poniedziałek, lipca 01, 2019

Najłatwiejsza rzecz w ciąży, czyli historia jednego imienia

Najłatwiejsza rzecz w ciąży, czyli historia jednego imienia

Nie wiem, czy pamiętacie mój wcześniejszy wpis dotyczący podobnej kwestii, a mianowicie wyboru imienia dla mojego syna. Jeśli nie, to serdecznie Was zapraszam do lektury, bo... naprawdę można się nieźle uśmiać. 😉 Ponadto w tamtym wpisie zdradziłam Wam zarówno historię swojego imienia, jak i imienia mojego męża. Chyba więc warto, prawda?

Pamiętając tę najtrudniejszą rzecz z mojej pierwszej ciąży, czyli wybór imienia dla naszego pierworodnego, na myśl, że ta historia może się jeszcze powtórzyć, od razu oblewały mnie zimne poty. No i pewnego dnia - bam! - znowu dwie kreski na teście ciążowym. A wraz z nimi niemal od razu zaczęły mnie dręczyć natrętne myśli dotyczące tego, czy przeżyję kolejne wielomiesięczne dywagacje dotyczące imienia tym razem dla naszego drugiego dziecka. Jeśli ten proces miał być tak intensywny, jak za pierwszym razem, to najprawdopodobniej głowa by mi eksplodowała. Serio mówię. Przecież wybór imienia dla naszego syna, to był najstraszniejszy z koszmarów mojej pierwszej ciąży. Nie jakieś tam opuchnięte nogi, nie skurcze w łydkach budzące mnie po nocach, nie coraz większy brzuch utrudniający spanie w jakiejkolwiek pozycji. To wszystko to był pikuś w porównaniu z wyborem imienia dla naszego pierworodnego.




Chcąc oszczędzać swoje siły twórcze, postanowiliśmy z mężem odłożyć kwestię wyboru imienia do chwili, aż nie poznamy płci naszego drugiego dziecka. Po co myśleć nad dwoma imionami, kiedy wystarczy nad jednym, co nie? Bo wiadomo było, że dzieci będzie sztuk jeden. Nie dwa, trzy, cztery, pięć, czy, jak niedawno w Krakowie, aż sześć na raz.


Tym razem dziewczynka!


W końcu się dowiedzieliśmy. Tym razem miała to być dziewczynka. To był już drugi trymestr ciąży. Nie było więc czasu do stracenia. Wiedzieliśmy, że dłużej nie powinniśmy już odwlekać kwestii wyboru imienia dla naszego drugiego dziecka. No bo co, jeśli znowu ta sprawa zajmie nam całe miesiące?! Aż strach pomyśleć! Moglibyśmy nie zdążyć do narodzin naszej córki! 

Choć, z drugiej strony patrząc na tytuł tego posta, wybór imienia dla naszego drugiego dziecka to raczej nie była żadna droga przez mękę, a przysłowiowa bułka z masłem. I macie rację! Tak naprawdę decyzja, jak nazwać naszą córkę trwała dosłownie... kilka minut, a wyglądała następująco:

- Kochanie, wiesz jakie imię zawsze chciałam dać swojej córce, gdybym ją miała?
- No jakie?
- @#$^% (
Ha! Jej imienia Wam jeszcze w tym momencie nie zdradzę, bo nie byłoby tu żadnej zabawy).
- Podoba mi się! Niech tak będzie.


No i jest. 😉

10 zasad wyboru imienia


Mimo że decyzja co do imienia naszej córki nastąpiła w wyjątkowo ekspresowym tempie, mimo wszystko postanowiliśmy sprawdzić, czy to imię respektuje dziesięciopunktowe zasady wyboru imienia, jakie stworzyliśmy i których przestrzegaliśmy podczas wyboru imienia dla naszego syna, a które chcieliśmy również zachować i tym razem. 

O jakie 10 punktów chodzi? Ano o takie:


1) Podobne brzmienie po polsku i po hiszpańsku

Imię zarówno po polsku jak i po hiszpańsku miało brzmieć tak samo lub niemal tak samo. Dlaczego? Z bardzo prostego powodu. Nie chcieliśmy, aby hiszpańscy dziadkowie (bo siłą rzeczy prędzej oni będą mieli problem z wymową niż polscy) za każdym razem, gdyby mieli wypowiadać imię swojego wnuka, opluwali się cali starając się wydobyć z czeluści swych gardeł dźwięcznie brzmiące polskie dźwięki takie jak dż, dź, sz, cz, ś, ć, ą, czy też ę.  

2) Podobne brzmienie imienia w języku angielskim

Dodatkowym plusem było, aby imię naszego dziecka brzmiało również podobnie w języku angielskim. Wiadomo - obecnie jest to język międzynarodowy, można wręcz powiedzieć: język sukcesu, język bez znajomości którego w dzisiejszym świecie jest się po prostu analfabetą. Jeśli nasze dziecko wyjedzie kiedyś za granicę lub/i stanie się sławne na świecie (a co! 😉), nie chcieliśmy sprawiać zbytniego problemu komukolwiek za granicą z wypowiedzeniem jego imienia. Wyobraźcie sobie te wykrzywione brwi i spocone czoła osoby starającej się poprawnie przeczytać imię laureata Oscara lub nagrody Nobla. 😉

3) Niepowtarzalność imienia w naszych rodzinach do trzech pokoleń wstecz

Kolejną przyjętą przez nas zasadą była taka, że imię dla naszego dziecka nie może się powtarzać w naszych rodzinach do trzeciego pokolenia wstecz. Według nas, imię każdej osoby to sprawa bardzo indywidualna. Wydaje nam się trochę głupie, jak w rodzinie na przykład babcia, mama, córka i wnuczka mają takie samo imię. Może to przecież doprowadzić do szeregu nieporozumień, albo wręcz wykręcania się od odpowiedzialności. "O mnie Ci chodziło, kiedy prosiłaś o nakrycie do stołu?" - pyta się córka Maria siedząca akurat w salonie w towarzystwie babci Marii. 😉

4) Imię nie bardzo popularne

Dodatkowo chcieliśmy, żeby imię naszego dziecka nie było w tym momencie zbyt popularne w Polsce. Chcieliśmy naszej córce oszczędzić choćby takiej sytuacji, że w jednej klasie nasze dziecko musi być numerowane, bo jest w niej na przykład aż 6 Ań: Ania nr 1, Ania nr 2, Ania nr 3, Ania nr 4, Ania nr 5 i Ania nr 6. Pozdrawiam wszystkie Anie. 😉

5) Brak spółgłoski "R"

Ponadto mój mąż poprosił, żeby w imieniu naszego dziecka nie występowała spółgłoska "R". Dlaczego? Ponieważ ma on problem z wypowiadaniem tego fonemu. Wymawia go, jak to się potocznie mówi, "po francusku". Mi się to niesamowicie podoba, ale on przez wiele lat miał z tego powodu kompleksy, które najwyraźniej zostały mu do dziś. Powiedział, że nie chce mieć problemów z wypowiadaniem imienia własnego dziecka. Tak więc "R" mówimy kategoRyczne NIE! 

6) Brak negatywnych skojarzeń z kimkolwiek

Co więcej, imię nie mogło nam się źle kojarzyć z nikim z przeszłości. Na szczęście tym razem wszystko wskazywało na to, że ten punkt nie przysporzy nam aż tylu problemów jak w przypadku syna. Mój mąż w dzieciństwie przez wiele lat był co prawda workiem treningowym, ale dla bardziej popularnych chłopaków z podstawówki, a nie dziewczyn. Koleżanki ze szkolnej ławki na szczęście się nad nim nie znęcały. Dzięki temu, zasada numer 6 nie zredukowała jakoś drastycznie puli imion, jakimi dysponowaliśmy tym razem. 

7) Brak jakichkolwiek innych negatywnych konotacji

Imię naszego dziecka nie mogło też kojarzyć się nam negatywnie z żadnego innego powodu: film/serial/książka/produkt/"bo tak jakoś". 😉 Cha! Uwierzcie mi. Z tym punktem jest często najgorzej. Przynajmniej u nas ze względu na naszą bujną wyobraźnię. 😉

8) Pozytywne znaczenie imienia

Imię naszego dziecka nie mogło też oznaczać niczego... dziwnego. Od lat nie mogę bowiem zapomnieć historii jednego imienia. Kiedyś w Hiszpanii poznałam rodziców dziewczynki o imieniu Ares. Tak, tak. Dobrze przeczytaliście - ARES. Okazuje się, że mimo że dla nas, Polaków, imię to kojarzy się raczej jednoznacznie: z greckim bogiem wojny, Aresem, synem Zeusa i Hery, dla Hiszpanów nie jest to już tak oczywiste. Jak to możliwe? A tak to. W Hiszpanii mitologia nie znajduje się na liście lektur szkolnych. Jeśli więc jakiś Hiszpan oprócz lektur niczego innego w życiu nie czytał (a są tacy), nie jest świadom, jak nazywali się greccy lub rzymscy bogowie. 

Imię Ares zostało wybrane przez tamtych rodziców dla swojej córeczki, ponieważ nieopodal ich domu leżał kościół poświęcony Maryi Ares (la Virgen de Ares). Dziecko okazało się jednak tak problematyczne i niespokojne, że przerażeni rodzice w pewnym momencie zaczęli poszukiwać ukrytych znaczeń wybranego przez nich imienia. Domyślacie się, co odkryli. Tararara! Bóg wojny, Panie i Panowie. Kurtyna.

9) Brak silnych konotacji biblijnych

Podczas gdy Biblia obfituje w imiona męskie brzmiące dość staroświecko - Mojżesz, Izaak, Abraham, w przypadku kobiet sytuacja wygląda znacznie lepiej (Maria, Magdalena, Anna, Ewa (choć są i inne oczywiście 😉).

Jednak mimo że nie mam nic do wyżej wymienionych imion żeńskich, jako że nie jesteśmy osobami religijnymi, nadal chcieliśmy zachować ten punkt i ostatecznie zdecydować się na inne imię.

10) Ładne w brzmieniu

Chcieliśmy również, aby wybrane przez nas imię po prostu ładnie brzmiało. Przecież imię zostaje z człowiekiem na całe życie. 

Czy udało się i tym razem?


Kiedy przebrnęliśmy przez wszystkie 10 punktów, doszliśmy do wniosku, że jest prawie idealnie. Wstępnie wybrane przez nas imię żeńskie spełniało wszystkie warunki, no może za wyjątkiem punktu 4 z naszej listy 😉. Wydaje mi się bowiem, że wybrane przez nas imię, mimo że nie znajduje się w pierwszej dziesiątce najczęściej wybieranych imion dla dziewczynek w roku 2018, jest jednak zbyt popularne, żeby mogło spełnić czwarty warunek. Jakie to imię? Ale jesteście niecierpliwi. Czytajcie dalej, a się dowiecie. 😉

Brzmiące podobnie - hurra!


Mimo że imię dla naszej córki było już praktycznie zaklepane, nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy mimo wszystko nie sprawdzili, czy nie ma czegoś lepszego. 😉 Tym razem, ku naszej radości, okazało się, że istnieje bardzo dużo imion żeńskich brzmiących podobnie albo nawet identycznie po polsku i po hiszpańsku. Jak wielka to ulga zrozumie każdy, kto czytał mój post dotyczący wyboru imienia dla naszego syna. W porównaniu z dosłownie kilkoma imionami męskimi, które brzmią podobnie w obydwu językach, 50 imion (a to i tak nie wszystkie), przyznacie, że brzmi imponująco. Oto i one. Tak. Wśród nich jest też TO imię. 😉 



Jak widzicie, tym razem imion było do wyboru do koloru. 

Jeśli spojrzeliście dokładnie na powyższą listę, to może zastanawia Was, dlaczego postawiłam wykrzyknik koło imienia Marika? Stało się tak dlatego, że, mimo iż w języku hiszpańskim istnieje słowo "marica", w żadnym wypadku nie jest to imię, lecz obraźliwy wyraz używany pod adresem osób homoseksualnych. Tak więc polskie imię Marika od razu zostało przez nas skreślone.


Dużo imion czy jednak niewiele?


Zostało nam już tylko 49 imion. Jednak, kiedy zaczęliśmy aplikować kolejne punkty dziecięciu zasad wyboru imienia dla naszego dziecka, i ta dość pokaźna liczba zaczęła się kurczyć w zastraszającym tempie. 

Niepowtarzalność imienia w naszych rodzinach do trzech pokoleń wstecz - odpadły: Anna, Barbara, Esther, Karolina, Lidia, Maria, Monika, Olivia, Renata, Sylwia, Zofia i Sofía. Ponadto wymazaliśmy z listy również imiona niektórych z naszych przyjaciółek, ponieważ tak mocno się nam z nimi kojarzą, że nie jesteśmy w stanie zduplikować ich imienia nadając je naszemu dziecku. Po prostu, jak np. słyszę imię Magda to oczami wyobraźni widzę tylko tę jedną Magdę, którą znam. W ten sposób nie braliśmy już pod uwagę imion: Agata, Magdalena i Zuzanna. Już nie 49, a 35 imion. 

Kolejne imiona poleciały, kiedy wymazaliśmy te posiadające w sobie spółgłoskę R. Najbardziej płakał nad nimi, o dziwo, mój mąż, który przecież sam ustanowił tę regułę. Tak bardzo podobało mu się imię Kleopatra... 😉 Jednak jakkolwiek imię to samo w sobie brzmi pięknie i dostojnie, to już w połączeniu z nazwiskiem Fernández niekoniecznie. Tak więc i dla Kleopatry byliśmy bezlitośni. Mnie z kolei spośród imion z litrą R wyjątkowo podobało się Miranda (ze względu na Mirandę Kerr, hehe). Jednak mój mąż, delikatnie mówiąc, nie pała do tej modelki nadmierną miłością, więc i to imię nie zakwalifikowało się do dalszych negocjacji. I nie pomogło tu nawet moje mini przekupstwo: "Przecież to imię jest tak podobne do Twojej ukochanej Mirindy" 😉. Miranda została wykreślona tak samo jak wszystkie pozostałe imiona z literką R. I tak ostało się już jedynie 16 imion...


Kolejny punk eliminacyjny to... negatywne konotacje. Przy tym punkcie od razu wywaliłam Matyldę. Mimo że imię Matylda jest ładne, to mnie jednak cały czas kojarzy się z filmem "Matylda", czyli, jak go w latach 90-tych reklamowano, dziewczyńskiej wersji "Kevina". No cóż, pamiętając historię moich hiszpańskich znajomych, którzy nazwali swoją córkę imieniem Ares, wolałam nie ryzykować z imieniem Matylda. Co prawda Diego starał się zawetować moją decyzję. No bo przecież, wiadomo, Matylda z Leona Zawodowca 😉. Mówił, że ten film to klasyka, że tę rolę grała jego ukochana aktorka Natalie Portman. Jednak byłam nieugięta. Matylda musiała odejść. 


Mąż kazał natomiast usunąć z listy Alicję. I nie, bynajmniej nie dlatego, żeby nie lubił Alicji z krainy czarów, tylko po prostu źle mu się kojarzyła z jedną dziewczyną o imieniu Alicia, która narobiła sporo kłopotów jemu, mnie i jeszcze kilku osobom, tym samym psując nam na dobre skojarzenia z tym pięknym imieniem. Ja z kolei poprosiłam o wykreślenie imienia Sabina. Sabina to był mój postrach w 4 klasie podstawówki. Dziewczyna o tym imieniu, szkolna chłopczyca, 
jeśli miałeś tyle "szczęścia", że akurat na nią trafiłeś na przerwie, a nie było wtedy nikogo dorosłego w okolicy, mogła cię sprać na kwaśne jabłko. Do dziś, kiedy słyszę imię Sabina, widzę właśnie jej twarz. Tym sposobem, zeszliśmy do szczęśliwej trzynastki. Ale to jeszcze nie koniec 😉.

Brak silnych konotacji biblijnych - odpadło oczywiście imię Ewa. Choć imię to głównie nie podobało nam się z innego powodu, a mianowicie jego felernej daty imienin, wypadających w samą Wigilię. Jeśli natomiast chodzi o brzmienie danego imienia, dla mnie odpadły od razu Eulalia oraz Cecylia. Nie jestem w stanie wytłumaczyć, dlaczego. Po prostu nie brzmią mi i już. Jeśli jeszcze chodzi o znaczenie imion, średnio podoba mi się pomysł, żeby nazywać córkę imieniem koloru (Wioletta lub Blanca - po hiszpańsku "biały"). Tak więc i tym dwóm imionom podziękowaliśmy. Ostało się już tylko 8 imion... 

Kiedy przyjrzeliśmy się ich znaczeniom, odpadła ponad połowa z nich. Imiona, których jedynym znaczeniem jest pochodzenie od podobnego imienia męskiego... Eee... No, thank you. I tak pożegnaliśmy Sonię, Paulę, Paulinę, Emilię oraz Luizę.


Ostateczna trójka


Ostały się już tylko trzy imiona. Kto z Was jest w stanie powiedzieć jakie? Nikt? OK, podpowiem 😉. 

Do ostatecznej trójki dostały się: 

Diana, 
Helena,
Natalia.

Które z nich wygrało? 

Poniżej kilka podpowiedzi. Może uda Wam się zgadnąć wybrane przez nas imię 😉


Podpowiedź nr jeden:

"Puszek okruszek 
Puszek kłębuszek 
Bardzo go lubię 
Przyznać to muszę 
Puszek okruszek 
Kłębuszek 
Jest między nami sympatii nić 
Wystarczy tylko 
Że się poruszę 
Zaraz przybiega by ze mną być 2x".

Jeśli nadal nie wiecie, przybywa Wam z pomocą podpowiedź numer dwa... Niech moc będzie z Wami😉

Podpowiedź nr dwa:

Padmé Amidala, czyli królowa planety Naboo z Gwiezdnych Wojen. 


Dalej nic? No to czas najwyższy na podpowiedź numer trzy. Tym razem nadal pozostajemy w klimacie science fiction.


Podpowiedź nr trzy:

Czarna Wdowa z Marvel Comics


Wiecie już? 
...
...
...
...
...
...

Wygrało imię NATALIA




Co prawda pozostałe dwa imiona z ostatecznej trójki też nam się podobały, jednak to Natalia przeważyła.

Mój mąż wahał się jeszcze nad Heleną, a to wszystko za sprawą Heleny Trojańskiej 😉. Jednak mnie nie przekonało w tym imieniu polskie "H", które po hiszpańsku, jeśli występuje w danym wyrazie, zawsze jest nieme. Chciałam, aby wybrane przez nas imię było IDENTYCZNE po polsku i hiszpańsku. Skąd u mnie aż taka restrykcyjność w tej kwestii? Ano ze względu na moją teściową, która od ponad dwóch lat nie przyjmuje do wiadomości, że imię jej wnuka, Sebastiana, akcentuje się na przedostatnią sylabę, a nie tak jak po hiszpańsku, na ostatnią. Jeśli i moje drugie dziecko cały czas nazywane by było niepoprawnie, to, delikatnie mówiąc,... nie ręczę za swój stoicki spokój. 😉

Diana też ładne imię, ale jakoś zbyt mocno kojarzyła nam się z księżną Dianą i dlatego nie chcieliśmy sobie tego imienia przywłaszczać. 


LARA!!!


Kiedy już wyglądało na to, że ostateczna decyzja zapadła, mój mąż wykrzyknął! "LARA! Miała być Lara!". Jeśli w tym momencie zerkacie na tabelkę pięćdziesięciu imion żeńskich, spośród których wybieraliśmy imię dla córki,  to nie, nie znajdziecie na niej tego imienia. Jakoś nie pomyślałam o nim. Jest chyba za mało popularne, żeby ot tak na nie wpaść. 


"Dlaczego Lara?" - zdziwiłam się? "Przecież to imię nie spełnia jednej z Twoich głównych zasad. Jest w nim litera "R"". - "Dlatego, że Tomb Raider to gra mojego dzieciństwa. Uwielbiałem w nią grać". Ponieważ nie potrafię ukrywać swoich emocji, więc i tym razem mój mąż od razu zauważył, że jest coś nie tak z tym imieniem. Wiecie, wizerunek oryginalnej Lary Croft jest, delikatnie mówiąc,... porządnie roznegliżowany. OK, wiem. W latach 90-tych chcąc, żeby od razu było wiadomo, że bohaterem gry jest kobieta a nie mężczyzna, trzeba było powiększyć to i owo. Inaczej ułomna wtedy jeszcze grafika mogłaby nie sprostać wyzwaniu i dana postać mogłaby bardziej przypominać mężczyznę niż kobietę. Jednak wizja biustu Lary Croft w rozmiarze kilkukrotnie większym od piersi Barbie oraz konotacje takiej fizyczności z moją córką nie napawały mnie zbytnim optymizmem dla imienia Lara. 

No i jeszcze jedna kwestia. W filmową wersję Lary Croft wcieliła się wyjątkowo przeze mnie nielubiana aktorka - Angelina Jolie. No bo wiecie, ja z obozu Jennifer Aniston jestem. 😉 Ostatecznie pomysł na nadanie naszej córce imienia Lara legł w gruzach, kiedy zdałam sobie sprawę, iż córka jakże nielubianej przeze mnie restauratorki, Magdy Gessler, tak właśnie ma na imię.

Larze mówimy nie!

Dlaczego Natalia?


A wiecie, jaka jest cała prawda z imieniem Natalia? Kiedy byłam małą dziewczynką, na okrągło słuchałam kaset... Natalki Kukulskiej. Postanowiłam sobie wtedy, że jeśli kiedyś będę mieć córkę, będzie miała tak właśnie na imię. Wiem, wiem. Gusta się zmieniają. Kiedyś lubiłam kryształkowe lampy, miałam fryzurę à la Violetta Villas, a moim ulubionym samochodem był Ford KA. 😉 Jednak lata lecą, a wyjątkowy sentyment do imienia Natalia pozostał.

Natalce mówimy tak!

I męża udało mi się szybko przekonać do tego imienia, ponieważ jego ulubiona aktorka  - Natalie Portman - nosi to samo imię. Do tego pała on również sympatią do Natashy Romanow, tak więc, ostateczna decyzja, jak nazwać naszą córkę to naprawdę była przysłowiowa bułka z masłem. 😉

Negatywne skojarzenia?

Kiedy imię zostało już wybrane, zastanawiałam się jeszcze, czy potem przypadkiem się nie okaże, że w mowie potocznej imię Natalia ma jakieś nieciekawe konotacje. Na szczęście jak na razie na nic takiego się nie natknęłam. Jedyne skojarzenie, jakie mam z imieniem Natalka, a raczej z jednym ze zdrobnień do tego imienia, to natka pietruszki. Za natką co prawda nie przepadam, ale zdaję sobie sprawę, że jest bardzo bardzo zdrowa, wszak to przecież takie nasze Polish superfood. Tak więc oh yeah dla Natki. 😉

Natalka Natka
A czy Wy mieliście problemy przy wyborze imienia dla Waszego dziecka? ;-)




Jeśli spodobał Ci się ten wpis i chcesz być na bieżąco z moimi działaniami i niczego nie przegapić:

- obserwuj mnie na Facebooku - Mama pod prąd FB

- zaglądaj do mnie na Instagramie - Mama pod prąd Instagram

środa, maja 29, 2019

Wypadanie włosów po porodzie

Wypadanie włosów po porodzie
autor zdjęcia: Warsztat Spojrzeń;
Jeszcze przed epoką dzieciatą...

Pamiętacie tę piosenkę Elektrycznych gitar "Człowiek z liściem"?


"Wsiadł do autobusu człowiek z liściem na głowie
Nikt go nie poratuje nikt mu nic nie powie
Tylko się każdy gapi
Tylko się każdy gapi i nic

Siedzi w autobusie człowiek z liściem na głowie
O liściu w swych rzadkich włosach
Nieprędko się dowie
Tylko się w okno gapi
Tylko się w okno gapi i nic

Uważaj to nie chmury
To pałac kultury
Liście lecą z drzew
Liście lecą z drzew"



Kiedy trzy miesiące po porodzie włosy zaczęły mi wypadać w ogromnych ilościach, zamiast wpadać w panikę, nuciłam sobie w głowie piosenkę Elektrycznych gitar, ale ze zmienionymi słowami:


"Wsiadła do autobusu mama łysa na głowie
Nikt jej nie poratuje nikt jej nic nie powie
Tylko się każdy gapi
Tylko się każdy gapi i nic

Siedzi w autobusie mama łysa na głowie
O swych rzadkich włosach
Nieprędko coś powie
Tylko się w okno gapi
Tylko się w okno gapi i nic

Uważaj. To nie bajdury
To prawa natury
Włosy lecą z głów
Włosy lecą z głów

Tak po porodzie po prostu jest
I już". 😉

autor zdjęcia: Warsztat Spojrzeń;
Jeszcze przed epoką dzieciatą...

Czy ktoś przed moją pierwszą ciążą mnie ostrzegał, że moje włosy będą mi dosłownie garściami wychodzić? Nikt nic a nic nie powiedział. Ani mru mru. Cicho sza.

Na swoje szczęście (albo jak kto woli nieszczęście) będąc jeszcze w ciąży wyczytałam o tej błogiej tendencji poporodowej gdzieś w czeluściach Internetu. Ja - od zawsze cierpiąca na syndrom cienkich włosów. Na początku wpadłam w panikę. Ale że jak to tak? Garściami wypadać będą?! Nie ma na to żadnego sposobu?! Przez jakieś hormony wyłysieję?! O nie!!! 

Jak natomiast widzę tę kwestię, mając już jedno poporodowe linienie za sobą, a drugie właśnie w trakcie? To wcale nie jest takie straszne. Trzeba przyjąć do wiadomości, że tak być musi i tyle. NIC się na to nie poradzi. Nie istnieją cudowne pastylki, szampony, czy też kuracje. A jeśli się na coś takiego natkniecie, to od razu Wam mówię, że serio lepiej wydać kasę na dobrej jakości czekoladę, bo te cuda wianki na bujne włosy po porodzie to najzwyczajniejsza ściema. 

Kilka miesięcy po porodzie włosy zaczynają wypadać ze względu na to, że poziom hormonów się zmienia. Podczas ciąży hormony są na innym poziomie, dzięki czemu pozwalają organizmowi kobiety szczęśliwie przetrwać ciążę. Efekt uboczny tych ciążowych hormonów to piękne i bujne włosy. Skąd one się biorą? Ano stąd, że wydłuża się faza wzrostu włosa, a co za tym idzie włosy przez ciała ciążę praktycznie nie wypadają. Natomiast po porodzie, hormony powoli wracają do stanu sprzed ciąży, a co za tym idzie, cykl włosa wraca do normy, czyli te wszystkie włosy, które nie wypadły przez 9 miesięcy, w końcu wypadają i to tak ehem hurtowo. 😉 



Ale luzik. Tak dla pocieszenia - całkowicie łyse nie będziecie. Wypadnie to, co miało wypaść, a potem stopniowo włosy będą sobie odrastać.  

Co można z tym fantem zrobić? Przeczekać i po prostu dbać o włosy jak zwykle, albo jeszcze bardziej. Chodzi o to, żeby po prostu nie osłabić tego, co się na naszej głowie uchowa. A jeśli nie macie nerwów do patrzenia na wylatujące kępami włosy, zawsze możecie postąpić jak Demi Moore w filmie G.I. Jane. 😉



Jak dobrze wiecie, odkąd stałam się mamą, używam coraz mniejszej ilości kosmetyków. Podobnie jest w przypadku włosów (choć trudno szukać we mnie ascetki w tym temacie). Zapraszam Was na moje włosowe ABC.

Jak myję włosy?


1. bardzo delikatny szampon


Używam tylko i wyłącznie szamponów z bardzo delikatnym składem. W tym momencie na tapecie są dwa. Jeden to obecny szampon moich dzieci. Jest to HIPP żel do mycia ciała i włosów od 1. dnia życia, Sensitive. Drugim produktem (używanym naprzemiennie z tym pierwszym) jest SYLVECO balsam do włosów myjący z betuliną.

Obydwa szampony są bardzo delikatne. Ten z Hipp dość dobrze się pieni, ale nie podrażnia i nie wysusza skóry głowy. Natomiast ten drugi nie pieni się prawie w ogóle, oraz oczywiście również nie podrażnia i nie wysusza skóry głowy. Co więcej, ten tzw. "balsam myjący" powiedziałabym, że bardziej niż szamponem, jest po prostu substancją leczniczą przy okazji utrzymującą czystość skalpu. Fajna ksywka, nie? 😉

A oto dokładne składy obydwu produktów (tak dla Was do wglądu):

HIPP żel do mycia ciała i włosów od 1. dnia życia, Sensitive:

Aqua (woda), Hydrogenated Starch Hydrolysate (humektant), Sodium Cocoamphoacetate (substancja powierzchniowo czynna), Cocamidopropyl Betaine (substancja powierzchniowo czynna), Lauryl Glucoside (substancja powierzchniowo czynna), Sodium Chloride (zagęstnik), Lactic Acid (humektant), Glycerin (emolient), Prunus Amygdalus Dulcis Seed Extract (wyciąg z migdałów), Coco-Glucoside (substancja powierzchniowo czynna), Glyceryl Oleate (emulgator), Zinc Sulfate (konserwant), Glyceryl Caprylate (emolient), Hydrogenated Palm Glycerides Citrate (emulgator), Tocopherol (witamina E, konserwant), Citric Acid (regulator pH), Parfum (substancja zapachowa).



Sylveco Balsam do włosów myjący z betuliną:

INCI: Aqua (woda), Coco-Glucoside (substancja powierzchniowo czynna), Decyl Glucoside (substancja powierzchniowo czynna), Mel Extract (wyciąg z miodu - humektant), Cocamidopropyl Betaine (substancja powierzchniowo czynna, Butyrospermum Parkii Butter (masło shea), Panthenol (prowitamina B5), Simmondsia Chinensis Seed Oil (olej jojoba), Cyamopsis Tetragonoloba Gum (guma guar - emulgator), Glyceryl Oleate (emulgator), Lactic Acid (humektant), Betulin (betulina), Sodium Benzoate (konserwant), Rosmarinus Officinalis Leaf Oil (olej z rozmarynu).


Metoda kubeczkowa, czyli co dokładnie?

Uwaga! Moja skóra głowy jest bardzo wrażliwa (a po ciąży jeszcze bardziej). Dlatego przed aplikacją, każdy szampon rozcieńczam wodą. Jak to robię? Mam taką małą pustą buteleczkę o pojemności 100 ml kupioną kiedyś w Rossmannie. Wlewam do niej troszkę szamponu (np. 2 naciśnięcia pompki) i dolewam wody (tak 1/3 lub 1/4 buteleczki). Potem wstrząsam, żeby woda połączyła się z szamponem. Profesjonalnie w kręgach włosomaniaczek metoda ta nazywana jest metodą kubeczkową. Co ona daje moim włosom (i nie tylko)? Skalp nie jest podrażniony. Włosy są czyste. A do tego zużywam mniej produktu, niż gdybym go nie rozcieńczała, czyli jest oszczędniej. 😉

Jak nakładać szampon?

I jeszcze jedna bardzo ważna adnotacja. Szampon aplikuję tylko i wyłącznie na skalp. Nigdy na całą długość włosów. Inaczej włosy (przynajmniej u mnie) będą przesuszone. A tak w ogóle szampon to kosmetyk, który powinno się stosować właśnie na skórę głowy - nie włosy. Do włosów używa się masek i odżywek. Od razu odpowiem na pytanie, które pewnie się pojawi: Tak - włosy po aplikacji szamponu tylko na skórę głowy będą czyste. Spłukując szampon, spłynie on po całej długości włosów, czyszcząc je w całości.

Jak nakładać odżywkę?


Po wymyciu włosów szamponem i spłukaniu go wodą, włosy delikatnie osuszam ręcznikiem. Ręcznik tylko nakładam na głowę. Nie trę nim włosów, aby ich nie połamać. Pamiętajcie, że kiedy włosy są mokre, znacznie łatwiej je uszkodzić. Następnie zdejmuję ręcznik, a na włosy nakładam odżywkę lub maskę.


3 rodzaje odżywek

Mam 3 rodzaje odżywek (jak na każdą włosomaniaczkę przystało): proteinową (=białkową), emolientową (=natłuszczającą) i humektantową (=nawilżającą). Że co??? - pomyślicie. Już tłumaczę. Żeby osiągnąć efekt wow na włosach, ważna jest równowaga pomiędzy tymi trzema rodzajami składników. Dlatego odżywek używam naprzemiennie. A proteinowej to już w ogóle najrzadziej, żeby włosów nie przeproteinować czyli nie osiągnąć na swojej łepetynie tzw. siana. 😉

Jakie mam odżywki / maski?




Jest to rewelacyjna maska nawilżająca, która wspaniale nawilża zarówno włosy jak i skórę głowy. Jest to absolutny wyjątek, jeśli chodzi o aplikację masek i odżywek. Spokojnie można położyć ją na skalp. Nie potłuści Wam włosów, a jedynie nawilży i ukoi skórę głowy. A jej skład? Rewelacja!

INCI: Aqua (woda), Cetearyl alcohol (emolient), Aloe barbadensis leaf juice (sok aloesowy - humektant), Cetyl Esters (emolient), Glycerin (emolient), Juniper communis fruit extract (ekstrakt z owoców jałowca), Behentrimonium Chloride (substancja powierzchniowo czynna), Panthenol (prowitamina B5), Cetrimonium Chloride (substancja powierzchniowo czynna), Parfum (substancja zapachowa), Phenoxyethanol (konserwant), Benzoic Acid (konserwant), Dehydroacetic Acid (konserwant), CI 77891 (filtr UV).






Do kupna tej maseczki zdecydowałam się, ponieważ bardzo cenię wiedzę guru włosomaniaczek - blogerki Anwen. Kiedy zaczęły mi się problemy z włosami (jeszcze przed pierwszą ciążą), to przede wszystkim rady z jej bloga uratowały mnie przez niechybną łysiną. Dzięki niej trafiłam również na drugi fajny blog Martusiowy kuferek. Ten drugi blog spodobał mi się szczególnie dlatego, że jego autorka jest posiadaczką cienkich włosów, a nie tak jak to przystało na blogerską włosomaniaczkę - grubaśnych włosów niczym z reklamy szamponu Pantene Pro-V. Jej blog jest o tyle fajny, że jego autorka tłumaczy, jakie produkty sprawdzą się na cienkich włosach. Większość włosowych blogerek z grubaśnymi włosami stosuje inne preparaty, których użycie u mnie skończyłoby się najprawdopodobniej absolutną klapą. 

Ale wracając do tytułowej maseczki, zawiera ona po trochę z każdego ważnego elementu do nawilżenia włosów: trochę składników proteinowych (=białkowych), trochę emolientowych (=natłuszczających) oraz trochę humektantowych (=nawilżających). A oto jej dokładny skład:


INCI: Aqua (woda), Cetearyl Alcohol (emolient), Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil (olej winogronowy), Behentrimonium Chloride (substancja powierzchniowo czynna), Glycerin (emolient), Hydrolyzed Keratin (hydrolizowana keratyna), Hydrolyzed Silk (hydrolizowany jedwab), Maris Sal (sól morska), Silica (dwutlenek krzemu), Aloe Barbadensis Leaf Juice Powder (sok aloesowy w proszku), Panthenol (prowitamina B5), Phenoxyethanol (konserwant), Benzoic Acid (konserwant), Dehydroacetic Acid (konserwant), Parfum (substancja zapachowa), Hexyl Cinnamal (substancja zapachowa), Butylphenyl Methylpropional (substancja zapachowa), Limonene (substancja zapachowa).





3. Odżywka Garnier Ultra Doux olejek z awokado i masło karité


Jest to rewelacyjna odżywka natłuszczająca, która niestety od pewnego czasu nie jest już dostępna na polskim rynku (jednak wiedząc o tym, zawczasu kupiłam sobie jej zapas). Dowiedziałam się o niej zarówno z bloga Anwen jak i z Martusiowego Kuferka, czyli od moich włosomaniaczkowych guru. Jest ona po prostu RE-WE-LA-CYJ-NA!!! Jest to odżywka stricte natłuszczająca, tak więc lepiej nie nakładać jej zbyt blisko skóry głowy, gdyż może włosy nieco przetłuścić. Nie wiem, jaka odżywka mogłaby ją zastąpić. Kiedy ją znajdę, oczywiście dam Wam znać. A jak na razie pozostawiam opis składu. Może Wy podczas pobytu w jakiejś drogerii natkniecie się na coś podobnego. 😉

INCI: Aqua/Water (woda), Cetearyl Alcohol (emolient), Elaeis Guineensis Oil/Palm Oil (emolient), Behentrimonium Chloride (substancja powierzchniowo czynna), Glycerin (emolient), Isopropyl Alcohol (konserwant), Stearamidopropyl Dimethylamine (emulgator), Citric Acid (regulator pH), Chlorhexidine Dihydrochloride (konserwant), Butyrospermum Parkii Butter/SheaButter (emolient), Persea Gratissima Oil/ Avocado Oil (emolient), Hexyl Cinnamal (substancja zapachowa), Cl 15985/Yellow 6 (barwnik), Cl 19140/Yellow 5 (barwnik), Tocopherol (witamina E - naturalny konserwant), Helianthus Annuus Seed Oli / Sunflower Seed Oil (emolient), Rosmarinus Officinalis Leaf Extract / Rosemary Leaf Extract (wyciąg z rozmarynu), Parfum/Fragrance (FIL C182101/2).




4. odżywka Nivea Long Care & Repair


Miałam kiedyś tę odżywkę, podobnie jak w przypadku odżywki Ultra Doux, zachęcona recenzjami z bloga Anwen oraz Martusiowego Kuferka. Używana od czasu do czasu na moich włosach działała wręcz cuda. Jest to odżywka proteinowa, więc jeśli używałam jej zbyt często, niestety przeproteinowywała moje włosy, czyli mówiąc łopatologicznie, moje włosy stawały się po prostu sianowate. Była super, ale i ona już jakiś czas temu zniknęłam z polskiego rynku. Firma Nivea co prawda postanowiła ją zastąpić całą serią mlecznych odżywek, ale niestety - łagodnie rzecz ujmując - dupa im z tego wyszła ot co. 😉

Kupiłam nawet jedną z tych ich nowych odżywek na próbę i... nie polecam. Jeśli znajdę jakiś fajny zamiennik tej oryginalnej odżywki z Nivea, oczywiście dam Wam znać. Tymczasem tylko jeszcze wymienię skład tej genialnej odżywki wycofanej z rynku. Warto go mieć na oku kupując jakąś inną. A nuż będzie podobny. 😉

INCI: Aqua (woda), Stearyl Alcohol (emolient), Cetyl Alcohol (substancja powierzchowo czynna), Stearamidopropyl Dimethylamine (emulgator),

Dimethicone (emolient), Hydrolyzed Keratin (hydrolizowana keratyna), Orbignya Oleifera Seed Oil (olej z babassu), Oryzanol (filtr UV),

Silicone Quaternium – 18 (emolient), Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride (antystatyk), Trideceth – 6 (substancja powiechniowo czynna), Trideceth- 12 (emulgator), C12-15 Pareth-3 (emulgator), Coco Betaine (substancja powierzchniowo czynna), Cocamidopropyl Betaine (substancja powierzchniowo czynna), Sodium Chloride (emulgator), Lactic Acid (humektant), Citric Acid (regulator pH), Phenoxyethanol (konserwant), Potassium Sorbate (konserwant), Ethylhexylglycerin (konserwant), Linalool (substancja zapachowa), Butylphenyl Methylpropional (substancja zapachowa), Geraniol (substancja zapachowa), Benzyl Alcohol (konserwant), Parfum (substancja zapachowa).




Naturalne maseczki

Wiem wiem. Powinnam je robić. Potrafią zdziałać cuda. Do tego są naturalne i proste w wykonaniu, a przepisy na nie można bez problemu znaleźć w Internecie. Tylko że ja jakoś nigdy nie mogę się zmobilizować. Jak już myję włosy, to robię to szybciutko i rzadko kiedy chce mi się połączyć choćby dwa składniki. Sama myśl, że robienie maseczki oddali mnie o kilka minut od możliwości zamknięcia się w łazience, gdzie dzieci nie będą mi przerywać, zniechęca mnie do niej. Kto ma dzieci, ten zrozumie. 😉


Woda różana i żel aloesowy


Nie byłabym sobą, gdybym nie próbowała stosować na włosach moich ukochanych naturalnych produktów jednoskładnikowych. Obecnie używam dwóch:


1. woda różana


Po wymyciu i delikatnym osuszeniu włosów, nanoszę (najlepiej przy pomocy atomizera) niewielką ilość wody różanej na włosy. Efekt: dobrze rozczesujące się, nawilżone i błyszczące włosy.


2. żel aloesowy

Wspaniale działa na podrażnioną i wysuszoną skórę głowy. Nanoszę niewielką ilość żelu na podrażnioną skórę głowy. Wmasowuję. Przeczesuję włosy. Nie spłukuję. Efekt niemal natychmiastowy. Nic nie swędzi, a suche placki na skórze znikają.




Grzebień i szczotka


Co jeszcze jest bardzo ważne przy pielęgnacji włosów? Na pewno dobrej jakości grzebień i szczotka. Uwaga, to nie zawsze oznacza wydane miliony! Dobry grzebień i szczotka może nie kosztuje 2 złotych, ale na pewno też i nie kilkaset. Poniżej przedstawiam Wam swoich faworytów.

Po pierwsze całkowicie odeszłam od używania plastikowych akcesoriów do włosów. Jedyne co mi przyniosły to naelektryzowane i połamane włosy. Od dobrych kilku lat używam więc:



Koszt - około 15 złotych. Chyba niezbyt wygórowany jak na grzebień, który będzie Wam służyć latami. Uwaga! Nie wiem, jak sprawdzi się taki grzebień na grubych włosach. Ja mam 3 włosy na krzyż i u mnie działa cuda. Natomiast mój mąż kiedyś, gdy nie był w stanie znaleźć nigdzie swojego grzebienia, postanowił potraktować swoją czuprynę moim grzebieniem i uznał - cytuję - że "to coś nic nie czesze". 😉 




Aha, jeszcze jedna adnotacja na temat drewnianych grzebieni. Nie każdy drewniany grzebień będzie chronić włosy. Są też i takie buble, które włosy połamią bardziej niż grzebienie plastikowe. Takim bublem okazał się choćby kupiony przeze mnie lata temu drewniany eco grzebień do włosów N2. NIE POLECAM!


2. Szczotka Gorgol Natur Modl 15 02 130

Drugim używanym przeze mnie narzędziem do ujarzmiania włosów jest odpowiednia szczotka. Ile ja się namęczyłam, żeby się na jakąś w końcu zdecydować! Bazowałam wtedy na genialnym wręcz artykule pochodzącym z kilkukrotnie wymienionym już blogu Martusiowy kuferek: szczotka z włosia dzika - poradnik zakupowy. Z tamtego wpisu dowiedziałam się, że ważna jest nie tylko wielkość szczotki, ale również rozstaw włosia, długość włosia, obecność lub brak tzw. rozczesywacza. No i masz babo placek, co nie? Taki wybór, że głowa boli. Myślałam i myślałam (miałam wtedy czas, bo byłam jeszcze bezdzietna 😉) i w końcu wybrałam!

Zdecydowałam się na szczotkę marki Gorgol. Przy jej wyborze pomógł mi jeszcze jeden wpis z bloga Martusiwy kuferek. Kosztowała mnie wtedy 26 złotych, więc cena naprawdę, wydaje mi się, przystępna. 

Moja szczotka ma krótkie i gęsto zagęszczone włosie, czyli takie, jakie jest wskazane przy włosach cienkich i plączących się. U mnie się sprawdza, ale to dlatego, że dostosowałam ją do swojego rodzaju włosów. Pamiętajcie o tym, kupując swoją własną szczotkę. Jeśli macie inne włosy niż ja (czego Wam szczerze mówiąc życzę 😉), kupcie inny rodzaj szczotki.




Jak spinać włosy?


Kolejnym aspektem przy pielęgnacji włosów na pewno jest kwestia ich spinania. Nie oszukujmy się. Po ciąży nie będzie się Wam chciało modelować fryzury na lokówce, a nawet jeśli, to jest spora szansa na to, że te pięknie ułożone kosmyki:

a) zostaną mocno chwycone  i/lub wyrwane przez Wasze latorośle;
b) wpadną Wam do zupy;
c) zamoczą się w siuśkach (mimo, że należących do ukochanych przez Was dzieci, ale jednak siuśkach).

Dlatego, jeśli macie co, to wiążcie to w kucyk... przynajmniej do czasu, aż Wasze dziatki nie pójdą do jakiejś placówki oświatowej. 😉

No dobra. Czyli wiążemy. Ale czym? Kiedyś to nawet używałam gumek recepturek (sic!). Teraz jedynie dwóch rodzajów bardzo delikatnych gumek: Invisibobble oraz Glamour Style... z Carrefoura.

Żadne z nich nie łamią moich włosów. Dzięki tym pierwszym na dodatek mój kucyk wydaje się być grubszy niż w rzeczywistości, a tych drugich jest tyle w jednym opakowaniu, że spokojnie wystarczy mi ich - parafrazując Jurka Owsiaka - do końca życia... i o jeden dzień dłużej. 😉


zdjęcie po prawej pochodzi z www.martusiowykuferek.pl

Suszyć albo nie suszyć - oto jest pytanie


Na to pytanie pewnie każda z Was odpowie, że oczywiście nie suszyć. Wiadomo, że suszenie jest złe dla włosów, wysusza je, itp., itd. Bla bla bla. No ale czasem suszyć trzeba. Co wtedy? Ja suszę bardzo sporadycznie. Ale jeśli już muszę, to zawsze wcześniej spryskuję moje włosy ekologicznym płynem: EcoLab Termoochronny spray do układania włosów o działaniu regeneracyjnym. Nie tylko ułatwia on rozczesywanie, ale też chroni przed działaniem wysokiej temperatury, nawilża włosy no i jest stosunkowo tani (około 13 złotych). A oto jego skład:


INCI: Skład: Aqua (woda), Organic Ficus Carica Floral Water (woda imbirowa), Organic Hibiscus Extract (organiczny ekstrakt z hibiskusa), Olive Oil Glycereth-8 Esters (substancja pozyskiwana z oliwy z oliwek), Organic Macadamia Integrifolia Seed Oil (organiczny olej macadamii), Hydrolyzed Keratin (hydrolizowana keratyna), Glycerin (emolient), Cetrimonium Chloride(substancja powierzchniowo czynna), Hydrogenated Castor Oil (emolient), Perfume (substancja zapachowa), Lactic Acid (humektant), Benzoic Acid (konserwant), Sorbic Acid (konserwant), Dehydroacetic Acid (konserwant), Benzyl Alcohol (konserwant).





Ufff. To by było chyba na tyle. 😉 A Wy jakie macie sprawdzone patenty na swoje włosy? Chętnie je poznam. Piszcie w komentarzach.  



Jeśli spodobał Ci się ten wpis i chcesz być na bieżąco z moimi działaniami i niczego nie przegapić:

- obserwuj mnie na Facebooku - Mama pod prąd FB

- zaglądaj do mnie na Instagramie - Mama pod prąd Instagram
Copyright © 2016 Mama pod prąd , Blogger