu do czasu oczywiście nie jest złe. 


Najlepsze zabawki to nie-zabawki


Jednakże mój syn dalej od zabawek kupowanych woli rzeczy codziennego użytku i to one najdłużej przykuwają jego uwagę. Co więc teraz jest na topie?


1. plastikowe pudełka na żywność


Obecnie numerem jeden są wszelkiego rodzaju plastikowe pudełka na żywność, które Sebastian potrafi otwierać i zamykać po setki razy. Nie ma to jak szlifowanie nowo nabytych umiejętności manualnych. ;-)




2. małe garnuszki z pokrywkami


Bardzo również podobają mu się wszelkiego rodzaju małe garnuszki i dopasowywanie do nich pokrywek. 


3. wieczka od słoików


Kolejnym niezmiernie absorbującym dla niego zajęciem jest wsadzanie i wyjmowanie wieczek od słoików z wysokiego naczynia. 





4. słoiczki po kremach


Sebastian uwielbia też odkręcać różnego rodzaju słoiczki. Dla bezpieczeństwa daję mu do zabawy puste opakowania po kremach do twarzy. Większość z nich jest albo plastikowa, albo wykonana z bardzo grubego i odpornego na uderzenia szkła. Sebastian potrafi siedzieć przy takich pojemniczkach nawet i po pół godziny. W ogóle mu się to nie nudzi. Przecież każdą nakrętkę najpierw trzeba odkręcić, a potem zakręcić. Ćwiczone w ten sposób zdolności manualne można z pewnością zaliczyć już do tych z etykietą "wyższej szkoły jazdy". ;-)


5. tuby i tubki wszelakie


Kolejną wspaniałą "zabawką" są wszelkiego rodzaju tubki, przez które można mówić niczym przez megafon. 



6. stary portfel i karty


Genialnym pomysłem było też podarowanie Sebastianowi mojego starego portfela, do którego włożyłam najrozmaitsze nieużywane karty plastikowe. Po pierwsze przestał się interesować moim obecnym portfelem, więc ryzyko, że nagle zaginie moja karta do bankomatu, albo mój dowód osobisty zostało zażegnane. ;-) A po drugie, zabawa w wyjmowanie i wkładanie kart do przegródek portfela jest nie tylko czasochłonna, ale również niesamowicie rozwija zdolności manualne małego człowieka.


7. kartonowy statek kosmiczny

I jeszcze jedna zabawka z niczego: kartonowy statek kosmiczny. Karton, nożyczki, pisak, trochę wyobraźni i gotowe! Oprócz świetnej zabawy, jest to przede wszystkim czas spędzony z tatą. Napędem tego statku bowiem są ramiona taty właśnie. ;-)



8. plastikowe klucze

Jaka kolejna zmiana nastąpiła przez te kilka miesięcy? Po etapie niesamowitej fascynacji możliwością otwierania i zamykania wszelkiego rodzaju szafek, przyszła kolej na drzwi oraz zainteresowanie niesamowitym przyrządem służącym do ich zamykania i otwierania. Dziecko cały czas bacznie obserwuje swoich rodziców, szybko więc przyuważy, że dorośli często używają kluczy. Kiedy spostrzegł to Sebastian, postawił sobie za punkt honoru zdobycie tego wynalazku. Niestety małe dzieci badają rzeczy biorąc je do buzi, a prawdziwe klucze są po pierwsze bardzo twarde, a po drugie najzwyczajniej w świecie brudne. Wspaniałą alternatywą dla nich stały się plastikowe klucze, które były dodatkiem do jednej z jego wcześniej już otrzymanych zabawek. Kiedy mój syn był bardzo mały, obawiałam się, że tymi kluczami może sobie wręcz wyrządzić krzywdę. W tym momencie ryzyko urazu jest już niewielkie, natomiast ogrom radości, jakie mu one sprawiają, nie do opisania. Najpierw w towarzystwie babci próbował przekręcać je w zamku w drzwiach od kuchni.



Następnie zaczął szukać najrozmaitszych otworów znajdujących się już na jego wysokości, do których pasowałyby te kolorowe klucze. Padło na Ikeowego łosia na biegunach, jakiego jakiś czas temu udało mi się dopaść za bezcen na olx. Łoś był bardzo krótko w normalnym użyciu. Bujanie się na siedząco Sebastianowi wydało się chyba zbyt "z prądem", a on przecież jest synem Mamy i Taty pod prąd. Wygląda na to, że o wiele ciekawsze jest choćby wkładanie do oka łosia wspomnianych plastikowych kluczy.



A jaki jest koszt tych wszystkich wymienionych powyżej wypasionych zabawek? Zero złotych (!), gdyż z pewnością macie je już w domu, co najwyżej jeszcze nigdy te przedmioty nie były użyte w taki sposób.


Kupne hity!


Jeśli chodzi natomiast o najnowsze kupne hity, bo od ostatniego wpisu pojawiło się kilka (bynajmniej nie jakiś ogrom) nowych rzeczy wśród gadżetów mojego syna, to można do nich zaliczyć z pewnością:

- drewniana skrzyneczka w kształcie domu z puzzlami z serii Mula z Ikei



Kiedy byłam mała, miałam podobną zabawkę i do dziś pamiętam ją z rozrzewnieniem. Bardzo ją lubiłam. Niesamowitą dumą napawa mnie patrzenie na mojego syna, jak z tygodnia na tydzień coraz lepiej radzi sobie z wkładaniem klocków o różnych kształtach do odpowiednich otworów. Na początku udawało mu się to tylko z kołem, teraz praktycznie już ze wszystkimi. Czasem tylko z małą pomocą mamy. ;-)

- drewniany pociąg z klockami

Ile radości sprawia Sebastianowi rozkładanie, a raczej rozwalanie pociągu na składniki pierwsze (czyli pojedyncze klocki) i następnie zakładanie klocków na odpowiednie kołki. Efekty końcowe zwykle przypominają oczywiście pociąg namalowany przez Pabla Picasso. ;-)

- drewniana gra z kostką marki Playtive

Tutaj zabawa też jest przednia, choć efekt końcowy nie przypomina jednokolorowych górek z krążków, a raczej asymetryczne i wielobarwne konstrukcje. Ale czyż tak nie jest ciekawiej? ;-)



- zestaw drewnianych klocków marki Playtive

Za budowanie wież z klocków Sebastian jeszcze się nie zabrał, ale za burzenie takich konstrukcji i owszem. Nie ma to jak podbiec z drugiego krańca pokoju do ogromnej wieży i z całych sił krzyknąć "bam" burząc tę konstrukcję. ;-)

Warto dodać, że wszystkie wyżej wymienione zabawki były prezentami, tak więc, my, rodzice, nie ponieśliśmy z ich zakupem żadnych kosztów. Warto o tym pamiętać. Większość zabawek Wasze dziecko dostanie po prostu od rodziny i znajomych. Z pewnością pomożecie zarówno innym jak i sobie mówiąc, czego potrzebujecie w danym momencie. Wiele osób bowiem nie ma pojęcia, co podarować i zwykle skłania się ku ubraniom, które, według mnie, są akurat najmniej potrzebne rodzicom, gdyż dziecko zawsze już coś z ubrań ma.

Plastic is not fantastic :-(


Zabawkami sugerowanymi przez producentów dla aktualnej grupy wiekowej mojego syna są głównie zabawki plastikowe na baterie, wydające najprzeróżniejsze dźwięki i ze światełkami w najrozmaitszych kolorach. Chyba już kiedyś Wam wspomniałam, że nie trawię tego typu plastikowych zabawek, prawda? Bardzo podoba mi się tutaj podejście już wielokrotnie cytowanej na łamach tego bloga Mayim Bialik. W swojej książce "Nie tylko chusta" napisała: "Nie mamy żadnych zabawek na baterie. Jeśli dostajemy je w prezencie, oddajemy je komuś innemu albo pozwalamy, by baterie się wyczerpały i nie kupujemy już nowych. Mówimy naszym synkom: "Baterie się wyczerpały!", a oni chwilę na nas patrzą, po czym wracają do zabawy. Jasno daliśmy do zrozumienia rodzinie i przyjaciołom, że wolimy drewniane zabawki i nie chcemy gromadzić zbyt wielu gadżetów". 

Jednym słowem nie miał racji zespół Aqua śpiewając, że "Life in plastic, it's fantastic". :P




Dlaczego jestem tak negatywnie - możecie pomyśleć - nastawiona do zabawek na baterie oraz ogólnie do plastikowych gadżetów? Ponieważ zabawki głośne i świecące są po prostu drażniące nie tylko nas rodziców, ale przede wszystkim tego malutkiego człowieka, który otrzymuje już wystarczającą ilość stymulacji z kontaktu ze światem zewnętrznym. Po co dodawać mu jeszcze więcej bodźców? Często efektem zbyt długiej zabawy tego typu gadżetami może być nadpobudliwość, albo wręcz przeciwnie, nadmierna cichość i wycofanie. 

A plastiku ogólnie rzecz biorąc nie lubię ze względów ekologicznych. Zdjęcia takie jak to poniżej - przedstawiające zaśmiecone oceany - pochodzą nie z wirtualnych wizualizacji przyszłości, ale przedstawiają niestety teraźniejszość. Jeśli w tym momencie jest już tak źle, to z czasem sytuacja raczej się nie polepszy, tylko pogorszy. Nie chcę być kolejną osobą dokładającą się do tego procederu niszczenia naszej planety, na której przecież będzie żyło też moje dziecko, a może i wnuki, prawnuki, etc. Z pro-ekologicznych przyczyn używam również pieluch wielorazowych, robionych własnoręcznie środków do czyszczenia oraz naturalnych kosmetyków.


źródło: www.huffingtonpost.com
Jakie zmiany nastąpiły jeszcze u mojego syna przez te ostatnie kilka miesięcy? Sebastianowi również coraz łatwiej idzie przewracanie stron, więc może oglądać coraz więcej książek bez ich natychmiastowego niszczenia. Ponadto od mojego ostatniego wpisu na temat ciekawych książeczek dla niemowląt, udało mi się znaleźć kilka jeszcze fajniejszych książeczek dla najmłodszych. Ale o tym niebawem na blogu. :-)

A jakimi rzeczami codziennego użytku bawią się lub bawiły się w tym wieku Wasz dzieci?
Copyright © 2016 Mama pod prąd , Blogger