środa, maja 15, 2019

Nie ochrzciłam swoich dzieci

Nie ochrzciłam swoich dzieci
Oj długo się nosiłam z napisaniem tego tekstu. Długo. Od samego początku wiedziałam, że on powstanie, ale nie byłam pewna, kiedy. Dlaczego musiały minąć niemal dwa lata, aż zdecydowałam się napisać ten post? Chyba każdy z Was może się domyślić. 


środa, kwietnia 24, 2019

Zdrowe zakupy w Lidlu

Zdrowe zakupy w Lidlu
źródło: Pixabay
To uczucie, kiedy masz motylki w brzuchu. Uczucie lekkości i przepełniająca Cię radość. No i ten uśmiech od ucha do ucha. Znacie to? Ja tak się czuję, kiedy... jestem na zakupach w spożywczym. Bez dzieci rzecz jasna. 😉

środa, kwietnia 10, 2019

Miałam być nauczycielką...

Miałam być nauczycielką...


Miałam być nauczycielką... 


Marzyłam o tym, odkąd pamiętam. Najpierw moimi uczniami były moje lalki i misie. Uwielbiałam do nich mówić i uczyć je o wszystkim, co umiałam. Siedziały tak cichutko wpatrzone we mnie swoimi małymi okrągłymi plastikowymi oczkami. Tak bardzo kochałam je uczyć.

Miałam być nauczycielką...


Moje marzenie nie uległo zmianie w szkole podstawowej. Wśród kadry nauczycielskiej było wiele wspaniałych osób, które pamiętam do dziś. Byli to nauczyciele, o których mówi się, że są nauczycielami z powołania. Przede wszystkim w pamięci zapadli mi:

Pani Bożena Nowak - wychowawczyni w klasach I-III. Ostoja spokoju, którego ponoć po tylu godzinach w szkole... brakowało jej już w domu do swoich dzieci.


z Panią Bożeną Nowak... wieki temu. ;-)

Do końca życia będę pamiętać też lekcje biologii i geografii z Panem Wiesławem Zielińskim. To były prawdziwe przygody! Kiedy uczyliśmy się o Afryce, czułam gorąc pustyni, tętent kopyt antylop czy też ogrom góry Kilimandżaro. Kiedy poznawaliśmy tajniki funkcjonowania naszego organizmu począwszy od najmniejszej komórki a na organach kończąc, nie mogłam się nadziwić, że jesteśmy tak niesamowicie inteligentnie skonstruowani. To był bez wątpienia nauczyciel z pasją. Zawsze pełen energii, niesamowitych historii, uśmiechnięty. Minęło przecież już tyle lat, a ja do dziś pamiętam, jak nam mówił o tym, jakie środki bezpieczeństwa należy zachować podczas grzybobrania, żeby się nie otruć; jakie są objawy zarażenia tasiemcem albo jakie niesamowite rzeczy jest w stanie zrobić człowiek w sytuacji stresowej. Tak. Ten nauczyciel potrafił zaciekawić nawet najbardziej opornego ucznia.

Nie zapomnę też mojej prywatnej nauczycielki języka angielskiego - Pani  Anetty Kochel. Pamiętam, że była w stanie wytłumaczyć mi każdą zawiłość językową w sposób tak przystępny, że w mig wszystko rozumiałam. Pamiętam też jeden, powiecie, zupełnie nieistotny, a dla mnie jakże miły szczegół: jej pióro. Podczas lekcji używała zawsze fioletowego atramentu. Nigdy nie poprawiała moich wypracowań na czerwono, tylko właśnie na fioletowo. Powiedziała, że robiła to celowo, żeby nie stresować uczniów czerwienią długopisu. Taki niewinny szczegół, a jakże kolosalna różnica. Lekcje angielskiego z nią były tak fascynujące, że na kolejną szkołę w swojej edukacji wybrałam liceum językowe.

Miałam być nauczycielką...


Moje marzenie nie uległo zmianie również w liceum. Tam też miałam przyjemność mieć wielu wspaniałych nauczycieli. Z tego okresu zapamiętałam w szczególności:

Panią od fizyki. Tak. Dobrze przeczytaliście. Od FI-ZY-KI. Okazuje się, że ten przedmiot da się lubić, nawet jeśli jesteś tak zwanym humanistą. Trzeba tylko trafić na naprawdę dobrego nauczyciela. A taka właśnie była Pani Małgorzata Senderek. No ale sami powiedzcie, jak można nie kochać fizyki, kiedy rozwiązuje się zadania na temat ośmiornicy, którą rzucono na lodowisko z określoną siłą pod odpowiednim kątem, co nie? 
😉 


źródło: https://demotywatory.pl/

Och! I oczywiście Pani Bożena Sendor-Lis od angielskiego, przy której łamaliśmy sobie języki wypowiadając "Peter Piper picked a peck of pickled peppers. A peck of pickled peppers Peter Piper picked. If Peter Piper picked a peck of pickled peppers, Where's the peck of pickled peppers Peter Piper picked?" Chyba nie jesteście sobie w stanie wyobrazić, jak byliśmy spoceni i opluci po tego typu lekcjach wymowy. 😉  Albo kończyliśmy zajęcia z bolącymi brzuchami od śmiechu, po tym jak przez 45 minut patrzyliśmy w lusterka wypowiadając "suseł" albo "Zuza" z językiem między zębami. 😉 

I oczywiście nie mogę nie wspomnieć o Pani dr Agnieszce Domosławskiej od języka polskiego. Lekcje z nią to była prawdziwa uczta. Zawsze świetnie przygotowane, o rozszerzonej tematyce i, oczywiście, niesamowicie interesujące. Ta nauczycielka pokazywała nam, jak historia, literatura i kultura zawsze współgrały ze sobą na przestrzeni wieków. Żaden z moich wcześniejszych polonistów tak cudownie wszystkiego nie tłumaczył i nie zachęcał do samodzielnego myślenia.

Ile nauczyliśmy się dzięki niej choćby o patronie naszej szkoły - Adamie Mickiewiczu. Wiecie, że ponoć strasznie śmierdział. 
😉 Ile godzin spędziliśmy na niesamowicie fascynującej analizie "Zbrodni i kary" Dostojewskiego. Śmiem wątpić, że gdyby nie obszerna podstawa programowa, mogliśmy dywagować o tej powieści cały rok. A ponieważ byliśmy klasą dwujęzyczną z wykładowym językiem angielskim, czasem otrzymywaliśmy także przygotowaną przez Panią Domosławską poezję Szekspira i innych autorów do przeczytania w wersji oryginalnej. No i jeszcze te niesamowite wiersze Wisławy Szymborskiej, które odkryłam właśnie dzięki tej nauczycielce. Do dziś Wisława Szymborska jest bez wątpienia moją ukochaną poetką.

W liceum jednak coś uległo zmianie. Dorosłam. A przez to zaczęłam zwracać uwagę na różne aspekty otaczającej mnie rzeczywistości. Przestałam być idealistką. 


I wiecie co? Reality sucks! 


Ta wspaniała Pani od fizyki w pewnym momencie łamiącym się głosem poinformowała nas, że odchodzi. W jednej z finlandzkich szkół zachwycono się jej niesamowitą pasją do nauczania oraz wiedzą i bez wahania zaproponowano jej pracę na pełny etat. Po przemyśleniu za i przeciw, Pani Senderek zdecydowała się przyjąć ofertę. Powiedziała, że dzięki temu pierwszy raz w życiu będzie mogła naprawdę godnie żyć, że w końcu nie będzie jej brakowało, jak dotychczas, choćby na farbę do włosów. Wtedy dopiero zrozumiałam, dlaczego co drugi miesiąc chodziła na lekcje z siwymi odrostami... Była to osoba samotna, więc nie musiała się martwić, co zrobić z dziećmi, ani jak zareaguje jej mąż na decyzję o przeprowadzce do innego kraju. Pojechała, bo mogła, chociaż wiem, że tak naprawdę w głębi serca tego nie chciała. W Polsce zostawiła rodziców, przyjaciół i swoich uczniów. Gdyby miała godziwe warunki pracy tutaj w Polsce, zostałaby w kraju i dalej nas uczyła. Jej uczniowie w Helsinkach mają wiele szczęścia. Otrzymali niesamowitą nauczycielkę. Mam tylko nadzieję, że i Pani Małgorzata dobrze się tam czuje i jest szczęśliwa. 

Drugi z wymienionych powyżej nauczycieli licealnych, Pani Bożena Sendor-Lis, uczyła nas tylko przez pierwszy rok, a miała uczyć całe 5 lat. Mieliśmy tylko tyle lub aż tyle szczęścia. Moja angielska wymowa brzmi jak brzmi (a wydaje mi się, że brzmi całkiem nieźle 😉) tylko i wyłącznie dzięki tej osobie. Powód, dla którego odeszła ze szkoły? Chyba nie ma co zgadywać. Oczywista oczywistość - ZAROBKI. Pani Bożena otrzymała o wiele lepszą ofertę pracy. Miała na tyle szczęścia, że oferta napłynęła do niej z Polski, a nie zza granicy, więc nie musiała aż tak diametralnie zmieniać swojego życia jak Pani od fizyki. Mogła też nadal pracować z językiem angielskim i poniekąd blisko szkolnictwa. Przeszła do kadry przygotowującej olimpiady z angielskiego. 

Rzeczywistość okazała się przykra również dla trzeciego wśród wymienionych przeze mnie przed chwilą nauczycieli - Pani Domosławskiej. I ona pewnego dnia musiała z żalem w głosie powiedzieć nam, że odchodzi. Z tym że w jej przypadku sytuacja była dramatyczna. Po prostu zerwano z nią umowę. Tak zwane cięcia w kadrach. Czyżby to jednak był zły nauczyciel? - pomyślicie. Może spóźniała się na lekcje? Może przestała się przygotowywać do zajęć? A może zaczęła się znęcać nad uczniami? NIC Z TYCH RZECZY! Powodem była jej... sytuacja rodzinna (!) Ona była singielką, a inny nauczyciel języka polskiego w tej samej szkole miał na utrzymaniu żonę i dzieci. I co z tego, że Pani Domosławska była milion razy bardziej kompetentna od tego drugiego wykładowcy? Sorry. Family comes first! :/ Jak bardzo dużo straciliśmy wraz z odejściem tej nauczycielki. Mam tylko nadzieję, że jej niesamowita wiedza i zdolności pedagogiczne zostały w końcu docenione i znalazła pracę w godnych warunkach. Zasługiwała na to bez dwóch zdań

Te wszystkie sytuacje sprawiły, że coraz bardziej zaczęłam zwracać uwagę na tę szarą rzeczywistość nauczycieli. Wiecie na przykład, na jaką brykę mogła sobie pozwolić nasza nauczycielka od biologii - Pani Maria Głowacka - osoba z dwoma doktoratami władająca sześcioma (!) językami obcymi (w tym językiem jednego z plemion indiańskich)? Na... malucha! I nie, nie chodziło o to, że była hipsterką. W tamtych czasach w ogóle nie było jeszcze hipsterów. Jej po prostu NIE BYŁO STAĆ na inne auto! Albo jeszcze inny wspaniały nauczyciel - Pan Łukasz Kowalczuk. To on stał się naszym nauczycielem prowadzącym od angielskiego po odejściu Pani Bożeny Sendor-Lis i wkłuł nam do głów język Szekspira tak, że pod koniec liceum praktycznie każdy z uczniów miał poziom proficency albo przynajmniej advanced. Otóż ten nauczyciel przemieszczał się po mieście rozklekotaną Skodą. Powód? Chyba wiadomy...


z Panią dr Marią Głowacką

Nie zapomnę też jednej sytuacji z lekcji języka polskiego. Nasza nauczycielka zwierzyła nam się, że kiedy oglądała scenę wypłaty miesięcznego wynagrodzenia w filmie "Dzień świra", łzy same napłynęły jej do oczu. Bite 777 złotych...

"Nie, no to nie do wiary. Nie, to być nie może. Osiem lat podstawówki i cztery liceum. Potem pięć, bite, studiów, dyplom z wyróżnieniem, dwadzieścia lat praktyki, i oto mi płacą, jak by ktoś dał mi w mordę. Ja pierdolę, kurwa! O, bracia poloniści, siostry polonistki, sto trzydzieścioro było nas na pierwszym roku. Myśleliśmy, że nogi Boga złapaliśmy, że oto nas przyjęto do szkoły poetów. Szkoła poetów, Dżizus, kurwa, ja pierdolę! Przez pięć lat stron tysiące, młodość w bibliotekach. A potem bida, bida i rozczarowanie!". 




Miałam być nauczycielką...


I wiecie co? Może ja jestem głupia. Może jestem jakaś naiwna. Mimo tych wszystkich szarych i smutnych realiów rzeczywistości nauczycielskiej w Polsce, po ukończeniu liceum zdecydowałam się... na studia filologiczne. Nadal bowiem marzyłam o zostaniu nauczycielką. Minęły pierwsze trzy lata studiów, a ta pasja nie minęła. Kiedy miałam do wyboru dwie specjalizacje: pedagogiczną i tłumaczeniową, bez wahania wybrałam tę pierwszą.

Praktyki robiłam w dwóch liceach: renomowanym V LO w Krakowie oraz znajdującym się trochę niżej na liście krakowskich liceów - nowohuckim XVI LO. Tym razem moimi uczniami nie były już lalki ani misie. To byli nastolatkowie z krwi i kości. I co? Czułam się po prostu fantastycznie. Jak ryba w wodzie. Starałam się przekazać swoim uczniom wszystko, co wiedziałam na dany temat. Siedzieli wpatrzeni we mnie swoimi okrągłymi lecz nie plastikowymi oczami. Tak bardzo kochałam ich uczyć. 

Pierwsza nauczycielka, u której robiłam praktyki, powiedziała, że jest pod wrażeniem mojej pasji do nauczania i talentu do uczniów. Zwierzyła mi się też, że widzi we mnie siebie sprzed lat. Stwierdziła, że ona czuje się spełniona jako nauczyciel, że jest to dla niej rzeczywiście praca marzeń. Trudy polskiego szkolnictwa? Zniknęły jak za zamachem magicznej różdżki. "Czyli można być nauczycielem w Polsce i być szczęśliwym!" - pomyślałam pełna nadziei i radości. Niestety moja idealistyczna wizja spełnionego nauczyciela szybko została rozwiana. "Zdradzę Ci pewną tajemnicę" - dodała nauczycielka. "Zrób, jak ja. Znajdź sobie bogatego męża. Wtedy będziesz mogła być szczęśliwą nauczycielką. Bez tego nie przeżyjesz". Magiczna różdżka przestała działać. Spadłam na ziemię. Reality sucks!


źródło: https://www.mindbodygreen.com/

W drugim liceum nauczycielka również była dla mnie niezwykle miła i nie szczędziła komplementów. Co więcej, niektórzy z jej uczniów przychodzili do mnie po skończonej lekcji i mówili, że bardzo im się podobało, że marzą o studiach filologicznych, że chcieliby studiować, ale zdają sobie sprawę, że chodzą do gorszego liceum, więc dostanie się na wymarzone studia może być dla nich nie lada wyzwaniem. Niektórzy dziękowali mi za to, że w końcu zrozumieli niektóre z zagadnień tego zawiłego jak dotąd dla nich języka, jakim był hiszpański. Najbardziej jednak utkwiła mi w głowie jedna dziewczyna, która po skończonej lekcji powiedziała mi, że bardzo chciałaby się uczyć i w przyszłości zostać nauczycielką, ale sytuacja w domu jej na to nie pozwala. Jest za głośno. Rodzice piją. Ma dużo młodszego rodzeństwa, którym się musi opiekować po lekcjach.


Nie jestem w stanie wyobrazić sobie innego zawodu, który byłby tak ważny dla formowania przyszłych pokoleń, zawodu tak niesamowicie satysfakcjonującego i zarazem odpowiedzialnego, dzięki któremu można pomóc wielu dzieciom tu i teraz.

Ponownie moja idealistyczna dusza nauczycielska szybowała w przestworzach. "To jest to! Nie ma lepszego zawodu od nauczyciela!". Jednak znów szybko i boleśnie spadłam na ziemię. "Wspomniała mi Pani wcześniej, że dorabia sobie do studiów. Tak z ciekawości, mogłabym wiedzieć, ile Pani w tej pracy płacą?" - zapytała się mnie nauczycielka prowadząca moje praktyki. Usłyszawszy moją odpowiedź, mina jej zrzedła. Westchnęła i powiedziała: "Po tylu latach pracy i zarabiam o wiele mniej od Pani. A Pani przecież pracuje tylko na niecały etat i to jeszcze bez ukończonych studiów, "dorabiając sobie", jak to sama Pani określiła". Zrobiło mi się strasznie głupio. Ja - wtedy przecież jeszcze taka siksa młoda, studentka, a w swojej pierwszej pracy, w której nie wymagano ode mnie ani dyplomu, ani żadnego doświadczenia, zarabiałam więcej od wieloletniego nauczyciela. Przecież to jest NIENORMALNE! 


Miałam być nauczycielką... ale nią nie jestem


Powód? Tylko jeden. Horrendalnie niskie zarobki. I nie, nie jestem materialistką. Wręcz przeciwnie. Ale wiem, że muszę mieć pieniądze, żeby mieć dach nad głową i co włożyć do garnka. I, proszę, nie mówcie mi, że pensja nauczycieli jest OK, bo nie jest. 2500 złotych na rękę i to dopiero, kiedy jesteś nauczycielem dyplomowanym? W Krakowie, gdzie mieszkam, dokładnie taką kwotę muszę co miesiąc przeznaczać na wynajem, czynsz i rachunki. I nie, nie mieszkam w willi z basenem. Takie są po prostu tutaj ceny. Nie każdy ma działkę rodzinną, na której może się wybudować. Ja na przykład nie mam. Dlatego wynajmuję mieszkanie, a jako że mam męża, dwoje dzieci i troje kotów, mieszkamy nie na 30m2 ale na 60. Czy to zbyt wygórowane wymagania? Czy, żeby godnie żyć muszę poszukać sobie kasiastego męża? Ja tam wolę wyjść za mąż z miłości a nie dla pieniędzy.

Dlaczego płacicie nauczycielom tak mało???


Po studiach wyjechałam do Hiszpanii. I tam mieszkałam przez kilka lat. I wiecie co? Bardzo często zadawano mi jedno pytanie: "Dlaczego w Polsce płacicie tak mało nauczycielom?". Nigdy nie wiedziałam, co odpowiedzieć. No bo sama właśnie cały czas zastanawiam się DLACZEGO?


źródło: Pixabay

Jeden z moich byłych nauczycieli akademickich, Carmelo Molina, zatrudniony na uniwersytecie na warunkach swojego ojczystego kraju, czyli naprawdę świetnych w porównaniu z warunkami polskimi - w pewnym momencie otrzymał ofertę dodatkowej pracy w jednym z krakowskich liceów. Fajnie mu się z dyrektorką rozmawiało. On jest człowiekiem z tak zwanym jajem, ona też ma spore poczucie humoru. Ale w pewnym momencie rozmowa przeszła do konkretów. Zapytał o wynagrodzenie. Kiedy Pani dyrektor podała mu kwotę, jaką miałby zarabiać, zaśmiał się jej w twarz. Ale nie zrobił tego po chamsku. On najzwyczajniej w świecie myślał, że to jakiś żart. Ale to nie był żart. Tyle się po prostu płaci nauczycielom w Polsce... Pracy nie przyjął. I, szczerze mówiąc, nie dziwię mu się.

Mój jeden dobry holenderski kolega powiedział mi kiedyś, że jego polski szwagier jest teraz managerem w międzynarodowej firmie. Zarabia bardzo duże pieniądze. On był z niego dumny. Powiedział, że dobrze jego szwagier postąpił. Zrezygnował bowiem w pewnym momencie z pracy na uniwersytecie i robienia na nim habilitacji. Chciał nie musieć martwić się już więcej o wyżywienie swojej rodziny. Zaczął pracować w korpo. Mnie ta historia bardzo zasmuciła. Powiedziałam, że bardzo mi przykro, bo tak nie powinno być, żeby świetny nauczyciel akademicki musiał porzucać naukę dla - zabrzmi to strasznie, ale tak jest, - KASY. Mój kolega nie zgadzał się ze mną. Dla niego pieniądze = sukces. Dla mnie wiedza to potęga, to siła i przyszłość. Ale zdaję sobie sprawę, że z samej wiedzy człowiek nie wyżyje. 

Sama w pewnym momencie podjęłam podobną decyzję. Zaczęłam pracować w korporacji. Z tym że ja się z tego nie cieszę, bo mimo że mam wyższe wynagrodzenie, rezygnując z tego, co całe życie było moją pasją, czuję się, jakby moja dusza umarła. Ale mam dzieci. Więc co mam im powiedzieć? "Dziś, kochani, na obiad będzie Mickiewicz z domieszką Cervantesa? No co? Dlaczego jesteście tacy smutni? Nie lubicie celulozy?".

Kiedyś było inaczej...


Mój Tata (rocznik 1930, więc wie, co mówi) powiedział mi, że przed ostatnią wojną światową dwoma najbardziej szanowanymi społecznie zawodami w Polsce byli kolejarze i nauczyciele. Odzwierciedlało się to też oczywiście w ich zarobkach. 
Dlaczego kolejarze? Ponieważ bez nich nie byłoby przemysłu. Przecież żeby wyprodukować maszyny, najpierw do fabryk trzeba było przywieźć surowce. Natomiast potem to, co przemysł wyprodukował, żeby sprzedać, trzeba było porozwozić. A jak to zrobić? Koleją oczywiście. 
Dlaczego nauczyciele? Ponieważ oni nauczali młodzież, więc to od nich zależała przyszłość narodu. 

Ale przyszła II Wojna Światowa i wszystko uległo zmianie. Najpierw hitlerowcy wymordowali najważniejszych nauczycieli. Ale zaraz. Dlaczego tracili czas na jakiś nauczycieli? Na tych leni, co po 18 godzin tygodniowo pracują?! Na tych nierobów, co mają dwa miesiące wakacji?! Co czemu? Bez sensu... Bez sensu? No nie zupełnie. Mój Tata nie raz wspominał, jak to w Krakowie hitlerowcy zaprosili na rozmowę wszystkich najważniejszych profesorów z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ci myśleli, że to rzeczywiście będzie rozmowa, więc przyszli. A tu się okazało, że cały budynek uniwersytecki został otoczony wojskiem i wszystkich największych rangą zawieziono... do obozu koncentracyjnego w Niemczech... Bo, moi drodzy, nauczyciele to nie nieroby, nie nieuki, nie lenie śmierdzące. To naprawdę osoby, od których zależy przyszłość całego narodu. I jest tak bez względu na to, czy w to wierzycie, czy nie.




Ale nie każdy nauczyciel jest dobry!


Może powiecie, że nie wszyscy nauczyciele są dobrzy. Że są też tacy, którzy nie powinni nigdy byli uczyć. Zgadzam się. Ale czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego tak się dzieje? A wydaje mi się, że dzieje się tak coraz częściej. 

Najlepsi nauczyciele po prostu cały czas odchodzą ze szkół. Działo się tak już za moich lat szkolnych, a były to czasy jeszcze sprzed ogromnej reformy gimnazjalnej, czyli kiedy do podstawówki chodziło się 8 lat, a do liceów 4. I ci najlepsi nauczyciele odchodzą dalej. I będą odchodzić. Co więcej, niektórzy (a podejrzewam, że może być ich całkiem sporo) do szkoły nawet nie pójdą ze strachu, że nie przeżyją. To jest przykład choćby i mojej osoby. 

Szkoły jednak będą nadal działać z tym, że opuszczające ich mury młodzież będzie niestety coraz głupsza. No bo skoro najlepsi nauczyciele odchodzą, to kto się ostanie? No kto?

Plus dodatkowo komu z tych nauczycieli ma się chcieć dobrze wykonywać swoją pracę? Jak często słyszę stwierdzenia typu: "Szef w ogóle we mnie nie inwestuje. Nie wysyła na żadne szkolenia. Nie czuję się doceniony/a w pracy. Jeśli szef się nie stara, ja tym bardziej nie będę". Czym takie podejście różni się od braku motywacji wśród nauczycieli? Kto im płaci za dodatkowe szkolenia? Kto daje godziwą pensję? NIKT!

A może to... zazdrość?


Koniec tego artykułu będzie trochę drastyczny, przyznaję. Nie odbierajcie jednak tego zakończenia osobiście jako krytykę Waszej osoby, bo nią nie jest. Po przeczytaniu całości tego tekstu, pomyślcie jednak przez chwilę, czy w tym, co napiszę poniżej nie ma ziarnka prawdy:

Jak bardzo przez te ostatnie dni pluje się na nauczycieli. Że w głowach im się poprzewracało! Że tyle osób ma przecież gorzej! Że wujek Mietek pracuje za połowę tej pensji, a pani spod piątki w ogóle ma minimalny zasiłek, a jakoś żadne z nich nie strajkuje. Że pracować tym nauczycielom się nie chce! Że mogliby na budowie porobić, to od razu by im się odechciało narzekać! Wstydu nie mają!

A ja na to odpowiem tak: 

Pamiętacie może jeszcze jeden fragment cytowanego wcześniej "Dnia świra"?


"Gdy wieczorne zgasną zorze,
Zanim głowę do snu złożę,
Modlitwę moją zanoszę
Bogu Ojcu i Synowi:
"Dopierdolcie sąsiadowi!
Dla siebie o nic nie wnoszę,
Tylko mu dosrajcie proszę". 


Kto ja jestem? Polak mały

Mały, zawistny i podły.

Jaki znak mój? Krwawe gały.
Oto wznoszę swoje modły
Do Boga, Marii i Syna:
"Zniszczcie tego skurwysyna
Mego brata, sąsiada,
Tego wroga, tego gada".

"Żeby mu okradli garaż,
Żeby go zdradzała stara,
Żeby mu spalili sklep,
Żeby dostał cegłą w łeb,
Żeby mu się córka z czarnym
I w ogóle żeby miał marnie,
Żeby miał AIDS-a i raka".
Oto modlitwa Polaka".



I teraz niech każdy sam przed sobą szczerze odpowie: Nie uważacie, że coś w tym jest? Że czasami ma się wrażenie, że Polacy chcieliby, aby każdy miał źle? Sąsiad ma nową brykę? Zazdrość. Znajoma ma lepszą pensję od mojej? Może w życiu osobistym przynajmniej jej się nie układa. Mąż znęca się psychicznie nad swoją żoną, a moją koleżanką w pracy? Mój mnie bije. Przesadza tamta. Jakoś trzeba żyć, a nie cały czas narzekać, że jaki to tamten niedobry. Wszyscy mamy źle!



A ja bym chciała, żeby nauczyciele zarabiali więcej ode mnie. Wydaje mi się to jak najbardziej sprawiedliwe. Chciałabym też, żeby zarabiali więcej niż kierowcy TIRów, sprzedawcy na kasach, czy też budowlańcy. Szanuję wszystkie zawody, ale uważam, że nauczyciel to jeden z ważniejszych, jeśli nie najważniejszy zawód w każdym kraju i chciałabym, żeby osobom w przyszłości uczących moje dzieci się chciało uczyć, żeby nie tylko ich pensja odzwierciedlała szacunek społeczny do ich zawodu, ale też, żeby system oświaty uległ diametralnej zmianie i był przystosowany do czasów, w których my żyjemy, a nie żyjemy w wieku XIX tylko XXI.  



"A potem beznadzieja i starość pariasa i wszechporażająca nas wszystkich pogarda, władzy od dyktatury, aż po demokrację, która nas, kałamarzy, ma za mniej niż zero. Dlaczego władza każdej maści ma mnie za nic? Czy czerwona, czy biała, jestem dla niej śmieciem, kurwa! Pod każdą władzą czuję się jak kundel! Czemu nie jestem chamem ze sztachetą w ręku? Ktoś by się ze mną liczył gdybym rzucił cegłą! A przecież stanowimy sól ziemi. Tej ziemi! Mimo że nie jesteśmy prymitywną siłą, dyktaturami zawsze wstrząsają poeci! Wtedy nas potrzebują, zrozpaczone masy, które nie widzą dalej niż kawał kiełbasy! Które nie widzą dalej…". Fragment "Dnia świra".

Nauczyciele latami kulturalnie prosili. Wiele, wiele lat. Zbyt wiele. Może rzeczywiście trzeba było wcześniej wziąć do ręki tę sztachetę albo rzucić cegłą? Ale z drugiej strony nauczyciele to nie chamy tylko inteligencja naszego narodu. Prosili więc kulturalnie... Jednak przychodzi taki moment, że prosić się już nie da. Ja to rozumiem, dlatego stoję murem za nauczycielami i popieram ich strajk.





Jeśli spodobał Ci się ten wpis i chcesz być na bieżąco z moimi działaniami i niczego nie przegapić:

- obserwuj mnie na Facebooku - Mama pod prąd FB


- zaglądaj do mnie na Instagramie - Mama pod prąd Instagram

środa, marca 27, 2019

Krzyk i płacz a macierzyństwo, czyli jak nie zwariować

Krzyk i płacz a macierzyństwo, czyli jak nie zwariować
Między ciszą a ciszą
sprawy się kołyszą
i idą
i płyną
póki nie przeminą
póki nie przeminą

A ja czekam i czekam i czekam
ciszę wplatam we włosy
i na palce nawlekam
na palce nawlekam

***

Między ciszą a ciszą 
krzyki dzieci słyszą
i szlochy
i fochy
w końcu znowu śpiochy

A ja czekam i czekam i czekam
ciszy pragnę nad wszystko
i na życie narzekam
na życie narzekam


źródło: Pixabay

środa, marca 20, 2019

Share week 2019, czyli moje ulubione blogi

Share week 2019, czyli moje ulubione blogi
źródło Pixabay

Jest taka akcja, w której się zakochałam od razu od momentu, kiedy się o niej dowiedziałam. A dowiedziałam się mniej więcej rok temu, kiedy zaczynałam powolutku, baaardzo powolutku rozkręcać się w blogowym 
świecie. Mój blog został wtedy polecony przez  dwie blogerki. Byłam w szoku! Miałam wtedy dosłownie kilkadziesiąt polubień na Facebooku. Dlatego nie wierzyłam, że ktokolwiek czyta moje wypociny, a tym bardziej, że komuś się to podoba, że kogoś mogę rozśmieszyć, pomóc, a może nawet zainspirować. A tu nagle taka niesamowita niespodzianka, zaszczyt i równocześnie - nie ukrywam - odpowiedzialność. ZOSTAŁAM POLECONA. Do dziś pamiętam, co napisały o mnie te osoby:

niedziela, marca 17, 2019

Książeczki dla niemowląt, część II

Książeczki dla niemowląt, część II
Książki dla niemowląt. Z jednej strony oczywistość. Z drugiej niemal oksymoron. No bo wymyśl tu coś na tyle ciekawego, żeby przykuło uwagę kogoś kiepsko widzącego oraz na tyle pancernego, żeby nie zostało zniszczone przez kogoś ze szwankującą motoryką w rękach. Niemowlę przecież wszystko bierze do buzi i ślini, i żuje. A do tego lubuje się w rozrywaniu, mięciu, miażdżeniu i deptaniu. I, jakby to było niewystarczające, nie wie, czym jest książka i że należy ją szanować. Jak sami widzicie, niesamowicie skomplikowany kejs. Przygotowanie więc lektury dla takiego targetu to nie lada wyzwanie. Na rynku jest sporo pozycji przeznaczonych dla najmłodszych, ale, według mnie, niewiele z nich tak naprawdę zasługuje na uwagę. 

książki niemowlę dzieci czytanie
autor zdjęcia: Daga Wis Fotografia

poniedziałek, marca 11, 2019

Tort na urodziny... bez cukru

Tort na urodziny... bez cukru
Jak ten czas szybko leci! Dopiero co piekłam tort na pierwsze urodziny Sebastiana, a już Sebastian obchodził drugie! Daleko mi do kuchennych Nigelli, a o wiele bliżej do Ch... Pani Domu. Taka prawda i nie zamierzam tu nikogo oszukiwać. Z moimi kiepskimi zdolnościami kulinarnymi oraz brakiem chęci do gotowania już się pogodziłam i zaakceptowałam je. 😉Co prawda po narodzinach swoich dzieci gotuję więcej oraz zdrowiej niż kiedyś, jednak nadal nie jest to moją pasją. Wróć - nigdy raczej pasją nie będzie. Prędzej koniecznością.




Ale jest taki jeden dzień w roku, w którym czuję wewnętrzną potrzebę, żeby coś ugotować i, co więcej, sprawia mi to niesamowitą radość. Tak. Dobrze przeczytaliście - RADOŚĆ.😉Tym dniem są urodziny moich dzieci. Nie wyobrażam sobie, żeby obchodziły swoje urodziny bez wypasionego tortu lub też, żeby to był tort kupiony. Pewnie za kilka lat zweryfikuję ten drugi punkt i będę kupować torty, ale na chwilę obecną czuję wewnętrzną potrzebę wyrażenia miłości do swojego dziecka poprzez ten symboliczny tort urodzinowy. 😉

W diecie swoich dzieci staram się unikać cukru. Więcej o tym, dlaczego to robię, znajdziecie we wpisie na temat BLW. Przepis, który przedstawię Wam poniżej nie zawiera cukru rafinowanego. Zamiast niego w biszkoptach użyłam cukru kokosowego, który ma znacznie niższy indeks glikemiczny od standardowego cukru oraz zawiera w niewielkich ilościach, ale jednak: potas, miedź, tiaminę, cynk, żelazo, wapń oraz witaminę C.



Długo w czeluściach Internetu szukałam przepisu na prosty i pyszny tort bez cukru rafinowanego. I co? I pstro! Niczego ciekawego (oprócz przepisu, który już wykorzystałam na pierwsze urodziny mojego syna) nie znalazłam. 

Dlatego tort na drugie urodziny Sebastiana jest zlepkiem z dwóch przepisów z moimi dodatkowymi modyfikacjami. Pierwszym był przepis na biszkopt orzechowy zamieszczony na stronie najsmaczniejsze.pl, a drugim - przepis na masę śmietankowo-gruszkową ze strony klasatortowa.pl

Tort marzenie - z orzechami i gruszkami


Jeśli chodzi o tort z okazji drugich urodzin Sebastiana, miałam tylko jedno marzenie: żeby to był tort z orzechów włoskich i żeby w jego składzie były też gruszki. Dlaczego taki a nie inny tort? - zapytacie. Ponieważ w tym momencie Sebastian ma fazę na obydwa składniki. Chrupie orzechy włoskie jak wiewiórki z książki o Puciu ;-) i pożera gruszki niczym jego rodzona mama - czyli ja. ;-)




2 wersje przepisu na tort urodzinowy



Nie będę już się więcej rozpisywała, tylko w końcu napiszę, jak zrobiłam ten tort, bo przecież na ten przepis cały czas czekacie. Przepis na tort będzie mieć dwie wersje: dla ch***wych pań i panów domu oraz dla doświadczonych kucharek i kucharzy. Po kliknięciu na każdy z poniższych linków, zostaniecie przeniesieni do odpowiedniej części tego artykułu.

- dla chujowych pań lub panów domu, czyli osób takich jak ja 
- dla bardziej wprawionych kucharek i kucharzy  


Przepis na tort dla chujowych pań i panów domu

składniki:

biszkopt - łącznie trzeba upiec dwa biszkopty; poniżej podaję ilości na jeden biszkopt; użyłam tortownicy (czyli tej okrągłej foremki do tortów :P) o średnicy 26 cm (czyli tej standardowej). W sumie zastanawiam się teraz, czy nie można by było upiec po prostu jednego biszkopta, a potem go przeciąć na pół. Może i się da. Niech się wypowiedzą osoby, które bardziej się znają na gotowaniu. Ja tam wolałam nie ryzykować z kilku powodów:
    • co jeśli z powodu zbyt dużej ilości składników wyjdzie mi zakalec?
    • co jeśli nie uda mi się go ładnie przeciąć nożem na dwie części? Okropnie nie lubię przecinać biszkoptów; zawsze wychodzą mi absolutnie niesymetryczne dwie części i do tego jedna z nich z dziurą i pokruszona. ;-)
    • co jeśli się nie upiecze do końca albo przypali, jeśli za długo przetrzymam w piekarniku? Według oryginalnego przepisu ze składnikami na jeden biszkopt ma się nastawić piekarnik na 170 stopni i piec przez 35 minut. A jak się podwoi ilość składników to cholera wie, czy tych parametrów nie trzeba by zmienić. ;-)
    • bo i tak w domu dziwnym trafem posiadam dwie identyczne tortownice, więc po prostu po wyjęciu jednego biszkopta do piekarnika od razu wstawiłam kolejny. ;-)
Dlaczego ten biszkopt jest idealny dla ch***wych pań i panów domu? 

Ponieważ w jego składzie nie ma proszku do pieczenia, a co za tym idzie, nie trzeba się stresować, że najpierw cudownie wyrośnie w piekarniku, a następnie - po jego wyjęciu - tak się zmniejszy, że ledwo go będzie widać. 😉
A teraz czas w końcu nadszedł czas na podanie składników do pojedynczego biszkopta:
  • 120 g zmielonych orzechów włoskich (w oryginalnym przepisie była mowa o orzechach laskowych, ale ja miałam ochotę zrobić tort z orzechów włoskich, wiec podmieniłam ten składnik). I tutaj jeszcze jedna adnotacja. Kupcie orzechy już zmielone. Ja miałam obrane (bo chyba nikt nie wpadnie na pomysł kupienia orzechów jeszcze w łupinkach!), ale w całości, więc najpierw musiałam je zmielić. Uradowana, że przecież mam młynek do kawy, więc w mig poradzę sobie z tym fantem wsypałam orzechy do młynka, nacisnęłam guzik i mielę i mielę i mielę i, cholera, nie mieli się tak szybko jak kawa. Nie wzięłam pod uwagę, że orzechy są tłuste, więc te, które się zmielą, przywrą do ścianek młynka, a reszta będzie sobie radośnie skakać w tym młynku, ale już się mielić nie będzie. Ile ja się napociłam, żeby zemleć tę łączną ilość 240 g (na dwa biszkopty) w młynku i jeszcze zrobić to tak, żeby młynek się nie przepalił, bo był już nieźle gorący, kiedy w końcu ukończyłam proces mielenia. Gdyby się popsuł, pozostałabym bez kawy, a to byłaby przecież TRAGEDIA! Będąc mamą, kawa to absolutny must have. 😉 Pomyślicie sobie - "No ale czemu nie poszła do sklepu po orzechy mielone?". Nie poszłam, bo tort akurat robiłam w niedzielę bez handlu. 😉
  • 5 jajek (białka i żółtka oddzielnie). To oddzielanie żółtek od białek jest trochę wyższą szkołą jazdy dla mnie, ale dałam radę. Jedynie co, to każde jajko rozbijałam nad małą filiżanką, do której odlewałam białko i dopiero stamtąd to białko przelewałam do dużej miski. Dlaczego tak? Bo co by było, gdyby podczas oddzielania białka od żółtka to żółtko pękło i połączyło się z białkiem? No kaplica by była! Ot co. Trzeba by było zaczynać proces oddzielania żółtek od białek od początku. A tak jeśli coś się nie uda, najwyżej będzie jajecznica na kolację z jednego jajka, a reszta żółtek i białek - zwarta i gotowa do robienia biszkoptu. ;-)
  • 70 gramów (około pół szklanki) cukru pudru (zrobionego z cukru kokosowego) - to akurat pikuś. Odmierzoną ilość cukru kokosowego przesypuję do młynka na kawę. Mielę kilka sekund i gotowe.
  • 20 g skrobi ziemniaczanej (1,5 łyżki) - łyżka łyżce nierówna, więc ja tam skrobię ziemniaczaną zważyłam. Aha, skrobia często jest sprzedawana pod błędną nazwą "mąka ziemniaczana". Prawdziwej mąki ziemniaczanej praktycznie nie da się dostać, więc jeśli w sklepie nie widzicie skrobi tylko mąkę, można kupować w ciemno, bo to będzie dokładnie to samo. 😉
  • 40 gramów kaszy manny (4 łyżki) - jak już pisałam powyżej, łyżka łyżce nierówna, więc kaszę mannę też zważyłam. 😉
  • pół cytryny i niecała szklanka herbaty Rooibos - do nawilżenia biszkopta już po jego upieczeniu

kandyzowane gruszki
  • 3 gruszki (lepiej twardsze niż miększe) 
  • kilka kropli aromatu waniliowego 
  • 2 łyżki syropu klonowego 
  • trochę wody

masa
  • 1 miękka gruszka
  • 500 g serka mascarpone
  • 600 ml śmietanki 30% lub 36% - ze śmietaną tzw. kremówką miałam dotychczas różne nieprzyjemne przejścia. Najczęściej albo w ogóle mi się nie ubijała, albo zamiast stać się piękną ubitą śmietanką, zamieniała się w owszem może i ładne, ale jednak masło. Co zrobiłam tym razem? Po prostu kupiłam śmietankę beż żadnych stabilizatorów, czyli śmietankę bio. Efekt? Ubiła się jak marzenie! 😊
  • 2 łyżki syropu klonowego

Przygotowanie:

biszkopt:


Przygotuj wszystkie składniki, tak, aby były pod ręką. 






Temperaturę w piekarniku ustaw na 180°C, a wewnętrzną część tortownicy wysmaruj masłem i oprósz mąką. W oryginalnym przepisie było co prawda napisane, że ma być temperatura 170°C, ale ja tam nie potrafię takiej ustawić w swoim piekarniku, więc dałam 180°C. I co? I wyszło! 😉

W miseczce zmieszaj zmielone orzechy razem z kaszą manną i skrobią ziemniaczaną. Do jednej miski przełóż białka i zmiksuj je na gęstą i sztywną pianę. 



W drugiej misce umieść żółtka, dodaj cukier puder i zmiksuj na gładką masę. 



Trzeba to robić kilka minut, aby uzyskać masę o fajnej kremowej konsystencji.


Potem mieszankę orzechową dodawaj po jednej łyżce do ubitych białek i mieszaj wszystko delikatnie drewnianą łyżką. 
Następnie zrób to samo z masą jajeczną - dodawaj ją powoli do białek z mieszkanką orzechową cały czas mieszając delikatnie łopatką i uważając, aby masa nie opadła.
W oryginalnym przepisie było napisane, żeby żółtka z cukrem i orzechy najpierw połączyć, a potem tę gęstą maź dodawać powoli do ubitych białek. Jak dla mnie ta opcja była zbyt stresująca, ponieważ delikatna piana podczas łączenia zbitej lepkiej maźki od razu siadała. Nie chcecie się stresować, zróbcie według mojego patentu, jaki opisałam powyżej: dodawajcie orzechy osobno i masę jajeczną osobno. 😉


Na koniec masę przelej do formy i wstaw do rozgrzanego piekarnika.
Biszkopt piecz około 35 minut. Po tym czasie otwórz drzwiczki piekarnika i w środek biszkopta wbij drewnianą wykałaczkę. Jeśli po jej wyjęciu, będzie ona sucha, oznacza to, że biszkopt jest już gotowy. Jeśli będzie wilgotna, trzeba piec biszkopt przez jeszcze kilka minut. 
Upieczony biszkopt wyjmij z piekarnika. Pozostaw go w blaszce do całkowitego ostudzenia okrywając go od góry ręcznikiem. 


Włóż drugi biszkopt do piekarnika i piecz tak samo, jak pierwszy.
W międzyczasie przygotuj roztwór do nasączenia biszkoptów: zaparz jedną torebkę herbaty Rooibos i odstaw do wystygnięcia. Następnie dodaj do herbaty sok z połówki małej cytryny.
Kiedy biszkopty nie będą już gorące, wyjmij je delikatnie z foremki i nasącz przygotowanym roztworem herbaciano-cytrynowym. 


kandyzowane gruszki

Gruszki wymyj i obierz je ze skórki.


Następnie pokrój je na plasterki i przełóż na patelnię. Dodaj do nich kilka kropli aromatu waniliowego, dwie łyżki syropu klonowego oraz jeszcze troszkę wody, żeby gruszki się nie przypaliły. Podsmażaj wszystko na małym ogniu. Smaż przez kilka minut od czasu do czasu mieszając. Kiedy gruszki będą już miękkie, zdejmij patelnię z ognia i odstaw na bok do wystygnięcia.


masa




Kremówkę z cukrem pudrem ubij na sztywno. Następnie powoli dodawaj do niej serek mascarpone cały czas miksując. Miękką gruszkę obierz i zetrzyj na drobnych oczkach tarki. Dodaj ją do kremu i wymieszaj. Na samym końcu do kremu dodaj jeszcze syrop klonowy i ponownie wymieszaj.



tworzenie tortu

Na dużym talerzu połóż jeden nasączony już biszkopt. Uważaj, żeby się nie połamał. Na biszkopcie ułóż wszystkie kandyzowane gruszki. 


Następnie pokryj gruszki grubą warstwą kremu. Na krem połóż drugi nasączony już biszkopt i ponownie przykryj go grubą warstwą kremu. 


Kremem pokryj również boki tortu. Tak przygotowany tort możesz jeszcze udekorować w dowolny sposób. Ja wybrałam do tego borówki i połówki orzechów włoskich. Może ten tort nie wygląda jak z cukierni Gesslerowej, ale mnie chodziło o to, żeby był apetyczny dla mojego dwulatka lubującego się w orzechach włoskich i zakochanego w borówkach. 😉
Włóż tort do lodówki. Najlepiej będzie smakować następnego dnia. Smacznego 😊



Przepis na tort dla wprawionych kucharek i kucharzy


składniki:






biszkopt - łącznie trzeba upiec dwa biszkopty; poniżej podaję ilości na jeden biszkopt; użyłam tortownicy o średnicy 26 cm 

  • 120 g zmielonych orzechów włoskich 
  • 5 jajek (białka i żółtka oddzielnie)
  • 70 gramów (około pół szklanki) cukru pudru (zrobionego z cukru kokosowego) 
  • 20 g skrobi ziemniaczanej (1,5 łyżki) 
  • 40 gramów kaszy manny (4 łyżki) 
  • pół cytryny i niecała szklanka herbaty Rooibos 

kandyzowane gruszki
  • 3 gruszki (lepiej twardsze niż miększe) 
  • kilka kropli aromatu waniliowego 
  • 2 łyżki syropu klonowego 
  • trochę wody
masa
  • 1 miękka gruszka
  • 500 g serka mascarpone
  • 600 ml śmietanki 30% lub 36% 
  • 2 łyżki syropu klonowego

Przygotowanie:

biszkopt:

Przygotuj wszystkie składniki, tak, aby były pod ręką. Temperaturę w piekarniku ustaw na 180°C, a wewnętrzną część tortownicy wysmaruj masłem i oprósz mąką.

W miseczce zmieszaj zmielone orzechy razem z kaszą manną i skrobią ziemniaczaną. Do jednej miski przełóż białka i zmiksuj je na gęstą i sztywną pianę. W drugiej misce umieść żółtka, dodaj cukier puder i zmiksuj na gładką masę. 

Potem mieszankę orzechową dodawaj po jednej łyżce do ubitych białek i mieszaj wszystko delikatnie drewnianą łyżką. 
Następnie zrób to samo z masą jajeczną - dodawaj ją powoli do białek z mieszkanką orzechową cały czas mieszając delikatnie łopatką i uważając, aby masa nie opadła. 
Na koniec masę przelej do formy i wstaw do rozgrzanego piekarnika.
Biszkopt piecz około 35 minut (do suchego patyczka).
Upieczony biszkopt wyjmij z piekarnika. Pozostaw go w blaszce do całkowitego ostudzenia. 
Włóż drugi biszkopt do piekarnika i piecz tak samo, jak pierwszy.
W międzyczasie przygotuj roztwór do nasączenia biszkoptów: zaparz jedną torebkę herbaty Rooibos i odstaw do wystygnięcia. Potem dodaj do herbaty sok z połówki małej cytryny.
Kiedy biszkopty nie będą już gorące, wyjmij je delikatnie z foremki i nasącz przygotowanym roztworem herbaciano-cytrynowym. 

kandyzowane gruszki
Gruszki wymyj i obierz ze skórki. Następnie pokrój je na plasterki. Pokrojone gruszki przełóż na patelnię. Dodaj do nich kilka kropli aromatu waniliowego, dwie łyżki syropu klonowego oraz jeszcze troszkę wody, żeby gruszki się nie przypaliły. Podsmażaj wszystko na małym ogniu. Smaż przez kilka minut od czasu do czasu mieszając. Kiedy gruszki będą już miękkie, zdejmij patelnię z ognia i odstaw na bok do wystygnięcia.

masa
Kremówkę z cukrem pudrem ubij na sztywno. Następnie powoli dodawaj do niej serek mascarpone cały czas miksując. Miękką gruszkę obierz i zetrzyj na drobnych oczkach tarki. Dodaj ją do kremu i wymieszaj. Na samym końcu do kremu dodaj jeszcze syrop klonowy i ponownie wymieszaj.

tworzenie tortu
Na dużym talerzu połóż jeden nasączony już biszkopt. Na biszkopcie ułóż kandyzowane gruszki. Następnie pokryj gruszki grubą warstwą kremu. Na krem połóż drugi nasączony już biszkopt i ponownie przykryj go grubą warstwą kremu. Kremem pokryj również boki tortu. Tak przygotowany tort możesz jeszcze udekorować w dowolny sposób. Ja wybrałam do tego borówki i połówki orzechów włoskich. Włóż tort do lodówki. Najlepiej będzie smakować następnego dnia. Smacznego 😊


Reakcja na tort


Sebastian swoim tortem urodzinowym był po prostu zachwycony. Miał wszystkie składniki, które uwielbia: orzechy i borówki do wyjadania z góry tortu oraz gruszki, śmietanę i orzechy w jego wnętrzu. Mojemu dziecku smakował tak, że nie tylko mu się uszy trzęsły, ale również przez cały czas mówił "Am, mniam, mniam. Am, mniam, mniam. Am, mniam, mniam". 😊😊😊




Spodobał Wam się ten przepis? A może znacie jeszcze jakiś inny przepis na tort urodzinowy bez cukru? Dajcie znać. Z chęcią go poznam. 😊




Jeśli spodobał Ci się ten wpis i chcesz być na bieżąco z moimi działaniami i niczego nie przegapić:

- obserwuj mnie na Facebooku - Mama pod prąd FB

- zaglądaj do mnie na Instagramie - Mama pod prąd Instagram
Copyright © 2016 Mama pod prąd , Blogger