poniedziałek, maja 14, 2018

Zmowa milczenia

Zmowa milczenia

Dwie grupy ludzi


Ludzi można symbolicznie podzielić na dwie grupy (nie bójcie się nie będzie o lepszym i gorszym sorcie ;-) ). Na grupę bez dzieci  i grupę dzieciatych. Ta pierwsza jest otwarta dla wszystkich. W końcu najpierw każdy z nas do niej przynależy. Jednak po pewnym czasie niektórzy (ci wybrani?) przechodzą do tej drugiej grupy, do grupy zamkniętej i pełnej tajemnic, ale jakże kuszącej - do grupy dzieciatych... 

Kiedy myślę o procesie oczekiwania na przejście z pierwszej grupy do drugiej, przychodzi mi na myśl fragment filmu "Wyspa" z 2005 roku. Nie wiem, czy go oglądaliście. Jeśli nie, to bardzo go Wam polecam. Widzimy w nim dużą grupę osób żyjących w zamkniętej futurystycznej rzeczywistości. Ci ludzie mają tylko i wyłącznie jedno marzenie, a jest nim bycie wylosowanym w pewnym konkursie. Nagrodą jest przeniesienie na wyspę będącą ostatnią pozostałością po raju na Ziemi. Wybrana osoba, zachwycona swoim niesamowitym szczęściem, oklaskiwana przez całą resztę, promienieje, słysząc takie oto słowa: "Twój czas nadszedł. Przenosisz się na wyspę". Cała reszta natomiast usłyszy: "Pozostali niech nie tracą nadziei. Twój czas nadejdzie". 



Czy nie jest to trochę tak, jak z zajściem w ciążę (tę chcianą oczywiście)? Kiedy robisz sobie test ciążowy i w końcu widzisz te wymarzone dwie kreski, skaczesz i płaczesz z radości, a wszyscy naokoło Ci gratulują. Ci natomiast, co o dziecko się starają, ale w ciążę jeszcze nie zaszli słyszą, żeby nie tracili nadziei, że ich czas też przyjdzie, że trzeba po prostu przestać się stresować i nastawić pozytywnie.

Dlaczego przed chwilą porównałam przejście z pierwszej grupy do drugiej do filmu "Wyspa"? Nie tylko przez analogię przejścia jako spełnienia najwspanialszych marzeń. Oj nie! Bynajmniej. Porównałam zostanie rodzicem z byciem wylosowanym do przejścia na "wyspę", ponieważ, ta radość, ta ekscytacja, ta euforia, to wspaniałe, a jakże ulotne uczucie nijak się ma do tego, co nadejdzie potem. Rzeczywistość jest bowiem często brutalna i, co trzeba zaznaczyć, skrzętnie ukrywana. Po tej drugiej stronie, czyli kiedy stajesz się rodzicem, bynajmniej nie jest tak wspaniale, jak Ci wcześniej mówiono. Uwaga, teraz będzie spoiler! ;-) Może nie jest tak tragicznie, jak we wspomnianym filmie, w którym okazuje się, że tak naprawdę żadnej rajskiej wyspy nie ma, a wybrane osoby są po prostu klonami, które w pewnym momencie trzeba zabić, ponieważ ich ludzki oryginał potrzebuje akurat przeszczepu jakiegoś organu, albo najzwyczajniej zrobić sobie lifting twarzy, ale idyllicznie też nie jest.



Kiedy zostaje się rodzicem co prawda fizycznie się nie umiera, ale Twoje życie przestaje być usłane różami, albo choćby jakąkolwiek różą. Kto wierzy w bajki o słodkim grzecznym cichym i milusim bobasku oraz o ogólnej zajebistości macierzyństwa, to jest w wielkim błędzie. Tak po prostu nie jest, nie było i nigdy nie będzie (no chyba że jest się milionerem, ma cały sztab opiekunek i dziecko widuje się przelotnie, na przykład raz w roku z okazji jego urodzin).

Bycie rodzicem do harówka


Bycie rodzicem to ciężka praca. Cofnij! Praca nie! To jest harówka nie do opisania! To jest też całkowite wycieńczenie doprowadzające cię do pogranicza szaleństwa. To choćby opisywane przeze mnie wcześniej na blogu nieprzespane nocetrudy w laktacjipłacz, czy też godzinne próby wyjścia na spacer.




Trzy pisarki o zmowie milczenia


Całe szczęście, że powoli o zmowie milczenia wśród dzieciatych zaczyna się mówić i pisać. Mi na początku macierzyństwa szczególnie pomogły relacje trzech pisarek: Polki Joanny Woźniczko-Czeczott, Brytyjki Rachel Cusk oraz jeszcze jednej Polki - Agnieszki Graff. Wszystkie trzy utwierdziły mnie w tym, że w swoich spostrzeżeniach nie jestem odosobniona. 

Joanna Woźniczo-Czeczott napisała: 

"Zmowa, zmowa panuje wśród kobiet. Zmowa milczenia. Jestem matką, jakich dziesiątki można zobaczyć z wózkami w parkach. Przeciętnie miła, przeciętnie ładna, niebrzydko ubrana, z tłustym, wychuchanym bobasem. On jest przeważnie zadowolony. Ja przeważnie też. Gdy spotykam inne matki, rozmawiamy o ząbkach, karmieniach i zdobyczach rozwojowych. X już pełza, Y robi "pa, pa", Z pomalował dzisiaj kocyk flamastrem. Łobuziaczek, ale to przecież rozkoszne.
Tutaj napiszę o wszystkim, o czym nie mówi się nad piaskownicą.
Że macierzyństwo to koniec dawnego życia.
Że mam dojmujące poczucie wolności utraconej na zawsze.
Że dziecko to same trudne okresy. Skończy się jeden, zaczyna drugi. Po horrorze połogu - horror niespania. Po trudach ząbkowania - gehenna urazówki pierwszych kroków. Po ogołoceniu mieszkania, gdy dziecko staje się mobilne - rozniesienie mieszkania, gdy wchodzi w okres gejzeru energetycznego. Po buncie dwulatka - bunt trzylatka. I tak aż do emerytury. "Najgorsze jest pierwsze sześćdziesiąt lat" - tak mawia mama mojego męża".

Z kolei Rachel Cusk w wywiadzie dla Wysokich Obcasów powiedziała, że reakcja na jej książkę "Praca na całe życie" poruszającą temat frustracji, osamotnienia i złości doznawanych podczas macierzyństwa, zrujnowała jej życie na długi czas. Dla innych matek bowiem stała się dowodem na to, że Rachel Cusk jest złą matką. Z kolei według autorki krytykujące ją matki po prostu kłamały, były nietolerancyjne, brutalne w swoich ocenach, chamskie i opresywne. 

Dlaczego? Ponieważ okazało się, że to co pisze, uderza w pewne tabu. Chodzi o to, że doświadczenie macierzyństwa dla wszystkich matek jest trudne, że wiąże się z nim niepewność, lęk i poczucie straty. Natomiast kobiety nie lubią o tym mówić. Podpisują swego rodzaju pakt same ze sobą oraz z innymi kobietami. Po prostu postanawiają, że nie powiedzą o tym, jakie to macierzyństwo jest dla nich straszne i szokujące. Światu na zewnątrz będą mówić, że bycie matką jest wspaniałe i cudowne, no po prostu miód, cud i orzeszki, i żadne inne. Na utrzymanie tej umowy idą oczywiście ogromne pokłady energii. A według Rachel Cusk prawda jest taka, że kiedy stajemy się matkami, to umieramy (w przenośni oczywiście). Wszystkie matki to wiedzą, ale nie będą o tym mówić. Koniec i kropka. 



No i w końcu tak lubiana przeze mnie Agnieszka Graff napisała:

"Kto lubi czytać praktyczne rady (jak hurtem zamrażać zupki) oraz liryczne kawałki (o słodkich małych rączkach), ten (a raczej ta) nie ma na co narzekać. W babskiej prasie jest tego w bród. I to wszystko szczera prawda. Że małe, że słodkie, że wzruszające. O zupkach też prawda. Można zamrozić, rotacyjnie rozmrażać i jesteś boginią zupek. Rzecz w tym, że to tylko prawdy połowa. Ta barwniejsza do przyswojenia i bardziej rynkowa.
Mój synek budził się wciąż w nocy, a my cierpieliśmy na niedospanie tak chroniczne, że zdarzało nam się wpadać na ściany. W domu panował kosmiczny chaos. Sprawy zawodowe zostały odłożone na czwarty lub piąty plan w złudnej nadziei, że przez kilka miesięcy się nie zawalą (zawaliły się). Życie towarzyskie zapomniane w nadziei, że samo sobie o nas przypomni (nie przypomniało). Kino? Teatr? Zapomnij. Wieczory zapełniały nam niezliczone prania. Prasowanie porzuciliśmy jako przejaw fanatyzmu. 
Rzadko pojawiał się kwadrans na lekturę, a wtedy chciało mi się jednego: realizmu. I odrobiny babskiej solidarności. Głosu, który potwierdziłby moją intuicję, że nie tylko ja tak mam. (...) Jasne, czytałam poradniki. Ale tam obowiązuje nieznośny ton kobiecej zaradności. Ja zaś chciałam potwierdzenia, że nie tylko ja miotam się z poczuciem niedoczasu, niedowładu, a nade wszystko winy i wstydu, że "siedzenie w domu z dzieckiem" wymaga nadludzkiego wysiłku i mobilizacji. (...) Podejrzewałam, że świat jest pełen przepełnionych zlewów (zrobię to potem, teraz kaszka, cholera, podgrzewacz się wyłączył), niepowieszonych prań (może on to zrobi? O rany, kończą się śpioszki!), zagubionych smoczków i miotających się przemęczonych kobiet. Podejrzewałam, że u innych też tak jest, ale głupio było pytać, bo spotykane w parku matki sprawiały wrażenie zdumiewająco ogarniętych. Wiało od nich spokojem, oliwką dla niemowląt i matczynym błogostanem. A czasem perfumami, co napawało mnie grozą. Jak one to robią? Skąd czerpią siły?".  




Dwie rzeczywistości: bez dzieci i z dziećmi


Dzięki tym trzem odważnym kobietom, które powiedziały prawdę i całą prawdę o byciu mamą, nie czułam się odosobniona. Wiedziałam, że nie tylko u mnie jest tak ciężko. Szczególną nić porozumienia znalazłam z Joanną Woźniczko-Czeczott, która podobnie jak ja, zauważyła, że istnieją dwie grupy ludzi: niedzieciaci i dzieciaci oraz, że ci drudzy milczą na temat trudów macierzyństwa jak zaklęci:

"Dzieciaci tworzą klan. Mają wspólne tematy (dzieci), wspólne zainteresowania (dzieci) i wspólne doświadczenia utraty wolności (na rzecz dzieci). O tym ostatnim mówi się oczywiście najrzadziej. (...)
Gdy na klan spojrzy się trochę z dystansu, można nabrać przeświadczenia, że jego członków łączy jedno przekonanie: wszyscy powinni mieć dzieci. Pamiętacie te argumenty? Macierzyństwo pozwala przejść na wyższy poziom świadomości. Dopełnić związek. Dojrzeć. Lepiej poznać siebie. Macierzyństwo wyzwala kobiecość. Bez dzieci byłoby tak pusto.
Mądre i kuszące, prawda?
- Ale ja nie wyobrażam sobie roku bez wakacji z plecakiem. (...)
- Samo macierzyństwo jest jak podróż w nieznane - odpowiedział T. - Dziecko pozwala ci podróżować w głąb siebie. To bardziej fascynujące niż wyjazd.
- Znam parę, która podróżowała z niemowlęciem - dodała K. - Dziecko wcale nie musi cię ograniczać.
Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że T. i K. należą do klanu. A klan ma jedno pragnienie: wciągnąć cię do środka. Przeciągnąć na dobrą stronę mocy. Wyrwać z okowów jałowego życia wypełnionego pracą (zła kariera), życiem towarzyskim (pustka, pustka) i bzdurami typu marzenia o podróżach w nieznane (po co to komu?). (...)

Pamiętam tuziny takich rozmów.
- Boję się, że przestanę chodzić do teatru. (...)
- Bzdura, babcia zostanie z dzieckiem - zapewniali z optymizmem ci z klanu.
Od dziewięciu miesięcy nie byłam w teatrze.

- Boję się, że przestanę chodzić na imprezy. (...)
- No co ty, przecież w nocy dziecko śpi - przekonywali.
Większość imprez, w których brałam udział w ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy, odbywała się między jedenastą a osiemnastą.

- Boję się, że ucierpią relacje, na których mi zależy, bo nie będę mieć na nie czasu.
- Prawdziwe przyjaźnie przetrwają - twierdził klan.
Z moimi niedzieciatymi przyjaciółmi widuję się średnio raz na kwartał.

Tak jest ze wszystkim. Nikt nie powiedział: słuchaj, z wolnością koniec. Nie pamiętam matki, która zdradziłaby: w moim życiu nastąpił regres intelektualny i kulturalny, wyrzekłam się osiemdziesięciu procent uciech, którymi żyłam przed ciążą. 

Zmowa, zmowa milczenia. Macierzyństwo oficjalnie jest cudem. O trudnych sprawach dowiesz się po fakcie".




Prawdy i półprawdy o macierzyństwie u mnie


U mnie było bardzo bardzo podobnie. Co z jednej strony słyszałam od koleżanek będących już po drugiej stronie dziecięcej barykady, kiedy zaszłam w ciążę? Co natomiast się stało, kiedy przeszłam na tę upragnioną drugą stronę? Co wtedy mówiły do mnie te same osoby? Nikogo oczywiście nie będę wymieniać z imienia, więc mam nadzieję, że też nikt się na mnie nie obrazi. ;-)

Kiedy byłam w ciąży, usłyszałam, że:

* posiadanie dziecka to fajna przygoda;
* dzieci to takie rozkoszne łobuziaki;
* jak się dziecko do Ciebie przytuli, albo, jeszcze lepiej, powie: "Kocham Cię", to o wszystkim zapominasz;

Kiedy już zostałam matką, czyli kiedy byłam już po ich stronie i zaczynałam się z nimi dzielić moim bynajmniej nieidealnym macierzyństwem, usłyszałam natomiast:

* Jak potrzebujesz pomocy, daj znać, bo wiem, jak to jest.
* Jak moje dzieci były małe, to byłam tak zmęczona, że myślałam, że umrę.
* Posiadanie dziecka jest takie wymagające. Marzysz, żeby mieć chwilę tylko dla siebie. Telewizor jak uspokaja, niech leci. Cokolwiek. Byle była ta chwila dla siebie.
* Od urodzenia swoich dzieci (najstarsze ma już 6 lat) nie byłam z mężem w kinie.
* Jak dziecko płakało, kłóciłam się z mężem. Masa napięcia była.
* Przy dziecku komfort życia leci na łeb na szyję.
* O rany! Biedna jesteś! Wiem, jak to jest.
* Prawie się rozeszliśmy, kiedy mały się urodził. Było tak strasznie trudno. Tylko płakał i płakał.
* Przy dzieciach nie mam czasu iść nawet do toalety.
* Więcej dzieci raczej mieć nie będę. Mąż nie chce. To takie ciężkie.
* Nie przejmuj się. My też się kłóciliśmy.
* Gdyby nie mama, nie dałabym rady przy drugim dziecku.

Zupełnie inne obrazy macierzyństwa. Czyż nie? I, jak zaznaczyłam wcześniej, wypowiedziane w większości przez te same osoby! Kiedy należałam jeszcze do pierwszej grupy (niedzieciatych), snuto przede mną dość idylliczną wersję macierzyństwa. Kiedy wdepnęłam w macierzyństwo, nagle okazało się, że jest ono jednak wykańczające i ani słychu nie było już po przepowiadanej wcześniej idylli.

Dlaczego tak się dzieje? Wydaje mi się, że powody są dwa, a winnych należy szukać po każdej ze stron barykady.

1) Kobiety niedzieciate nie chcą znać prawdy. Kiedy słyszą prawdę, krzyczą: "Nie strasz mnie!", więc opowieść o realistycznym macierzyństwie jest przerywana i niczego się więcej przyszła matka nie dowie.

2) Kobiety dzieciate z kolei nie chcą przekazywać całej prawdy, albo żeby nie straszyć, albo żeby nie zostać posądzone za wredne matki, bo lepiej nie opowiadać o swoich problemach publicznie, albo może, bo po cichu liczą na wciągnięcie kolejnej ofiary do grupy dzieciatych.




Jak macierzyństwo wygląda u mnie? 


Po pierwsze, jak już kiedyś pisałam na blogu, wszystkie moje plany macierzyńskie szlag trafił

Czy jest ciężko? Baaaardzo. 
Co się zmieniło w moim życiu po urodzeniu dziecka? Praktycznie wszystko. 
Czy czasem marzę, żeby znów nie być mamą? Tak. Zdarzało mi się to przede wszystkim na samym początku po urodzeniu dziecka. Budziłam się czasem nie pamiętając, że jestem mamą. Nagle mój wzrok padał na kołyskę i wtedy może nie zawsze, ale czasem myślałam: "O nie!". Byłam naprawdę wykończona.
Co jeszcze się zmieniło? Dla lepszego zobrazowania, napiszę o kilku mniej i bardziej błahych kwestiach w moim życiu:
  • Od 5 marca 2017 roku nie spałam dłużej niż 4 godziny ciągiem..
  • Nie jestem w stanie oglądnąć żadnego filmu, ba, nawet serialu bez przerywania go: bo dziecko się właśnie obudziło, bo dziecko zaczęło płakać, bo dziecko ... (wpiszcie sobie cokolwiek i pewnie też będzie to prawdą ;-) ). 
  • Nie robiłam manicure/pedicure od końca czerwca 2017, kiedy mój brat brał ślub. Wtedy zrobienie manicure i pedicure zajęło mi... mniej więcej tydzień (fragmentami, tak jak oglądanie seriali): w poniedziałek jedna stopa; we wtorek miała być druga, ale nie miałam siły; w środę druga stopa; w czwartek zasnęłam nagle i niespodziewanie i niczego nie zrobiłam; w piątek obydwie dłonie; w sobotę, czyli już w dzień wesela, oddelegowałam dziecko w ramiona męża i, - zamknięta w łazience - zdołałam o dziwo pomalować wszystkie obrobione wcześniej paznokcie).
  • Książki (nawet te o macierzyństwie) leżą odłogiem. Miałam trochę czasu na ich lekturę tylko, kiedy mój syn był jeszcze noworodkiem i nie chodził, ani nie raczkował. Teraz NO WAY.
  • Kiedyś robiłam sobie relaksującą kąpiel raz na tydzień. Teraz dobrze jest, jeśli uda mi się codziennie wejść na szybko pod prysznic. Czasem kończy się na samej głowie, a i na to czasem nie mam siły/ochoty/czasu. Wtedy pozostaje kitka. ;-)
  • Odkąd urodził się nasz syn, byłam w kinie... jeden raz. Kiedyś chodziłam z mężem do kina minimum raz w miesiącu.
  • Wypicie kawy w spokoju jest możliwe tylko i wyłącznie, kiedy mój syn śpi. Za zimną kawą bowiem nie przepadam.
  • Pójście do kawiarni też jest bardzo utrudnione. W sumie to wyjście do jakiegokolwiek lokalu. Po pierwsze zawsze musimy najpierw zrobić rekonesans, czy w danym miejscu są krzesełka dla dzieci. Dobrze też, jeśli dane miejsce szybko serwuje potrawy, bo inaczej dziecko staje się zbyt znudzone i ruchliwe, żeby potem ktokolwiek z naszej trójki mógł zjeść w spokoju. Kawiarnie bez krzesełek dla dzieci (czyli moje ulubione) w ogóle odpadają.

Idealna matka? Co to takiego?


Czy według mnie istnieje matka, która nigdy nie miała gorszego dnia, która zawsze jest pełna optymizmu, nigdy nie nudzi jej siedzenie przy dziecku, z radością po raz pięćsetny jest świadkiem zamykania i otwierania drzwiczek szafki przez swoją latorośl, nocne karmienia jej nie wyczerpują, ponieważ cały czas zdaje sobie sprawę, jak bardzo karmienie piersią jest ważne dla dziecka pod względem zdrowotnym i emocjonalnym? Nie, nie i jeszcze raz nie! Oczywiście Facebookowych lub Instagramowych słodkich, idealnych matek tu nie liczę, gdyż tworzą one wyrywkową wizję swojego życia. No ale któż z nas tego nie robi? Dzieciaty czy nie. ;-) Jeśli jednak jakimś trafem okoliczności taka kobieta rzeczywiście istnieje, to według mnie albo ma jakieś poważne zaburzenia natury psychologiczno-emocjonalnej, albo roboty łudząco przypominające człowieka istnieją już wśród nas, tylko my o tym jeszcze nie wiemy. :)


Jestem wycieńczoną matką na początku swojego macierzyństwa. Wiem, że później też będzie trudno, ale mimo wszystko liczę na to, że będzie ciut lepiej. Dziecko w końcu będzie coraz bardziej kontaktowe, będzie mówić, coraz więcej reagować. Łatwiej się będzie z nim bawić, spacerować i czytać mu książki. Ponownie wspiera mnie tu w nadziei na lepsze jutro wspominana już wcześniej Joanna Woźniczko-Czeczott:

"Ku pokrzepieniu serca zajrzałam do mojej dawnej (z czasów wczesnonastoletnich) ulubionej książeczki o rodzicielstwie. A nuż odnajdę tam najlepiej-jak-się-da-opisaną wspólnotę doświadczeń? pomyślałam.
Chodzi o książkę, która zaczyna się słynnymi zdaniami:
"Najpierw był embrion. Potem było w łonie matki zamknięte pulsujące życie".
Co było potem? Dopiero teraz do mnie dotarło, że potem następuje opis pierwszych odkryć dziecka mówiącego. Reportaż nadal przepiękny, ale o mowlaku. Wańkowicz wspomnienia o życiu swych córeczek zaczyna więc od etapu około dwuletniego.
Niemowlęctwo?
Czarna dziura.
Hmm".
Chyba już wiadomo dlaczego. ;-) Po prostu lepiej o tym etapie zapomnieć. ;-)

I żeby nie było. Kocham swojego synka nad życie. Cieszę się, że jestem jego matką. Ale jedno nie wyklucza drugiego. Chwilowo jestem mamą-zombie, po angielsku tak zwaną mombie. 




Nie mam zamiaru tego stanu przed nikim ukrywać, bo i niby po co? Wiem, że mnóstwo podobnych problemów ma wiele innych matek. Może moja relacja je trochę wesprze. Niech nie czują się osamotnione. Przecież zawsze raźniej w kupie. :-)

poniedziałek, kwietnia 30, 2018

Sebastian i trzy koty

Sebastian i trzy koty

NIEMOWLĘ I KOTY


Może pamiętacie, że jakiś czas temu napisałam post na temat kotów i toksoplazmozy. Kocham koty i bardzo mnie boli, kiedy słyszę, jak często są one porzucane... bo ciąża, bo dziecko. Jak pewnie pamiętacie, w domu mamy trzy koty, w tym jednego zaadoptowaliśmy, kiedy byłam w ciąży. Część z Was pewnie wzniesie oczy do nieba. Jaka ta Mama pod prąd nieodpowiedzialna! Nie zgodzę się z tymi osobami. Naprawdę trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby zarazić się toksoplazmozą od domowych kotów i to na dodatek jeszcze takich nie wychodzących. Poczytajcie sobie zresztą wspomniany artykuł, który napisałam o kotach i całej tej strasznej toksoplazmozie. ;-) Jestem jak najbardziej odpowiedzialna, a moje dziecko urodziło się zdrowe. Koty też mają się dobrze. :-) 

Ponieważ w tym momencie mój syn ma już ponad rok, doszłam do wniosku, że czas najwyższy na podsumowanie tych prawie 14 miesięcy, ale tym razem bynajmniej nie z perspektywy mojej, a trzech kocich członków naszej rodziny. ^._.^= ∫ 
No więc jak to było?


JAKIE SĄ NASZE KOTY?


Każde z Was zna swoje koty najlepiej i raczej wie, jak reagują na sytuacje stresowe. Są koty bardziej agresywne i całkowicie pacyfistyczne, są koty spokojne i takie energiczne, koty odważne i bardziej płochliwe. Nasza kocia trójka jest raczej spokojna i przyjacielska. Nigdy nikogo z nas nie podrapała, no OK, kilka razy podrapała skacząc na nasze plecy, kiedy kroiliśmy wyjątkowo aromatyczną kiełbasę, albo mięso. Ale nie był to w żadnym razie celowy atak na nas, tylko chęć znalezienia się jak najbliżej pachnących potraw. ;-)



Luke. Kot dość leniwy, grubiutki, lubiący leżeć zwykle na niższych kondygnacjach ze względu na swoje lenistwo oraz kilogramy; za jedzenie zrobi wszystko, śmiem twierdzić, że sprzeda nawet swoją kocią duszę; lubi być głaskany praktycznie non stop i nie tylko, kiedy on podejmie taką decyzję, ale również z inicjatywy swoich ludzkich domowników, nie doprasza się jednak zbytnio o pieszczoty, gdyż... jest leniwy; nie przepada za zmianami, no chyba że idą w parze z dobrym jedzeniem. ;-) Z ciekawostek: nie potrafi normalnie miauczeć, za to umie warczeć. Może czasem myśli, że jest psem? ;-) Ma siostrę bliźniaczkę Leię, z którą jest bardzo zżyty.



Leia. Kotka bardzo energiczna choć spokojna, szczupła, delikatna; lubi sporo leżakować, jak to na jej wiek przystało i raczej preferuje wyższe kondygnacje ze względu na swoją gibkość; nie lubi być głaskana, kiedy nie ma na to ochoty; bardzo nie lubi zmian i hałasów, każdą z nich bardzo mocno przeżywa nawet rezygnując z jedzenia i picia. Z ciekawostek: trudno jej się zdecydować, gdzie spać, czy pod, czy na kołdrze, bo to, że na naszym łóżku, to się rozumie samo przez się. Może tak próbować i z 20 razy, aż w końcu znajdzie odpowiednie miejsce. ;-) Ma brata bliźniaka Luke'a, z którym jest bardzo zżyta.


Anakin. Kot niezmiernie energiczny, zwany przez swoich ludzkich domowników wariatem, wszędzie go pełno; gustuje we wszystkich kondygnacjach, ale preferuje te wysokie; uwielbia być głaskany, kiedy ma deficyty pieszczot, dosłownie biega za swoimi ludzkimi domownikami i doprasza się o więcej i więcej; nie lubi nagłych wizyt dorosłych osób mu nieznanych, zaszywa się wtedy w kąt i nie ma szans go znaleźć. Z ciekawostek: zawsze kiedy wracamy do domu, czeka na nas w drzwiach i na nasz widok, kładzie się na podłodze i wygina w łuk. Ma rodzeństwo, ale zostało ono zaadoptowane przez innych ludzi.


PRZYGOTOWANIA DO NARODZIN DZIECKA


Koty są zwierzętami, które nie lubią zmian. Przywiązują się bardzo nie tylko do miejsca, w którym mieszkają, ale również do swoich właścicieli i do codziennej rutyny. Kiedy coś się zmienia, koty zawsze na tym cierpią. Co więc zrobiliśmy, aby zminimalizować dyskomfort kotów, kiedy w domu pojawił się noworodek?


JAK ZMINIMALIZOWAĆ DYSKOMFORT KOTÓW?


Zapoznanie z zapachem noworodka:


1. Po pierwsze, kiedy nasz syn się już urodził, mój mąż przynosił co wieczór noszone przez niego ubrania i dawał kotom do wąchania. Zmysł węchu u kotów jest bowiem bardzo rozwinięty i pełni on bardzo ważną rolę w ich życiu. Kiedy jakiś zapach jest znajomy, nie jest on już straszny. Co zauważyliśmy, ku naszej radości, to to, że zapach noworodka nie wzbudzał w naszych kotach nadmiernego zdenerwowania. Można by wręcz powiedzieć, że ten zapach w ogóle ich nie ruszał. ;-) Co innego było, kiedy kilka miesięcy wcześniej daliśmy im do wąchania zabawki nowego kotka - Anakina. Rany julek! To dopiero było! Fuczenie, syczenie, jeżenie się. Nie wiedziałam, że moje koty są w stanie wydawać taką gamę nieprzyjemnych odgłosów. A przy dziecku praktycznie nic. Zaciekawienie jakieś owszem, ale też nie nadmierne.


Kocie feromony:


2. Kiedy zbliżał się termin porodu, zamontowaliśmy na gniazdku w dużym pokoju (czyli w pomieszczeniu, w którym najczęściej przesiadują nasze koty) dyfuzor kocich feromonów. Już wcześniej, kiedy coś miało ulec zmianie w życiu naszych kotów kupowaliśmy takie feromony i zauważaliśmy, że zawsze nasze koty stawały się pod ich wpływem spokojniejsze. Nie jest to może tani wydatek, ale raz na ruski rok można kupić, tym bardziej, że naprawdę działa. 


Kartonowe kryjówki:


3. Kolejnym krokiem, jaki podjęliśmy zanim jeszcze nasze dziecko przyszło na świat to przygotowanie naszym kotom wielu kryjówek. Wiadomo, że kiedy kot czuje się niepewnie, szuka schronienia, z którego mógłby obserwować rozwój sytuacji. Takie "lokalizacje z poczuciem bezpieczeństwa" powinny się znajdować na wyższych kondygnacjach niż podłoga. Myśmy ustawili je na parapetach i szafach. A z czego zrobiliśmy takie kocie kryjówki? Z ich ulubionego materiału, czyli z kartonu. Po prostu postawiliśmy wiele kartonowych pudełek do góry nogami, a z boku wycięliśmy po jednym okienku, przez które koty mogły wejść do pudełka. Rozwiązanie darmowe i niezmiernie skuteczne. 


Głaskanie, głaskanie i jeszcze raz głaskanie:

4. Dużo też czasu spędzaliśmy na głaskaniu kotów i drapaniu ich za uszami i pod brodą, czyli tam, gdzie koty lubią najbardziej. ;-) Chcieliśmy, żeby były jak najbardziej zrelaksowane przed dniem zero. Pamiętaliśmy jeszcze, jak to wyglądało, kiedy, bez żadnego wcześniejszego planowania, w naszym domu pojawił się nowy kot. Powiem tylko tak. Miło nie było... Tym razem chcieliśmy zrobić więc wszystko poprawnie, aby zminimalizować stres u naszych kotów.

Kocie przysmaki:

5. Zaopatrzyliśmy się dodatkowo w sporo kocich przysmaków. Na co dzień nie szastamy nimi na prawo i lewo, tak samo jak i my nie zajadamy się niezdrowymi przekąskami, ale pojawienie się dziecka w rodzinie należy do sytuacji wyjątkowych, rządzących się swoimi regułami. Można wtedy kotom pozwolić na sporą ilość przysmaków. Wszystko, aby choćby trochę im umilić te początkowe momenty.


JAK ZABEZPIECZYĆ NOWORODKA?


Co zrobiliśmy natomiast, aby zabezpieczyć nasze dziecko przed zdenerwowanymi kotami? 


Uaktualniona książeczka zdrowia:


1. Po pierwsze zwróciliśmy szczególną uwagę na to, żeby nasze koty miały wykonane wszystkie szczepienia oraz, żeby były odrobaczone. Obcięliśmy im również pazury. Jeśli nawet nastąpiłoby jakieś starcie na linii kot-dziecko, chcieliśmy być pewni, że nasze dziecko nie zostanie niczym zakażone.


Zamknięta sypialnia:

2. Jeszcze przed narodzinami dziecka, coraz rzadziej pozwalaliśmy kotom na wchodzenie do sypialni, gdzie zamontowaliśmy kołyskę dla dziecka. Dlaczego zamykaliśmy ten pokój przed kotami? Ponieważ wiedzieliśmy, że kiedy pojawi się dziecko w domu, na początku nie będziemy pozwalać kotom na wspólne spanie. Nie chcieliśmy, żeby kojarzyły dziecko negatywnie z brakiem ich dotychczasowego ulubionego nocnego legowiska, czyli naszego łóżka, stąd zamykanie sypialni jeszcze przed narodzinami Sebastiana. A dlaczego w ogóle zdecydowaliśmy się na zamknięcie sypialni? Ponieważ musieliśmy się upewnić, że koty zaakceptują nowego członka rodziny i nic mu nie zrobią, podczas gdy my będziemy spać.


URODZIŁO SIĘ!


No i stało się. Urodziłam. Po narodzinach Sebastian okazał się najmniejszym członkiem rodziny. Ważył jedynie 3050 gramów. Nasze koty natomiast wagowo wyglądały wtedy następująco: Luke 6400 gramów, Anakin 4700 gramów, a Leia 4200 gramów. Czyli nawet najlżejszy z nich był cięższy od naszego dziecka. Nie wspomnę już o najcięższym, dwukrotnie przewyższającym wagowo naszego synka. Tym bardziej niepokoiliśmy się, co to będzie. Przecież kot mógłby się na dziecku położyć (jak to w zwyczaju kotów), a jeśli byśmy tego na czas nie zauważyli, dziecko mogłoby mieć wręcz trudności z oddychaniem, mając taką kocią masę na swojej klatce piersiowej. Przecież nawet nam, dorosłym, czasem trudniej oddychać z kotem na piersi ;-), a co dopiero noworodkowi? 


PIERWSZY KONTAKT NIEUDANY


Pierwszy kontakt naszego dziecka z kotami nie należał do udanych. Dlaczego? Ponieważ, kiedy wnieśliśmy syna do domu, płakał i to bardzo głośno. A koty się oczywiście tego hałasu (bo wiadomo, że płacz dzieci do cichych nie należy) przeraziły. Zaczęły biegać w panice po mieszkaniu i oczywiście nie miały ochoty na poznawanie nowego członka rodziny. W sumie to się im nie dziwię. Tak więc podzieliliśmy się z mężem. Ja zamknęłam się w sypialni z dzieckiem i zaczęłam je karmić, a mąż poszedł do kotów trochę je uspokoić (również jedzeniem). Jak mówi mądre polskie przysłowie: "Przez żołądek do serca". Okazuje się, że dotyczy to nie tylko ludzi, ale i kotów. Po pewnej chwili nastał błogi spokój.


POWOLNE POZNAWANIE SIĘ NAWZAJEM


Koty zaczęły węszyć coraz bardziej zaintrygowane nowym... czymś? kimś? Wtedy chyba jeszcze nie wiedziały, co się stało i kim to nowe coś/ktoś było. Wzięliśmy dziecko na ręce, aby pokazać kotom, że my je akceptujemy i po kolei (każdemu kotu z osobna) pokazywaliśmy dziecko. Chcieliśmy, żeby je powąchały i zobaczyły, że to nic strasznego..., kiedy nie płacze. Nie robiliśmy niczego na siłę. Jeśli któryś z kotów nie chciał podejść do dziecka, szanowaliśmy jego decyzję. Wiedzieliśmy bowiem, że pospieszanie ich przyniesie efekt odwrotny do zamierzonego. Wiedzieliśmy też, że trzeba uzbroić się w cierpliwość. Każdy kot, podobnie jak każdy człowiek, jest inny i inaczej reaguje na różne wydarzenia w swoim życiu. Ponadto staraliśmy się, żeby nasze koty w żadnym stopniu nie czuły się opuszczone. Ponieważ mi większość czasu mijała na karmieniu, w tym czasie mój mąż opiekował się kotami. Było dużo głaskania i oczywiście przytulania, czyli ulubionej pieszczoty Luke'a.



Kotem, który najszybciej się zaaklimatyzował z naszym synkiem był Anakin, czyli najmłodszy z całej kociej trójki. W momencie, kiedy urodził się nasz syn, miał on jedynie niecałe 9 miesięcy, czyli był jeszcze takim kocim dzieciakiem. 



Nasze dwa pozostałe koty to były już dorosłe sztuki. Kiedy urodził się nasz syn, miały po 7 lat i 7 miesięcy (są to bliźniaki) ;-). Raz jeszcze powtórzę: postawiliśmy na luz. Nie chcieliśmy na siłę zmuszać kotów do przyjaźni z tym małym człowiekiem. Jedyne, co chcieliśmy i de facto musieliśmy osiągnąć to ich akceptację nowej sytuacji rodzinnej, a co za tym idzie, gwarancję bezpieczeństwa naszego dziecka.

Zauważyliśmy, że z czasem koty coraz spokojniej reagowały na nowego domownika. Mimo wszystko nigdy nie zostawialiśmy dziecka bez opieki. Zawsze albo mój mąż, albo ja byliśmy przy synu. Woleliśmy nie ryzykować, że dziecko któregoś kota nagle przestraszy i przez to kot pacnie je na przykład łapą. Bo to, że jakiś kot go pogryzie, nie wchodziło w grę. Nigdy przenigdy tego nie zrobiły. Ponadto, nadal w nocy zamykaliśmy drzwi do sypialni. Dopiero po jakimś miesiącu, kiedy widzieliśmy, że koty czują się już całkiem dobrze w towarzystwie Sebastiana, zaczęliśmy zostawiać drzwi do sypialni otwarte na noc. Ale wtedy już nasz syn nie był już taki malutki. Szybko przyrastał na wadze. Równocześnie podczas dnia stopniowo zaczynaliśmy zostawiać dziecko na kilka chwil z kotami sam na sam w tym samym pokoju. Co zaobserwowaliśmy?


RESPEKTOWANIE TERYTORIUM SEBASTIANA


Anakin, nasz najmłodszy kot, bardzo polubił Sebastiana (i vice versa). Dwa pozostałe natomiast wolały trzymać z dzieckiem pewien dystans. Jak to przystało na zwierzęta terytorialne, jakimi są koty, kiedy Sebastian zajmował jakąś przestrzeń, koty nie wkraczały na nią, natomiast, kiedy tę przestrzeń opuszczał, koty po pewnym czasie wchodziły na nią. Anakin natomiast, jak to na młodzieniaszka przystało, miał gdzieś kocie zasady. Terytorium? Co to takiego?



Dla niego najważniejsza była zabawa. Nie ważne już czy z innym kotem, czy z  tym małym człowiekiem. Byle się bawić. Bez względu na to, czy zabawa oznaczała wkroczenie na czyjś teren, czy nie. ;-)





Luke i Leia natomiast co prawda nie przepadały za przebywaniem z Sebastianem sam na sam w bliskiej odległości, ale nie miały już nic przeciwko, żeby być blisko niego, kiedy jedno z nas było w okolicy. Spały wtedy w najlepsze na naszych nogach, jak za starych, dobrych lat.



Minął mniej więcej kolejny miesiąc i coraz częściej byliśmy świadkami, jak nasze koty pilnowały naszego synka. :-)





Początkowe odległości pomiędzy małym człowiekiem, a kocimi członkami rodziny zaczęły się kurczyć.






DZIECKO ZACZYNA CHODZIĆ


No i stało się! Nadszedł taki miesiąc, że stateczny Sebastian zamienił się we wszędzie-go-pełno Sebastiana. Jak zareagowały na to nasze koty? Na początku były trochę zdziwione, ale na pewno nie przerażone, choć czasem, nie ukrywam, trochę zirytowane (kiedy Sebastian za nadto zbliżał się do ich misek z jedzeniem). ;-)



Plusem dla kotów jest to, że kiedy im się coś nie podoba, raz dwa i ich nie ma. Albo wskoczą sobie na parapet, albo na szafę. Tam, gdzie ich dziecko nie dosięgnie. Dlatego też nie ma ryzyka, że zdenerwowane koty coś naszemu synkowi zrobią. Nie taka ich natura. One wolą unikać konfliktów. Jeśli coś im się nie podoba, raz dwa i czmychają. Pod tym względem mają o wiele bardziej ułatwioną sprawę niż psy, które nie potrafią wskakiwać na wyższe poziomy. 



Co zauważyliśmy jeśli chodzi o rozwój naszego syna? Koty na pewno go stymulują do chodzenia. Uwielbia się a nimi uganiać. Cały czas się śmieje. Lubi też je głaskać. I, o dziwo, mimo że jest jeszcze taki malutki, potrafi je głaskać dość delikatnie. 


BEZPIECZEŃSTWO CHODZĄCEGO DZIECKA


Kiedy nasz syn zaczął początkowo raczkować, a teraz już chodzić po mieszkaniu, musieliśmy się zastanowić nad jego bezpieczeństwem. Co zmieniliśmy jeśli chodzi o rzeczy należące do kotów, tak żeby w żaden sposób nie zagrażały naszemu dziecku? 

Żwirek


1. Po pierwsze zmieniliśmy rodzaj żwirku. Wcześniej używaliśmy żwirku silikonowego, ale ponieważ po pierwsze silikon jest trujący (a nasz syn wszystko bierze teraz do buzi), a po drugie ten żwirek nie jest biodegradowalny (a my coraz bardziej zaczęliśmy myśleć ekologicznie odnośnie każdego aspektu naszego życia), zmieniliśmy go na biodegradowalny żwirek Cat's Best. Po pierwsze, jeśli nasz syn weźmie go do buzi i nawet połknie nic mu się nie stanie, a po drugie dzięki temu żwirkowi miej zaśmiecamy środowisko naturalne. Cenowo natomiast obydwa żwirki wychodzą podobnie.

Miska z wodą


Ponieważ nasz syn kilka razy wylał już na siebie całą wodę przeznaczoną do picia dla kotów, postanowiliśmy wykorzystać skoczność kotów i zmienić lokalizację miski z wodą na parapet w kuchni. Zanim to jednak zrobiliśmy, raz nasze dziecko wylało na siebie całą wodę z miski tuż przed wyjściem na spacer. Trauma była tak wielka, że opisałam to zdarzenie już kiedyś na blogu:

"Idę do kuchni, żeby spakować jedzenie na wyjście oraz wodę do picia. Dziecko idzie za mną. Przekładam jedzenie do małych plastikowych pojemników. Na moment odwróciłam głowę i w tym właśnie momencie usłyszałam: chlup! Odwracam się. Dziecko mokre. Wylało na siebie wodę z miski dla kotów. (...) Trzeba przebrać, pomyślałam. Na szczęście najgłębsza warstwa odzienia, czyli pielucha była sucha. Przebrałam spodnie, skarpetki, body oraz sweter. Ponieważ miałam dziecko już w garści, wykorzystałam okazję, żeby ubrać go do wyjścia: wierzchnie spodnie, kurtka (czapkę i rękawiczki schowałam do torby, żeby założyć mu później)".

Jedzenie kotów


Tutaj akurat nie mieliśmy żadnych problemów, ponieważ nasze koty jedzą tak jak psy, to znaczy zjadają całą porcję jedzenia od razu i niczego nie zostawiają na później. A wszystko z powodu Luke'a, który wyjadał pozostałym kotom resztki jedzenia. Ponieważ, śmiem twierdzić, dla Leii i Anakina poczynania Luke'a były irytujące, nauczyły się zjadać wszystko od razu. ;-) Jednak jeśli Wasze koty jedzą po kociemu, to znaczy zostawiają jedzenie na później, może też dobrym rozwiązaniem byłoby położenie ich misek z jedzeniem na jakiś wyższych kondygnacjach, tak żeby dziecko nie miało możliwości podjadania kociej karmy.

CIĄG DALSZY PRZYJAŹNI Z ANAKINEM


Jak wspomniałam wcześniej, Sebastian najbardziej zaprzyjaźnił się z Anakinem. I też Anakinowi zaczyna się ta przyjaźń coraz bardziej opłacać. Sebastian bowiem, jak to prawdziwy przyjaciel, chętnie się z Anakinem dzieli swoim jedzeniem. A Anakin, jak na głodomora przystało, korzysta ile wlezie. ;-)




A czy Wy macie koty i małe dziecko? Jakie są Wasze doświadczenia w tej kwestii?

środa, kwietnia 25, 2018

"Alya i trzy koty", czyli moje koty napisały książkę!

"Alya i trzy koty", czyli moje koty napisały książkę!

Pewnego dnia buszując po Internecie natknęłam się na niesamowitą książkę pod tytułem "Alya i trzy koty". Jest to historia pisana z punktu widzenia kotów na temat dziwnego wydarzenia, jakie niedawno miało miejsce w ich domu. Chodzi o pojawienie się czegoś nowego, małego i płaczącego, czegoś, co po dłuższej analizie okazuje się być nie czymś, lecz kimś - a dokładniej - niemowlęciem. Patrzyłam na tę książkę i patrzyłam, i nie wierzyłam własnym oczom. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że to MOJE KOTY napisały tę książkę (!). Było w niej po prostu za dużo zbiegów okoliczności. ;-) Zanim zdradzę Wam podobieństwa w fabule książki do tego, co przez ostatnie półtora roku przeżyły moje koty, opowiem Wam najpierw pokrótce o wspomnianej książce. 

Tę ciepłą, niedługą historię o tym, jak to jest dzielić z kimś miłość najważniejszej osoby w życiu napisała Amina Hachimi Alayou. Przepiękne, delikatne ilustracje pełne ciepła i kolorów namalowała Maya Fidawi, a świetnym polskim tłumaczeniem możemy się cieszyć dzięki Jolancie Kozłowskiej. Opisywana książka pojawiła się na polskim rynku dzięki bardzo ciekawemu wydawnictwu Muchomor. Zapoznajcie się z ich dorobkiem wydawniczym, bo według mnie naprawdę warto. 

"Alya i trzy koty" przeznaczona jest dla dzieci od 3 do 6 lat, choć, jak pewnie wiecie, takie wyznaczniki wiekowe są zwykle ruchome. Na przykład mój syn jest tą książką zafascynowany, a ma dopiero trochę ponad rok. Bardzo się śmieje, kiedy widzi na jej stronach koty Paszę, Amira i Minusza, gdyż, jak sądzę, przypominają mu nasze trzy kociaki: Luka, Leię i Anakina, które nasz syn po prostu uwielbia. Muszę jednak go pilnować, żeby pod wpływem emocji (pozytywnych oczywiście) nie naderwał żadnej ze stron, gdyż nie są one wykonane z grubego kartonu odpowiedniego na jego wiek. W końcu jest to książka dla starszych dzieci, które potrafią już delikatniej obchodzić się z papierowymi stronami.


Pasza (czarny), Amir (beżowy) i Minusz (szary) vs. Luke (czarny), Leia (ruda) i Anakin (szaro-bury)

Nie będę ukrywać. Zauroczył mnie pomysł napisania książki z perspektywy zwierząt. Kiedy w domu pojawia się niemowlę, wszystko, dosłownie wszystko staje do góry nogami. Rodzice nie mają czasu dla siebie, czasu na podstawowe czynności, takie jak choćby umycie głowy, wypicie szklanki wody, nie mówiąc już o takich luksusach, jak gorąca herbata. Ż
ycie nabiera takiego pędu, że może się czasem zdarzyć, że nasz ukochany zwierzak zostanie chwilowo odstawiony na drugi plan (oczywiście nie celowo), a my nawet nie zdamy sobie z tego sprawy. Koty potrafią usunąć się na bok, co, kiedy padasz na łeb na szyję, nie ułatwia zauważenia niepokojących zmian w ich zachowaniu. 

Tym bardziej ta książka jest niezmiernie ważna zarówno dla tych troszkę starszych dzieci, które sporo już rozumieją i dzięki niej mogą zaopiekować się czworonożnymi domownikami, podczas gdy rodzice będą opiekować się niemowlęciem, jak również i dla rodziców, którzy z pewnością będą wtedy zwracać więcej uwagi na kociaki, mimo permanentnego braku czasu i sił. Podczas lektury tej książki uświadamiamy sobie, że codziennie powinniśmy spędzać więcej czasu na głaskaniu, drapaniu za uchem czy pod brodą, albo po brzuchu naszych czworonożnych przyjaciół. Przecież dla nich wszystko jest nowe, niezrozumiałe, a może nawet, kto wie?, przerażające. Koty potrzebują naszego wsparcia, naszej miłości, naszych pieszczot, aby móc odnaleźć się w tej jakże nowej rzeczywistości. Potrzebują czasu, aby poszukać sobie w niej na nowo przytulnego miejsca. 

A jak to dokładnie wygląda u tytułowych trzech kotów, czyli u Paszy, Amira i Minusza? Wcześniej żyły sobie one szczęśliwie niczym książęta. Spędzały czas na zabawach i pieszczotach. 



Każdy z nich, jak to często bywa u kotów, ma inny charakter. Patrzący na resztę z góry Pasza, bojaźliwy i trzymający się na osobności Minusz oraz łagodny, pełen życia i uwielbiający się bawić Amir. 



Koty, jak to koty, kochają ciepło i bliskość swoich właścicieli. Kto ma kota, ten wie, że po położeniu się na kanapie, nie minie nawet kilka sekund, a zostanie on "przygnieciony" przez swojego kociego pupila. Tamte koty uwielbiały przesiadywać na brzuchu swojej właścicielki Mariam. Jednak z tym brzuchem w pewnym momencie zaczęło się coś dziać. Stawał się on coraz większy i większy. Ale to nie wszystko. W tym brzuchu coś się ruszało i robiło "tuk, tuk, tuk". Paszę to zdumiewało, natomiast płochliwego Minusza trochę przerażało, przez co zamiast na brzuchu, wolał siadywać trochę dalej - na brzegu łóżka. 



Jak na razie jedyną zmienną w dotychczasowym kocim życiu był rosnący brzuch Miriam. Do czasu. Pewnego dnia w domu Samiego i Mariam zapanował bowiem dziwny ruch. Właściciele wyszli w pośpiechu, o zgrozo!, nie żegnając się nawet ze swoimi kotami. Nigdy wcześniej tak szybko nie wychodzili. Koty, i nie należy się im chyba dziwić, zaczęły się poważnie niepokoić. 



Sporo czasu minęło, aż ich Pani wróciła do domu. No i rzecz niezmiernie ważna. Nie wróciła sama, tylko z jakimś nieznanym dotąd im koszykiem. Koty rzecz jasna chciały go obwąchać, aby dowiedzieć się, co to takiego. 



Ale nie były w stanie. Koszyk wraz z Sami i Mariam momentalnie zniknął za drzwiami pokoju. Oj, jak koty nie lubią takiego zachowania! Warowały przy drzwiach, nasłuchując dochodzącego stamtąd hałasu. Ktoś lub coś, na pewno nie kot, - pomyślały koty - głośno krzyczało. Cała kocia trójka, to chyba zrozumiałe, stała się niespokojna. Nie wiedziały bowiem, co w ich dotychczas spokojnym domu się dzieje. 



Widząc niepokój kotów, dopiero babcia im wytłumaczyła, że w domu pojawił się nowy mieszkaniec, że jest to maleńkie i słabe niemowlę Alya, o które trzeba się troszczyć. Zapewniła je również, że ich właściciele nadal je kochają i będą się nimi opiekować, ale kochają również Alyę, o którą muszą dbać, bo jest malutka. 


"Koty patrzą na siebie pytająco, pełne obaw. Co to znaczy, że Mariam kocha i otacza troską również Alyę? Jest nas trzech, a co się stanie, gdy będzie nas więcej? Nie! Nie! Musimy podjąć jakieś kroki". Jakie kroki podejmą? Tego już Wam nie zdradzę. Niech pozostanie jakaś tajemnica. Weźcie książkę rąk i sami przeczytajcie. ;-)

Recenzję książki "Alya i trzy koty" zaczęłam od stwierdzenia, że wszystko wskazuje na to, że to moje trzy koty ją napisały. Dlaczego? Proszę bardzo. Oto przykłady niesamowitych zbiegów okoliczności: Mam trzy koty, dokładnie tyle samo, co w książce. Są one również w podobnych kolorach. Dodatkowo szaro-bury pręgowany Anakin, podobnie jak Minusz, został uratowany, co prawda nie bezpośrednio z ulicy, tylko zaadoptowany przez fundację, która go na tej ulicy znalazła, ale mimo wszystko uratowaliśmy go.



Nasze koty także lubiły przesiadywać na moim brzuchu, brzuchu, który w pewnym momencie zaczął się robić coraz bardziej okrągły, przez co było im coraz trudniej się wygodnie na nim usadawiać. Jednak koty to bardzo gibkie i kreatywne zwierzęta, jeśli chodzi o przybierane pozycje, tak więc poradziły sobie z tą sytuacją raz dwa. 



Kolejne podobieństwo: im bardziej rósł mój brzuch, tym bardziej dawało się odczuć, że coś się w nim ruszało, co czasem, podobnie do historii z książki, troszkę zdumiewało nasze koty, nie powiem. Aż w końcu 5 marca 2017 roku mój mąż i ja, analogicznie do książkowych Samiego i Mariam, opuściliśmy nasze mieszkanie w pośpiechu, po czym ja również przez kilka dni nie wracałam do domu. Natomiast, identycznie jak Mariam, kiedy wróciłam, nie miałam już dużego brzucha. W zamian w rękach trzymałam coś małego, dziwnego i krzyczącego. 

Koty na początku również były bardzo niespokojne, bo one przecież lubią stabilizację i przewidywalność, które dają im po prostu poczucie bezpieczeństwa. Widać było, że były pełne obaw. Nie rozumiały co się stało. Ale wydaje mi się, że po jakiś dwóch tygodniach pojęły, kim jest to małe niekotowate i widząc, że my go kochamy i o niego dbamy, zaczęły akceptować nowego członka rodziny. Akceptować to mało powiedziane. Nie odstępowały go na krok. ;-)



Jak sami widzicie, zbyt dużo zbieżności pomiędzy życiem moich kotów, a tych opisanych na stronach książki. Trudno uznać to jedynie za zbieg okoliczności. ;-) Co prawda, koty z książki nazywają się inaczej, bo Pasza, Amir i Minusz, a nie Luke, Leia i Anakin, ale czy nikt nigdy doprawdy nie słyszał o pseudonimach literackich? ;-)

Ciekawi jesteście, jak dokładnie u nas przebiegła adaptacja kotów do mieszkania z naszym synem i, vice versa, jak nasz syn przystosował się do mieszkania aż z trzema kotami? O tym następnym razem.

środa, kwietnia 18, 2018

Wysypka, czyli o szkodliwych substancjach w kosmetykach dla dzieci

Wysypka, czyli o szkodliwych substancjach w kosmetykach dla dzieci

Byłam dziś ze swoim synem w ośrodku zdrowia na szczepieniu. Pielęgniarka przed podaniem szczepionki MMR powiedziała, że jednym z objawów ubocznych, jaki może pojawić się u dziecka to wysypka nawet na całym ciele. Dodała też, że podczas wielu lat swojej pracy tylko raz to się dziecku zdarzyło i była to akurat jej wnuczka i że nie ma się czym przejmować, że wysypka mija samoistnie po upływie 24h.  

Przewidywalna wysypka nie należy raczej do sytuacji, którymi bym się za bardzo przejmowała. Natomiast zainteresował mnie (choć nie zaskoczył) kolejny wątek, jaki pociągnęła pielęgniarka. Dotyczył on dalej tematu wysypki. A oto słowa pielęgniarki: "Ale wie Pani, ja tu mówię o możliwej wysypce poszczepiennej, która praktycznie nigdy się nie pokazuje, a tu przed Wami było inne dziecko z wysypką na ciele po głupiej oliwce dla dzieci. Kto by pomyślał, że oliwka może uczulić!". Nie byłabym sobą, gdybym na te słowa nie odpowiedziała: "Oczywiście, że oliwka może uczulić! Szczególnie jeśli się spojrzy na jej skład". Mina pielęgniarki... bezcenna. ;-)

Wiem, wiem. Pisałam o tym już kilka razy na blogu. Ale będę pisać dalej i do znudzenia powtarzać, jak jakąś mantrę:

JEŚLI NA PRODUKCIE JEST NAPISANE, ŻE JEST BEZPIECZNY DLA NOWORODKÓW, NIEMOWLĄT LUB KOBIET W CIĄŻY TO NIE MUSI BYĆ PRAWDĄ!


Najważniejsze wcześniejsze wpisy na blogu o tej tematyce to: 


KOSMETYKI DLA KOBIET W CIĄŻY

Na co należy zwracać uwagę kupując kosmetyki? 


Na ich cenę? NIE
Na ich opakowanie? NIE
Na ich zapach? NIE (no chyba że śmierdzi chemią na kilometr)
Na ich skład? TAK TAK I JESZCZE RAZ TAK!!!
Czy wystarczy przeczytać reklamę produktu na opakowaniu, mówiącą jaki ten kosmetyk jest wspaniały? NIE


Najprostsza zasada jest następująca: jeśli lista składników (INCI) jest długa i na dodatek umieszczone tam nazwy brzmią jak tablica Mendelejewa, lepiej trzymać się od takich produktów z daleka. Zwykle im produkt ma krótszy skład, tym lepiej. Warto jednak znać te najgorsze składniki, żeby zanim zdecydujecie się na zakup konkretnego produktu, sprawdzić, czy jest on bezpieczny.



Jakich składników należy się wystrzegać i dlaczego? 


Dokonana selekcja bazuje na wytycznych z bloga srokao.



1. Sodium Lauryl Sulfate (SLS) oraz Sodium Laureth Sulfate (SLES) 


Są to silnie wysuszające detergenty, które naruszają strukturę lipidową skóry. Biorąc pod uwagę, że skóra niemowlęcia jest kilka razy cieńsza od skóry dorosłego, lepiej w ogóle nie zbliżać się do produktów, które mają te składniki w składzie. Niestety SLS i SLES są tak częstym składnikiem kosmetyków, że znalezienie czegoś bez nich jest tak trudne, jak znalezienie ciastek lub czekolady mlecznej bez oleju palmowego w składzie. Szukasz i szukasz, ale jak nie było, tak nie ma.


Przykład? Najbardziej znany szampon dla dzieci Johnson's Baby z unikalną formułą "no more tears"? Co mamy w składzie? Ta da! Sodium Laureth Sulfate i PEGi!


szampon Johnson's Baby - opis producenta vs skład

2. Pochodne formaldehydu


Formaldehyd to bezbarwny gryzący gaz i silna trucizna. Podrażnia drogi oddechowe i narząd wzroku. Gaz ten działa drażniąco i może wywoływać alergię. W 2014 roku formaldehyd został uznany za substancję o udowodnionym działaniu rakotwórczym, ale dotychczas nie został jeszcze zakazany w kosmetykach (!). W INCI należy szukać takich nazw jak:  2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol; Diazolidinyl Urea; Imidazolidinyl Urea; Bromopol, DMDM Hydantoin, Quaternium–15, Sodium Hydroxymethylglycinate. Związki te same w sobie nie są szkodliwe, jednak mogą wchodzić w reakcję z innymi składnikami i wytwarzać toksyczny formaldehyd.


Przykład? Wcale nie tak tania emulsja micelarna do demakijażu (około 30 złotych) Emolium Dermocare. Co mamy w składzie? Pochodną formaldehydu (Sodium Hydroxymethylglycinate), glikol polietylenowy (PEG) oraz drażniący Propylene Glycol.
Emolium Dermocare emulsja micelarna do demakijażu - opis producenta vs skład

3. Poliakrylamid (INCI: Polyacrylamide)



Działanie kancerogenne tej substancji zostało udowodnione badaniami naukowymi. Polyacrylamide odkłada się w organizmie i nie jest z niego systematycznie usuwany.

Przykład? Dzidziuś HydroOil emulsja do mycia i kąpieli. Co mamy w składzie? PEGi oraz rakotwórczy poliakrylamid.

Dzidziuś HydroOil emulsja do mycia i kąpieli - opis producenta vs skład

4. Parabeny 


Parabeny występują pod następującymi nazwami: Methylparaben, Ethylparaben, Isopropylparaben, Propylparaben, Butylparaben, BenzylparabenSą podejrzewane o odkładanie się w organizmie i dodatkowo zachowywanie się jak hormony. 

Przykład? Ziajka, krem do pielęgnacji dzieci i niemowląt. Co mamy w składzie? Oleje mineralne, czyli pochodne ropy naftowej, PEG i dwa parabeny.


Ziajka krem do pielęgnacji dzieci i niemowląt - opis producenta vs skład

5. Fenoksyetanol (INCI: Phenoxyethanol)


Niebezpieczny dla zdrowia konserwant. Może powodować ciężkie uszkodzenia zarodka lub płodu (wady rozwojowe). Przenika do mleka działając neurotoksycznie na noworodka. Hamuje układ immunologiczny ustroju. Długotrwale stosowany na skórę, może spowodować zahamowanie odporności miejscowej na zakażenia. 


Przykład? Atoperal Baby Plus, krem. Co mamy w składzie? Olej mineralny (pochodna ropy naftowej), drażniący propylen glycol oraz bardzo niebezpieczny fenoksyetanol.

Atoperal Baby Plus krem - opis producenta vs skład


6. Glikole polietylenowe (PEG) oraz glikole polipropylenowe (PPG


Do ich produkcji najczęściej używany jest bardzo szkodliwy gaz Ethylenoxid, który uchodzi za substancję rakotwórczą. 
Warto również wpisać na listę substancji niebezpiecznych glikole Propylene Glycol i Butylene Glycol, gdyż mają działanie drażniące.

Przykład? Oliwka dla dzieci Bambino. Co mamy w składzie? Prawie na samym początku pochodna ropy naftowej, a do tego paraben i drażniący Propylene Glycol.



7. Filtry przenikające 



Filtry przenikające występują pod następującymi nazwami: Etylhexyl Methoxycinnamate, który występuje również pod nazwą Octylmethoxycinnamate, Benzophenone-3, 4- Methylbenzylidene Camphor, Octyl Dimethyl PABA, HomosalateWymienione filtry przenikają przez naskórek do krwiobiegu, a w organizmie potrafią zachowywać się jak hormony.

Przykład? Kolastyna, Baby krem ochronny na słońce dla dzieci i niemowląt, SPF 50. Co mamy w składzie? Aż dwa filtry przenikające, PEG oraz bardzo niebezpieczny fenoksyetanol.


8. Czteroboran sodu 


Inaczej zwany: tetraboran sodu, boraks i kwas borowy. U dzieci, ze względu na zwiększone wchłanianie przez skórę, podczas stosowania leków z tym składnikiem występuje ryzyko większego działania toksycznego kwasu borowego. Przykład: lek Tormentiol.




9. OLEJE MINERALNE


Oleje mineralne, czyli produkt uboczny destylacji ropy naftowej, szkodliwe raczej nie są, natomiast są tak zwanym składnikiem bezsensownym. Nic bowiem do kosmetyku nie wnoszą. Stanowią one typowy „wypełniacz” – nie mają żadnej wartości odżywczej, a tylko zwiększają objętość kosmetyków w opakowaniu. Oczywiście byłoby znacznie lepiej, gdyby w kosmetyku znalazły się oleje naturalne, ale taka opcja jest droższa dla producentów, a wiadomo, kasa musi się zgadzać... Oleje mineralne występują pod następującymi nazwami: olej mineralny, parafina, olej parafinowy, mineral oil, paraffin oil, petrolatum, paraffinum liquidum, vaselinum flavum, izoparafina, cerezyna, ozokeryt, wosk mikrokrystaliczny (cera microcristallina).



Jak to całe dziadostwo spamiętać? 


Nazwy powyższych substancji do prostych, sami przyznacie, nie należą. Moją ulubioną techniką uczenia się dziwnych nazw są gry słowne (w końcu jestem filologiem). Może i Wam w taki sposób się uda je zapamiętać. Gotowi? Start! ;-)


SLS czyli Słoń Liczący Strusie


SLES czyli Słoń Liczący Emu Strusie




PEG czyli Papuga Edukująca Gołębia



PPG czyli Papuga Pali z Gołębiem


PARABEN czyli PARA BENgalskich kotów




BORAKS czyli BO RAK Skacze



I teraz chyba dwa najtrudniejsze:

POLIAKRYLAMID czyli POLI(cj)A KRYŁA MID(dleton) Katarzynę.



FENOKSYETANOL czyli FENO(men) KSY(wki) ETANOL(u)



ŚCIĄGAWKA

Dodatkowo, żeby Wam było jeszcze łatwiej, przygotowałam dla Was ściągawkę z tych szkodliwych składników. Jeśli klikniecie na poniższy link, pobierzecie alfabetyczną listę wszystkich szkodliwych świństw, których należy unikać. Możecie jej używać, jako pomoc przy zakupach kosmetyków w sklepie. ;-)

SZKODLIWE SKŁADNIKI W KOSMETYKACH - PLIK PDF

BEZPIECZNE KOSMETYKI


Było już o tym, co jest złe. Przyszedł więc czas na informację, jakie produkty są zdrowe i nie uczulają, oraz produkty jakich firm można kupować praktycznie w ciemno, bo mają genialne składy. Innymi słowy, zapraszam do poznania kosmetyczki całej mojej rodziny. :-)

1. DLA NIEMOWLĄT:


Co? - olejek ze słodkich migdałów 
Który/Ile to kosztuje? - (najlepszy stosunek jakości do ceny ma olejek firmy Your Natural Side; 1 litr = około 40 złotych)
Jak używać?
- do masażu ciała (np. Shantala)
- po kąpieli (najlepiej wmasować w jeszcze wilgotną skórę; minimalizuje się wtedy działanie wysuszające olejku)
- do pupy
- na twarz


Co? - masło shea 
Który/Ile to kosztuje? - (najlepszy stosunek jakości do ceny ma masło shea marki Nacomi; 100 ml = około 20 złotychczęsto w Hebe w ofercie 1 + 1 grosz)
Jak używać?
- do pupy
- na twarz w zimie zamiast kremu
- na twarz wieczorem po ekspozycji na słońce



Co? - olej kokosowy nierafinowany 
Który/Ile to kosztuje? - (np. olej kokosowy z Lidla: 200 ml = około 10 złotych)
Jak używać?
- do pupy
- do masażu ciała (np. Shantala)



Co? - żel aloesowy 
Który/Ile to kosztuje? (najlepszy stosunek jakości do ceny ma żel aloesowy firmy Equilibra: 170 ml = około 20 złotych)
Jak używać?
- do pupy - działanie kojące
- na twarz i resztę ciała po ekspozycji na słońce - działanie kojące


Co? - szampon i żel do kąpieli
Który/Ile to kosztuje? (najlepszy stosunek jakości do ceny ma Sylveco dla dzieci kremowy szampon i płyn do kąpieli, cena około 25 złotych).
Jak używać?
- do kąpieli (do mycia ciała i włosów)
- do mycia pupy (przy zmianie pieluchy)



Co? - krem z filtrem mineralnym
Który/Ile to kosztuje? (bardzo dobry stosunek jakości do ceny ma DERMEDIC Sunbrella Baby, krem ochronny dla dzieci do twarzy SPF50, od 1 miesiąca życia, 50g, cena około 20 złotych).
Jak używać?
nasmarować twarz przed wyjściem na słońce



2. DLA DOROSŁYCH: 

Co? - olejek ze słodkich migdałów 
Który/Ile to kosztuje? - (najlepszy stosunek jakości do ceny ma olejek firmy Your Natural Side; 1 litr = około 40 złotych)
Jak używać?
- do masażu ciała
- po kąpieli (najlepiej wmasować w wilgotną jeszcze skórę; minimalizuje się wtedy działanie wysuszające olejku)
- na twarz do demakijażu (na nawilżony wacik nalać trochę olejku i przetrzeć twarz)
- do ciała podczas ciąży (działanie przeciw rozstępom)

Co? - masło shea 
Który/Ile to kosztuje? - (najlepszy stosunek jakości do ceny ma masło shea marki Nacomi; 100 ml = około 20 złotychczęsto w Hebe w ofercie 1 + 1 grosz)
Jak używać?
- na twarz w zimie zamiast kremu
- na twarz wieczorem po ekspozycji na słońce

- jako dodatek do kremu (efekt wzmacniający działanie kremu; po nałożeniu kremu, połączyć odrobinę żelu aloesowego z masłem shea i wmasować w twarz)
- na spierzchnięte wargi
- na suche dłonie
- na łamliwe paznokcie
- na suche pięty/kolana/łokcie (najlepiej wcześniej posmarować je żelem aloesowym)
- na blizny (efekt rozjaśnienia)

    Co? - olej kokosowy nierafinowany 
    Który/Ile to kosztuje? (np. olej kokosowy z Lidla: 200 ml = około 10 złotych)
    Jak używać?
    - do masażu ciała
    - do olejowania włosów (ale tylko prostych i nie zniszczonych, czyli tzw. niskoporowatych; pozostałe typy włosów może wysuszyć)
    - balsam do ciała po kąpieli
    - na łamliwe paznokcie
    na twarz do demakijażu (na nawilżony wacik nalać trochę olejku i przetrzeć twarz)
    - jako składnik naturalnego dezodorantu

    Co? - żel aloesowy 
    Który/Ile to kosztuje? (najlepszy stosunek jakości do ceny ma żel aloesowy firmy Equilibra: 170 ml = około 20 złotych)
    Jak używać?
    - do pupy - działanie kojące
    - na twarz i resztę ciała po ekspozycji na słońce - działanie kojące
    - na zadrapania i otarcia
    - po depilacji
    - jako peeling do skóry głowy (połączyć trochę żelu aloesowego z cukrem; wsmarować w skórę głowy, odczekać i spłukać)
    - jako składnik wzmacniający działanie odżywki do włosów (połączyć w równych proporcjach żel aloesowy i odżywkę; nałożyć na skórę głowy; odczekać, spłukać).
    - jako składnik wzmacniający działanie kremu (po nałożeniu kremu, zmieszać kilka kropli żelu aloesowego z kilkoma kroplami olejku przeznaczonego do Twojego typu cery (np. z pestek malin, arganowego, lnianego; nałożyć na twarz).
    - w połączeniu z olejkiem nie ma działania wysuszającego (po kąpieli połącz kilka kropli olejku ze słodkich migdałów z żelem aloesowym i taką mieszanką smaruj swoje wysuszone wcześniej ręcznikiem ciało).

    Co? - krem z filtrami mineralnymi 
    Który/Ile to kosztuje? (najlepszy stosunek jakości do ceny ma Nacomi Sunny Emulsja do oplania SPF30 150ml = około 30 złotych)
    Jak używać?
    Wmasować w ciało przed ekspozycją na słońce. 

    Co? - kremy do twarzy Nacomi 30+ i odmładzający tonik do twarzy Ecolab
    Który/Ile to kosztuje? (każdy z kremów kosztuje około 30 złotych, ale często w Hebe te kremy występują w ofercie 1 + 1 grosz, czyli wychodzi po 15 złotych za krem; tonik Ecolab kosztuje około 10 złotych)
    Jak używać?
    Po demakijażu, przemyć twarz tonikiem i nałożyć krem. 



    Co? - szampon
    Który/Ile to kosztuje? (bardzo dobre do włosów gęstych i grubych: Petal Fresh - dostępne w Rossmann; cena 23 złote; często na promocji za 16 złotych; do włosów cienkich i delikatnych: Sylveco szampon pszeniczno-owsiany, około 22 złote, Sylveco balsam myjący do włosów z betuliną, około 24 złote oraz szampon GoCranberry, około 24 złote, choć - zaznaczam - ten ostatni bardzo słabo się pieni).
    Jak używać?
    Nanieść na skórę głowy, wmasować, spłukać.




    Co? - ekologiczna kolorówka
    Który/Ile to kosztuje? (najlepszy stosunek jakości do ceny mają chyba kosmetyki Avril; bardzo polubiłam podkład pod makijaż (około 35 złotych) oraz róż do policzków tej marki (około 27 złotych); tusz jest OK, bo nie uczula, ale odbija się na dolnej powiece, cena około 30 złotych). Produkty firmy Avril kupuję w sklepie Biolinea. Natomiast mój ulubiony puder mineralny jest marki Ecolore (cena 60 złotych za 10g). Skład podobny do tego z Annabelle Minerals, a cena o wiele niższa. We wspomniany puder zaopatruję się w sklepie Ecobelle).



    Co? - żele do kąpieli 
    Który/Ile to kosztuje? - moimi ulubieńcami są żele marki Vianek (około 14 złotych) oraz Yope (cena około 16 złotych).



    Co? - pasta do zębów 
    Który/Ile to kosztuje? Ecodenta ekologiczna czarna pasta do zębów wybielająca z węglem drzewnym oraz Babuszka Agafia solna pasta do zębów świeży oddech; każda z tych past kosztuje około 10 złotych).



    Co? - peeling do twarzy 
    Który/Ile to kosztuje? Peeling enzymatyczny Sylveco dla cery wrażliwej i naczynkowej. Jest to najlepszy peeling jaki kiedykolwiek miałam. Cena - około 20 złotych.

    Co? - maseczka do twarzy
    Który/Ile to kosztuje? Bardzo fajne są maseczki Nacomi. W tym momencie mam maseczkę Goodbye Red Skin. Świetnie nawilża skórę i łagodzi zaczerwienienia. Cena - około 25 złotych.


    ŚWIETNE MARKI

    Podsumowując, oto marki, których produkty możecie (przynajmniej jak na razie, dopóki producenci nie zmienią składów) kupować praktycznie w ciemno: 

    - Nacomi
    - Sylveco
    - Vianek
    - Biolaven
    - Yope
    - GoCranberry
    - olejki Etja
    - olejki Your Natural Side
    - Avril
    - Ecoloré


    A jakie są Wasze ulubione marki i kosmetyki? Czy na jakiś produkt mieliście uczulenie Wy albo Wasze dziecko?
    Copyright © 2016 Mama pod prąd , Blogger