Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gadżety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gadżety. Pokaż wszystkie posty

środa, lutego 20, 2019

Mniej znane top gadżety dla niemowląt i małych dzieci

Mniej znane top gadżety dla niemowląt i małych dzieci
Wiecie, że ja nie należę do tak zwanych gadżeciarek. Wręcz przeciwnie. Jestem zaprzeczeniem matek, których torby zakupowe urywają się od bardziej lub mniej przydatnych duperelek. Co więcej, im bardziej brnę w macierzyństwo, tym bardziej zwracam uwagę na to, co kupuję i tych zakupów jest o dziwo coraz... mniej. Poczytajcie sobie zresztą choćby o mojej redukcji kosmetyków, a sami się przekonacie, jak mało kupuję. 😉 


gadżety noworodki niemowlęta dzieci

Jeszcze przed moją pierwszą ciążą natknęłam się na fantastyczną książkę, którą już wcześniej opisywałam na blogu, "Dziecko bez kosztów. Przewodnik po niekupowaniu" autorstwa Giorgii Cozzy, która - nie będę ukrywać - uratowała mój matczyny portfel. Nie jest przecież żadną tajemnicą, że producenci sprzętów adresowanych do niemowląt wykorzystują niewiedzę rodziców na temat niemowlęcych potrzeb oraz ich chęć, by zapewnić dziecku wszystko co najlepsze. Ja oczywiście też chcę wszystkiego co najlepsze dla swoich dzieci. Żeby potem nie było, że ja o swoje dzieci nie dbam. 😉 Tylko że jestem świadoma, że tak naprawdę niemowlęta, a nawet starsze dzieci bardzo niewiele potrzebują produktów, jakie można kupić w sklepach. Dla nich najważniejsi są rodzice, ciepło, bliskość, poczucie bezpieczeństwa oraz oczywiście... pełny brzuszek. I tyle. Finito. Nic więcej.




Mimo wszystko całkowitą ascetką zakupową, jeśli chodzi o moje macierzyństwo, nie jestem i kilka gadżetów (oraz jeden nie tyle gadżet co pomysł) rzeczywiście się u mnie sprawdziło i, co więcej, bardzo mi pomogły. Poniżej przedstawiam Wam moją całkowicie subiektywną listę gadżeciarską (o niektórych były już osobne posty - o innych może jeszcze będą):

Mniej znane a przydatne gadżety dla noworodka i niemowlaka




1. chusto-nosidełko mei tai 

Jak może pamiętacie, pisałam o nim już w osobnym poście (link do wpisu powyżej). Mei tai posiada wszystkie plusy chusty i nosidełka bez ich minusów, czyli: szybko i łatwo się wiąże, jest tanie, lekkie i zajmuje bardzo mało miejsca oraz nie ma możliwości, żeby dziecko usadowić w nim niepoprawnie (plecy dziecka są zawsze naturalnie wygięte, a nogi ustawione na tzw. żabkę). Ponadto nosidełko posiada kawałek materiału podtrzymujący główkę, co bardzo dobrze się sprawdza przy noworodkach. Jest tak małe, że bez problemu zmieści się choćby w torbie do wózka albo plecaku.

Używany przeze mnie model nosidełka dostępny jest tutaj.




2. wiaderko do kąpieli

Z tego co się orientuję, tego typu wiaderka nie są jeszcze zbyt popularne w Polsce. Zastanawiam się jednak, dlaczego. Może ponieważ po prostu przyzwyczailiśmy się do wanienek? A może chodzi o słabą dostępność tego typu wiaderek? Osobiście nie zetknęłam się z takim produktem w żadnym z odwiedzonych przeze mnie sklepów z artykułami dla dzieci. A może świeżo upieczeni rodzice boją się, że w takim wiaderku będzie trudniej kąpać dziecko? 

No cóż. Dla mnie wiaderko do kąpieli to absolutny must have. Nie tylko łatwiej się mi w nim kąpie dziecko, ale nawet bez problemu mogę je kąpać w pojedynkę. A to wszystko dzięki temu, że noworodek utrzymuje się w wiaderku samodzielnie układając się od razu w tzw. pozycji fetalnej. Nie trzeba mu nawet podtrzymywać główki. Dziecko samo sobie ją opiera o bok wiaderka. Co więcej, noworodek w takiej kąpieli jest nad wyraz spokojny. Najprawdopodobniej dzieje się tak dlatego, że znów czuje się jak w brzuchu mamy. Ponoć również takie wiaderko pomaga w redukcji kolek u dzieci. Żadne z moich dzieci kolek nie miało, więc albo był to zbieg okoliczności, albo właśnie wpływ tego wiaderka. 😉 Jedyny mały minus, to jego cena. Koszt wiaderka to około 80 złotych. Wanienki są chyba tańsze. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Kiedy nasze dziecko podrośnie, wiaderko jest potem o wiele łatwiej odsprzedać na olx niż wanienkę. 😉


3. podgrzewacz żelowy do butelek

Mimo że karmię piersią, czasem (szczególnie w zimie), kiedy wybieram się na dłuższy spacer, odciągam wcześniej trochę mleka laktatorem. Przy drugim dziecku minęły co prawda już dwa miesiące, a jeszcze laktatora nie używałam, bo jakoś nie miałam potrzeby, ale z pewnością niedługo go użyję. U kogo sprawdzi się ten żelowy podgrzewacz? U tych kobiet, które nie przepadają za karmieniem na spacerze. Sprawdzi się też idealnie w podróży  samochodem, pociągiem, samolotem lub jakimkolwiek innym środkiem transportu. Jeśli natomiast jakaś mama nie karmi piersią, to taki wynalazek wydaje mi się, że jeszcze bardziej się jej przyda. 

Pomysł jest banalnie prosty. Butelkę z mlekiem owija się wkładem żelowym i umieszcza w torebce termoizolacyjnej. Kiedy dziecko domaga się posiłku, wystarczy kliknąć funkcję START na wkładzie, a ten ogrzewa butelkę. Przed kolejnym użyciem wkładu żelowego, trzeba go włożyć do gotującej się wody na 15 minut, a następnie poczekać, aż wystygnie. 

Co więcej, torebka izolacyjna z tego zestawu sprawdza się również u mnie jako torba na butelkę z wodą naszego syna. Dzięki niej woda nie przegrzewa się w lecie, ani za bardzo nie ochładza w zimie. Jak dla mnie - rewelacja!

4. wkładka antypotowa do fotelika samochodowego

Od tym produkcie dowiedziałam się przypadkiem od mojej przyjaciółki. Spocone plecy mojego syna podczas używania fotelika samochodowego to była nasza zmora. Nie wiedziałam, że w ogóle można cokolwiek z tym fantem zrobić poza zmianą koszulki po każdorazowym użyciu fotelika. Aż tu nagle dowiedziałam się o wkładce antypotowej! Jej cena to około 100 złotych, więc może nie jakieś grosze, ale naprawdę są to świetnie wydane pieniądze. Nareszcie koniec z ciągłym przebieraniem dziecka w podróży! A kiedy dziecko wyrośnie z fotelika,  taką wkładkę bez problemu uda się odsprzedać. Widziałam, że jest na nią dużo chętnych nawet z drugiej ręki. 😉
Jest wiele modeli tego rodzaju wkładek: do fotelików o różnych rozmiarach oraz nawet do wózków dziecięcych.



5. poduszka w kształcie motyla

Funkcją takiej poduszki jest unieruchomienie główki dziecka oraz zapewnienie jej ładnego kształtu. Co prawda fizjoterapeuci mówią, że unieruchomienie głowy noworodka tego rodzaju poduszką może hamować prawidłowy rozwój ruchowy, jednak przecież jeśli takiego wynalazku używa się sporadycznie, nie powinien on w żadnym stopniu zaszkodzić. 

Ja używam tego gadżetu dopiero przy drugim dziecku, ponieważ wcześniej po prostu nie wiedziałam o jego istnieniu. Stosuję go tylko w wózku. Dlaczego akurat tam i co taka poduszka mi daje? No cóż, kiedy Sebastian był mały i chodziłam z nim na spacery, a chodziłam bardzo dużo... Może nawet nie tyle chodziłam co prawie biegałam, bo: a tu trzeba było się pospieszyć na tramwaj lub autobus, a tu już gdzieś byłam spóźniona, albo po prostu miałam dużo negatywnych emocji do wyładowania i bardzo szybki chód mi pomagał się ich pozbyć. Innymi słowy - nie potrafiłam chodzić na spokojne spacery. Teraz już tak. 😉 Do tego podłoże na polskich osiedlach to ciągłe wertepy (przynajmniej tam, gdzie ja mieszkam). Dlatego głowa, a nawet całe ciało mojego dziecka co chwilę przesuwały się na bok wózka. Raz po raz musiałam syna podciągać i ustawiać go w poprawnej pozycji pośrodku wózka. Było to zarówno męczące dla mnie, jak i z pewnością niezbyt komfortowe dla mojego dziecka.

Dzięki poduszce w kształcie motyla moja córka trzyma się mocno w wózku i nigdzie mi się nie ześlizguje, nawet kiedy wózek "skacze" po chodniku. A kiedy ja go prowadzę, cóż począć - skacze. 
😉

Koszt takiej poduszki jest niewielki, więc nawet jeśli się u Was nie sprawdzi, nie trzeba będzie za bardzo nad tym rozpaczać. 😉


6. biały szum na komórce zamiast Misia Szumisia 

Nie jest to co prawda gadżet, ale na pewno bardzo przydatny trik przy noworodkach. A do tego darmowy. 😉

Pewnie wiecie, że noworodki nie przepadają za ciszą (w przeciwieństwie do ich rodziców, co nie? 😉). Dzieje się tak dlatego, że w macicy było im dość głośno. Podobnymi dźwiękami, do których przywykły noworodki z życia płodowego są szumy popularnie zwane "białymi szumami". Takie dźwięki wydaje właśnie popularny Miś Szumiś, ale również choćby odkurzacz, suszarka, pralka, czy też silnik samochodu. Co zrobić, aby dziecko spokojnie spało przy tego typu dźwiękach nie wydając jednak pieniędzy ani na Misia Szumisia, ani nie podnosząc swoich rachunków elektrycznych przez ciągłe odkurzanie, pranie i suszenie włosów, czy też wydatków na benzynę ze względu na nadmierne używanie auta celem uśpienia dziecka? 

Wystarczy komórka i włączenie na YouTubie nagrania o nazwie biały szum. OK, ale co zrobić, żeby to nagranie szło cały czas w tle i żeby dalej można było używać komórki, choćby żeby obczajać Fejsa, albo przeczytać ten post na blogu 😉? I na to jest rozwiązanie! Wystarczy wejść na Youtube'a nie przez aplikację, tylko jak na standardową stronę internetową. Następnie w prawym górnym rogu wybrać opcję Desktop site. Następnie nacisnąć na nagranie i wyjść z Youtube'a nie zamykając tej strony. Na głównym ekranie komórki pojawi się wtedy linijka będąca odnośnikiem do nagrania na Youtube'ie. Naciśnijcie na znak "Play" i gotowe. Komórka szumi w tle, dziecko usypia, a Wy czytacie zaległe posty na blogu Mama pod prąd. 😉

* Jest to instrukcja dla komórek obsługiwanych przez Androida.






Mniej znane a przydatne gadżety dla małego dziecka




1. najmniejszy wózek świata

W sumie nie wiem, czy wózek można nazwać gadżetem, ale taki model chyba tak. 😉 

O tym wózku w Internecie przeczytał mój mąż. GB Pockit, bo o nim mowa, został wpisany do księgi rekordów Guinnessa jako najmniejszy po złożeniu wózek dziecięcy. Jego wymiary po złożeniu to zaledwie 35 x 30 x 18 cm! Ponieważ od czasu do czasu latamy z dzieckiem samolotem, taki wózek wydał nam się wręcz idealny do podróży. I rzeczywiście taki jest. Po złożeniu mieścił się nam... w plecaku. Załoga każdego lotu była pod takim wrażeniem, że pozwalała nam wnieść ten plecak ze sobą na pokład. 😉 Dzięki temu od razu po wyjściu z samolotu mogliśmy rozłożyć wózek i usadowić w nim naszego syna. Wózek ten jest też bardzo lekki. Waży zaledwie 4.9 kg. 

Co więcej, przydaje nam się nie tylko podczas podróży samolotem, ale również, kiedy idziemy na spacer teraz już czteroosobową rodziną. Zwykle nasz syn rozpoczyna spacer żwawo tuptając. Jednak po jakimś czasie jego niespełna dwuletnie nogi odmawiają posłuszeństwa. Wtedy z torby pod wózkiem z gondolą wyjmujemy wózek GB Pockit i sadowimy na nim Sebastiana, który zapada w błogi sen.

Jednak wózek ten ma też swoje minusy: bardzo małe koła nieprzystosowane do wertepów; brak możliwości regulowania nachylenia oparcia oraz bardzo niewielki daszek, który praktycznie nigdy nie chroni przed słońcem. 

Marka GB Pockit wypuściła co prawda na rynek również podresorowaną wersję najmniejszego wózka świata - GP Pockit+. Wózek ten nadal jest bardzo kompaktowy, choć trochę większy (20 x 34 x 42 cm) i cięższy (5,6 kg). Ma za to regulowane oparcie oraz większy daszek przeciwsłoneczny.

Na temat wózka GB Pockit mam zamiar napisać osobny wpis, więc bądźcie czujni. 😉



2. wkładka antypotowa

Ten genialny wynalazek opisywałam już w tym poście przy okazji gadżetów dla niemowląt. Tak że lukajcie do góry po więcej informacji. 😉 Dla małych dzieci można zakupić większy rozmiar wkładki pasującej choćby do fotelików samochodowych od 9 do 18 kg.

3. łącznik szelek bezpieczeństwa do fotelika samochodowego

Kawałek plastiku, który może uratować życie dziecka. Nie wiem, czy Wy też macie problem z pasami w fotelikach samochodowych. Co się działo u nas? No więc Sebastian w bardzo sprawny sposób ZAWSZE się z pasów wyswobadzał. Bez względu na to, jak mocno ich byśmy nie zaciągnęli. Fotelik został profesjonalnie dobrany do naszego syna i auta w salonie fotelików samochodowych, więc to nie jego wina. Pewnie dzieje się tak dlatego, że po pierwsze nasze dziecko jest bardzo drobnej budowy ciała, a po drugie niezmiernie ruchliwe i - co tu dużo będę mówić - nie znosi być w jakikolwiek sposób ograniczane ruchowo. 😉

Kiedy po raz kolejny Sebastian w kilka sekund wyjął swoje ramiona z pasów bezpieczeństwa i znów musieliśmy zatrzymać samochód, żeby go ponownie zapiąć, pomyślałam, że może ktoś coś na taki problem już wymyślił. I nie myliłam się! Istnieje niewielki plastikowy gadżet o nazwie BeSafe, który zakłada się na pasy bezpieczeństwa na wysokości klatki piersiowej dziecka. Dzięki niemu dziecku za Chiny ludowe już nigdy więcej nie uda się wyjąć z pasów swoich ramion. Od razu też uprzedzę pytanie o bezpieczeństwo używania tego gadżetu podczas jazdy. Jak pisze producent: "Badania wykazały że w dużej ilości wypadków w których dzieci zostały poważnie ranne, pas naramienny ześlizgnął się z ramion i nie był w stanie prawidłowo ochronić dziecka. Łącznik firmy BeSafe przytrzymuje pasy w prawidłowej pozycji blisko szyi oraz utrudnia dziecku samemu zdjęcie pasów. Łącznik ulega zniszczeniu podczas wypadku i nie powoduje trudności w rozpięciu pasów". Jak dla mnie - rewelacja! 


I, słuchajcie, ten łącznik można z powodzeniem stosować też w wózkach. Sebastian równie sprawnie wyswobadzał się bowiem z pasów w wózku GB Pockit. Odkąd stosujemy w tym wózku łącznik pasów BeSafe, już tego robić nie może. Ale - i całe szczęście! - w ogóle nie denerwuje się tym faktem. 

4. kitchen helper domowej roboty

O tym gadżecie. Hmmm, czy mebel można nazwać gadżetem? Mam nadzieję, że tak, a jeśli nie, to liczę na to, że wybaczycie mi moje gadżeciarskie faux pas. 😉

Tak zwanemu kitchen helperowi poświęciłam cały osobny post na blogu (link do wpisu powyżej). W wielkim skrócie powiem, że chodzi o mebel w wersji DIY (można kupić wersje gotowe, ale są wtedy o wiele wiele droższe). Kitchen helper (po polsku w dosłownym tłumaczeniu: pomocnik kuchenny) to nic innego jak pewien rodzaj podestu, który pomaga małym dzieciom w bezpieczny sposób uczestniczyć w pracach kuchennych (i nie tylko). Dzięki niemu dziecko może stać wyżej niż na podnóżku, a co za tym idzie dosięgnąć blatu, a nie ma ryzyka, że spadnie i sobie zrobi krzywdę. 

Jak dla mnie ten mebel to absolutne must have! Nie siwieję na myśl, że może spaść z wysokości, bo ten mebel go chroni. Swoją drogą od jakiegoś czasu  Sebastian przesuwa kitchen helper po całym mieszkaniu i dzięki temu w bezpieczny sposób poznaje zawartość najrozmaitszych szaf oraz podziwia widoki za oknem. 😉

autor zdjęcia: Daga Wis Fotografia

Podobały się Wam wybrane przeze mnie mniej znane gadżety dla noworodków, niemowląt i małych dzieci? Czy znacie któreś z nich? Sprawdziły się również u Was? A może znacie jakieś inne super gadżety, które są dla Was absolutnym must have, a jednak nie są zbyt często wymieniane w tego typu zestawieniach? Powiedzcie mi o nich. Z chęcią je poznam. :-)



Jeśli spodobał Ci się ten wpis i chcesz być na bieżąco z moimi działaniami i niczego nie przegapić:

- obserwuj mnie na Facebooku - Mama pod prąd FB

- zaglądaj do mnie na Instagramie - Mama pod prąd Instagram

czwartek, lipca 19, 2018

Gadżety dla niemowląt - część 2

Gadżety dla niemowląt - część 2
Jakiś czas temu napisałam na blogu pierwszą część artykułu na temat gadżetów dla niemowląt. W tamtym wpisie wspomniałam między innymi o ogólnym szale zakupów we współczesnym świecie, o kupowaniu mnóstwa zupełnie niepotrzebnych rzeczy, o strachu świeżo upieczonych rodziców przed pójściem z torbami po narodzinach dziecka oraz równocześnie o odczuwanej niepewności, czy aby ich dziecko na pewno ma wystarczającą ilość "niezbędnych" mu do szczęścia gadżetów. Jednak, jak się okazuje, kiedy kupuje się z głową, posiadanie dziecka naprawdę nie jest tak bolesne ani dla naszej kieszeni, ani dla psychiki naszego dziecka. 

Nie dajmy się też omotać sklepom z zabawkami! Z ciekawości weszłam choćby na stronę internetową chyba jednego z bardziej znanych sklepów dla dzieci - Smyk. Zaznaczyłam, że interesują mnie zabawki dla dzieci w przedziale wiekowym 12-18 miesięcy. Zgadnijcie, ile produktów znalazła dla mnie wyszukiwarka sklepu?... 2094 (!!!) Przecież to istne szaleństwo!


Niemożliwe! Aż tyle!!!???

Im więcej zabawek, tym większa miłość?

Kilka dni temu ponownie rozmawiałam ze swoim mężem na temat naszego dzieciństwa. Wspominaliśmy nasze zabawki. Mój mąż, który z racji swojej narodowości, nie miał "przyjemności" wzrastać w czasach komunizmu, powiedział, że miał niemal każdą z dostępnych wtedy zabawek na rynku. Można sobie pomyśleć: "Ale szczęściarz! Miał wszystko, nie tak jak my tutaj wtedy w Polsce". Otóż nie. Nic bardziej mylnego. Zaraz potem bowiem dodał ze smutkiem w głosie: "Brakowało najważniejszego: czasu spędzonego z rodzicami i ich miłości". Techniką moich teściów było bowiem kupowanie masy zabawek. Oni sami praktycznie nigdy się z dziećmi nie bawili. Nawet mama, która nie pracowała zawodowo. Dzieci po prostu miały sobie same organizować czas i nie przeszkadzać dorosłym. A zabawki miały w tym rodzicom pomagać. 

A jak wygląda sytuacja we współczesnym świecie? Obecnie niemal w każdej rodzinie pracuje obydwoje rodziców. I to nie do 14:00 czy do 15:00, jak to było kiedyś, ale często do 17:00, jeśli nie dłużej. Dlatego, chcąc zrekompensować swoim dzieciom brak ich osoby na co dzień, rodzice kupują im coraz to nowsze zabawki. A to przecież nie o to chodzi! Żadna rzecz nie zastąpi rodzica i chwil, jakie poświęca swojemu dziecku. Jeśli nie macie czasu w tygodniu (choć nie wierzę, że nie znajdzie się choćby pół godziny na zabawę), to pozostają Wam przecież jeszcze weekendy. Można je wtedy przeznaczyć tylko na dziecko. Dobrym pomysłem jest odstawić na bok komórkę czy też komputer firmowy, nie włączać telewizora, zorganizować rodzinną wycieczkę, czy też pobawić się z dzieckiem nawet w domu, ale w to, o co nas poprosi. 

Najważniejszy jest czas, czas i jeszcze raz czas spędzany aktywnie z dzieckiem, a nie przy dziecku robiąc coś innego. Dlatego proponuję, żeby przestać się skupiać na kupowaniu zabawek, w które nasze dziecko będzie się bawić w pojedynkę, a zacząć myśleć o tym, jak moglibyśmy po prostu spędzić z nim czas. Albo przynajmniej kupując zabawki zastanówmy się, czy będziemy w stanie uczestniczyć w danej zabawie. Dobrą opcją są choćby różne gry planszowe dla całej rodziny.

Pierwszy post na temat gadżetów napisałam zanim mój syn ukończył rok życia. W tym momencie ma już kilka miesięcy więcej (dokładnie rok i cztery miesiące), więc w międzyczasie nabył szereg nowych umiejętności i po prostu łatwiej mu jest się teraz bawić (również czasem samodzielnie - ku radości zmęczonego rodzica ;-)). Bo pozwalanie dziecku na samotną zabawę od czasu do czasu oczywiście nie jest złe. 


Najlepsze zabawki to nie-zabawki


Jednakże mój syn dalej od zabawek kupowanych woli rzeczy codziennego użytku i to one najdłużej przykuwają jego uwagę. Co więc teraz jest na topie?


1. plastikowe pudełka na żywność


Obecnie numerem jeden są wszelkiego rodzaju plastikowe pudełka na żywność, które Sebastian potrafi otwierać i zamykać po setki razy. Nie ma to jak szlifowanie nowo nabytych umiejętności manualnych. ;-)




2. małe garnuszki z pokrywkami


Bardzo również podobają mu się wszelkiego rodzaju małe garnuszki i dopasowywanie do nich pokrywek. 


3. wieczka od słoików


Kolejnym niezmiernie absorbującym dla niego zajęciem jest wsadzanie i wyjmowanie wieczek od słoików z wysokiego naczynia. 





4. słoiczki po kremach


Sebastian uwielbia też odkręcać różnego rodzaju słoiczki. Dla bezpieczeństwa daję mu do zabawy puste opakowania po kremach do twarzy. Większość z nich jest albo plastikowa, albo wykonana z bardzo grubego i odpornego na uderzenia szkła. Sebastian potrafi siedzieć przy takich pojemniczkach nawet i po pół godziny. W ogóle mu się to nie nudzi. Przecież każdą nakrętkę najpierw trzeba odkręcić, a potem zakręcić. Ćwiczone w ten sposób zdolności manualne można z pewnością zaliczyć już do tych z etykietą "wyższej szkoły jazdy". ;-)


5. tuby i tubki wszelakie


Kolejną wspaniałą "zabawką" są wszelkiego rodzaju tubki, przez które można mówić niczym przez megafon. 



6. stary portfel i karty


Genialnym pomysłem było też podarowanie Sebastianowi mojego starego portfela, do którego włożyłam najrozmaitsze nieużywane karty plastikowe. Po pierwsze przestał się interesować moim obecnym portfelem, więc ryzyko, że nagle zaginie moja karta do bankomatu, albo mój dowód osobisty zostało zażegnane. ;-) A po drugie, zabawa w wyjmowanie i wkładanie kart do przegródek portfela jest nie tylko czasochłonna, ale również niesamowicie rozwija zdolności manualne małego człowieka.


7. kartonowy statek kosmiczny

I jeszcze jedna zabawka z niczego: kartonowy statek kosmiczny. Karton, nożyczki, pisak, trochę wyobraźni i gotowe! Oprócz świetnej zabawy, jest to przede wszystkim czas spędzony z tatą. Napędem tego statku bowiem są ramiona taty właśnie. ;-)



8. plastikowe klucze

Jaka kolejna zmiana nastąpiła przez te kilka miesięcy? Po etapie niesamowitej fascynacji możliwością otwierania i zamykania wszelkiego rodzaju szafek, przyszła kolej na drzwi oraz zainteresowanie niesamowitym przyrządem służącym do ich zamykania i otwierania. Dziecko cały czas bacznie obserwuje swoich rodziców, szybko więc przyuważy, że dorośli często używają kluczy. Kiedy spostrzegł to Sebastian, postawił sobie za punkt honoru zdobycie tego wynalazku. Niestety małe dzieci badają rzeczy biorąc je do buzi, a prawdziwe klucze są po pierwsze bardzo twarde, a po drugie najzwyczajniej w świecie brudne. Wspaniałą alternatywą dla nich stały się plastikowe klucze, które były dodatkiem do jednej z jego wcześniej już otrzymanych zabawek. Kiedy mój syn był bardzo mały, obawiałam się, że tymi kluczami może sobie wręcz wyrządzić krzywdę. W tym momencie ryzyko urazu jest już niewielkie, natomiast ogrom radości, jakie mu one sprawiają, nie do opisania. Najpierw w towarzystwie babci próbował przekręcać je w zamku w drzwiach od kuchni.



Następnie zaczął szukać najrozmaitszych otworów znajdujących się już na jego wysokości, do których pasowałyby te kolorowe klucze. Padło na Ikeowego łosia na biegunach, jakiego jakiś czas temu udało mi się dopaść za bezcen na olx. Łoś był bardzo krótko w normalnym użyciu. Bujanie się na siedząco Sebastianowi wydało się chyba zbyt "z prądem", a on przecież jest synem Mamy i Taty pod prąd. Wygląda na to, że o wiele ciekawsze jest choćby wkładanie do oka łosia wspomnianych plastikowych kluczy.



A jaki jest koszt tych wszystkich wymienionych powyżej wypasionych zabawek? Zero złotych (!), gdyż z pewnością macie je już w domu, co najwyżej jeszcze nigdy te przedmioty nie były użyte w taki sposób.


Kupne hity!


Jeśli chodzi natomiast o najnowsze kupne hity, bo od ostatniego wpisu pojawiło się kilka (bynajmniej nie jakiś ogrom) nowych rzeczy wśród gadżetów mojego syna, to można do nich zaliczyć z pewnością:

- drewniana skrzyneczka w kształcie domu z puzzlami z serii Mula z Ikei



Kiedy byłam mała, miałam podobną zabawkę i do dziś pamiętam ją z rozrzewnieniem. Bardzo ją lubiłam. Niesamowitą dumą napawa mnie patrzenie na mojego syna, jak z tygodnia na tydzień coraz lepiej radzi sobie z wkładaniem klocków o różnych kształtach do odpowiednich otworów. Na początku udawało mu się to tylko z kołem, teraz praktycznie już ze wszystkimi. Czasem tylko z małą pomocą mamy. ;-)

- drewniany pociąg z klockami

Ile radości sprawia Sebastianowi rozkładanie, a raczej rozwalanie pociągu na składniki pierwsze (czyli pojedyncze klocki) i następnie zakładanie klocków na odpowiednie kołki. Efekty końcowe zwykle przypominają oczywiście pociąg namalowany przez Pabla Picasso. ;-)

- drewniana gra z kostką marki Playtive

Tutaj zabawa też jest przednia, choć efekt końcowy nie przypomina jednokolorowych górek z krążków, a raczej asymetryczne i wielobarwne konstrukcje. Ale czyż tak nie jest ciekawiej? ;-)



- zestaw drewnianych klocków marki Playtive

Za budowanie wież z klocków Sebastian jeszcze się nie zabrał, ale za burzenie takich konstrukcji i owszem. Nie ma to jak podbiec z drugiego krańca pokoju do ogromnej wieży i z całych sił krzyknąć "bam" burząc tę konstrukcję. ;-)

Warto dodać, że wszystkie wyżej wymienione zabawki były prezentami, tak więc, my, rodzice, nie ponieśliśmy z ich zakupem żadnych kosztów. Warto o tym pamiętać. Większość zabawek Wasze dziecko dostanie po prostu od rodziny i znajomych. Z pewnością pomożecie zarówno innym jak i sobie mówiąc, czego potrzebujecie w danym momencie. Wiele osób bowiem nie ma pojęcia, co podarować i zwykle skłania się ku ubraniom, które, według mnie, są akurat najmniej potrzebne rodzicom, gdyż dziecko zawsze już coś z ubrań ma.

Plastic is not fantastic :-(


Zabawkami sugerowanymi przez producentów dla aktualnej grupy wiekowej mojego syna są głównie zabawki plastikowe na baterie, wydające najprzeróżniejsze dźwięki i ze światełkami w najrozmaitszych kolorach. Chyba już kiedyś Wam wspomniałam, że nie trawię tego typu plastikowych zabawek, prawda? Bardzo podoba mi się tutaj podejście już wielokrotnie cytowanej na łamach tego bloga Mayim Bialik. W swojej książce "Nie tylko chusta" napisała: "Nie mamy żadnych zabawek na baterie. Jeśli dostajemy je w prezencie, oddajemy je komuś innemu albo pozwalamy, by baterie się wyczerpały i nie kupujemy już nowych. Mówimy naszym synkom: "Baterie się wyczerpały!", a oni chwilę na nas patrzą, po czym wracają do zabawy. Jasno daliśmy do zrozumienia rodzinie i przyjaciołom, że wolimy drewniane zabawki i nie chcemy gromadzić zbyt wielu gadżetów". 

Jednym słowem nie miał racji zespół Aqua śpiewając, że "Life in plastic, it's fantastic". :P




Dlaczego jestem tak negatywnie - możecie pomyśleć - nastawiona do zabawek na baterie oraz ogólnie do plastikowych gadżetów? Ponieważ zabawki głośne i świecące są po prostu drażniące nie tylko nas rodziców, ale przede wszystkim tego malutkiego człowieka, który otrzymuje już wystarczającą ilość stymulacji z kontaktu ze światem zewnętrznym. Po co dodawać mu jeszcze więcej bodźców? Często efektem zbyt długiej zabawy tego typu gadżetami może być nadpobudliwość, albo wręcz przeciwnie, nadmierna cichość i wycofanie. 

A plastiku ogólnie rzecz biorąc nie lubię ze względów ekologicznych. Zdjęcia takie jak to poniżej - przedstawiające zaśmiecone oceany - pochodzą nie z wirtualnych wizualizacji przyszłości, ale przedstawiają niestety teraźniejszość. Jeśli w tym momencie jest już tak źle, to z czasem sytuacja raczej się nie polepszy, tylko pogorszy. Nie chcę być kolejną osobą dokładającą się do tego procederu niszczenia naszej planety, na której przecież będzie żyło też moje dziecko, a może i wnuki, prawnuki, etc. Z pro-ekologicznych przyczyn używam również pieluch wielorazowych, robionych własnoręcznie środków do czyszczenia oraz naturalnych kosmetyków.


źródło: www.huffingtonpost.com
Jakie zmiany nastąpiły jeszcze u mojego syna przez te ostatnie kilka miesięcy? Sebastianowi również coraz łatwiej idzie przewracanie stron, więc może oglądać coraz więcej książek bez ich natychmiastowego niszczenia. Ponadto od mojego ostatniego wpisu na temat ciekawych książeczek dla niemowląt, udało mi się znaleźć kilka jeszcze fajniejszych książeczek dla najmłodszych. Ale o tym niebawem na blogu. :-)

A jakimi rzeczami codziennego użytku bawią się lub bawiły się w tym wieku Wasz dzieci?






Jeśli spodobał Ci się ten wpis i chcesz być na bieżąco z moimi działaniami i niczego nie przegapić:

- obserwuj mnie na Facebooku - Mama pod prąd FB


- zaglądaj do mnie na Instagramie - Mama pod prąd Instagram

niedziela, lutego 25, 2018

Gadżety dla niemowląt

Gadżety dla niemowląt

Jednym z lęków większości rodziców, kiedy zobaczą dwie kreski na teście ciążowym jest z pewnością myśl: "O rany! Nie stać nas na dziecko! Pójdziemy z torbami!" Jak wielka jest to nieprawda, pisałam o tym na blogu już wiele razy, choćby w ogólnym poście na temat oszczędzania, książce "Dziecko bez kosztów. Przewodnik po niekupowaniu", kosmetykach dla noworodków, kosmetyków dla kobiet w ciąży, czy też ekologicznym sprzątaniu.

Jeśli tylko będzie się zachowywało z głową, to nikt z torbami nie pójdzie. Oczywiście producenci będą starali się zwabić rodziców do swoich sklepów na najrozmaitsze zupełnie niepotrzebne zakupy. Przyszli rodzice to zwykle ludzie młodzi, często jeszcze nie za bardzo doświadczeni przez życie. Oczekują dziecka i, wiadomo, chcą dla niego tego co najlepsze. Ja to wiem, więc tym bardziej wiedzą to profesjonalne firmy, które prześcigają się w pomysłach, jak zwabić takiego rodzica do sklepu i wcisnąć mu swój często jakże drogi i zupełnie niepotrzebny produkt. No i ludzie wpadają w tę konsumpcjonistyczną pułapkę.
Copyright © 2016 Mama pod prąd , Blogger